060522
Poniedziałek nawet niestraszny, tempo pracy z małym wyprzedzeniem, za to radyjo katuje niemiłosiernie Perfect jakimiś dołami z początku lat osiemdziesiątych, właśnie przygrzało Autobiografią – a to pieśnidło sprawia zawsze, że mam ochotę zacząć bić łbem o klawiaturę lub o blat biurka. Opcja druga występuje kiedy mam laptop przed sobą bo wtedy trochę szkoda.
Za oknem ostra faza pogodowa powoduje, że mam ochotę na trzecią konkretną kawę a w tle komunikator mruga zajawką która mnie wbija jeszcze bardziej w strefę niżu:
[ktoś] uwazam ze ten browser dla (…) jest zajebisty
[ktoś] i wedlug mnie nie trzeba tam nic wiecej zmieniac
[ja] no to ok
[ktoś] ale rozumiem ze to tylko czesc tego wszystkiego
…czyli mając już betę odfajkowaną i zaakceptowaną jako final, dochodzi mi zrobienie startup’u. Zapewne dzisiaj. Zatem kawa i szybciutko ctrl-c ctrl-v:
use Tk;my $mw=MainWindow->new;
$mw->wm(‘geometry’,’800×500+100+100′);
$mw->resizable(0,0);$mw->idletasks;
#
# od zawsze sobie obiecuję, że znajdę czas i napisze prosty moduł,
# żeby definiować sobie okno z menu, toolbarem
# i opcjami różnymi po prostu z pliku konfiguracyjnego
# a’la template, ale wychodzi na to, że sprawa ma się równie
# beznadziejnie co moje portfolio…
PaintShop. Z projektu graficznego płytki CD wycinam na szybko kształt i pakuję jako tło do startup’u. Tempo, tempo… Pomiędzy notatnikiem a programem graficznym dzwoni facet z agencji nieruchomości i męczy o podanie dokładnie czego my właściwie szukamy – my właściwie nie szukamy na teraz ale jest tak namolnie słodki, że mam mu ochotę dołożyć roboty.
Pomiędzy gradientami do buttonów a system(‘whatever.msi’) marudzę mu, że w Śródmieściu, że tyle-a-tyle metrów, takie-a-takie, a on stęka, że ciężko, że w ogóle. Pisz pan na mejla – nie wytrzymuję i odruchowo naciskam f5 i widzę listę bugów z innego projektu a komunikator napiera tzw. roszadą priorytetów.
Gdzieś tak pomiędzy akapitami miałem nawiązać do tego Perfectu ale w międzyczasie chyba stracił na aktualności. Parę koncepcji w biurze, zresztą też.
Na pewno jest jeden wielki plus takiego młynka: godzina 16:20 robi się w okamgnieniu i się tym jakoś uspokajam (bo pracy przy taśmie sobie nie wyobrażam).
Tak na marginesie: z zajęć ekstremalnych spodobał mi się ostatnio bileter w dyspozytorni komunikacji miejskiej na końcowym pospiesznego – pochłonięty całkowicie rysowaniem logo klubu piłkarskiego w notesie, nie zwracał najmniejszej uwagi na swój telewizor, nie mówiąc o chętnym na bilet. Postałem chwilę, podziwiając, po czym ośmieliłem się zapukać. Naprawdę wielki szacun bez ironii. Umiejętność dobrej adaptacji w miejscu pracy przy jak najmniejszym nakładzie sił i środków, zawsze budziła we mnie spory podziw.
Tak. Byle nie u współpracowników.
Skomentuj
Musisz być zalogowany żeby móc skomentować ten wpis.