Archiwum październik, 2004
Wykręt czyli rafy Zatoki Puckiej.
Angielskie: This train is going to Hel.
Polskie (konkurs): Jak się nazywa mieszkanka Pucka?
db.yumyum(asp)
Trochę za wiele jak na jeden dzień: jak już biurko dba łamane na dizajnera zaczyna być miejscem z największą ilością papierzysk w całej firmie – to oznacza, że coś jest nie tak.
Pani w kasie (kupowałem bilet do Szczecina) zapytała czy studencki. Chyba się zarumienię. Albo sobie dorabiam.
Rzadko gdzie można kupić tzw. zupę klasyczną, chińską. Mam yumyumy przemycać przez granicę czy co? I tak ostatnio nawiązuję do tradycji polskiej emigracji, wożąc kiełbaskę suchą (polnisze wuszt leka, a?).
W środę mam jechać na jakieś spotkanie kooperacyjne do Amsterdamu. Muszą mnie w jakieś eleganckie futerko przebrać, brrr.
Gary w zlewie czekają na lepsze czasy.
O! to już po 22.00, paczcieno…
I ja nawet wszystko rozumiem tylko dlaczego jeszcze do tego wszystkiego muszę w skryptach asp dłubać?
Chyba nie muszę nic dolinkowywać?
Cieszę się Gwiazdeczko, że to był dobry dzień.
Będą i następne. Serio serio.
It’s a wonder man can eat at all
When things are big that should be small
Who can tell what magic spells we’ll be doing for us
And I’m giving all my love to this world
Futures made of virtual insanity now
Always seem to, be govern’d by this love we have
For useless, twisting, our new technology
Oh, now there is no sound – for we all live underground
O!
Tak mi łatwo poszło z remontem bloga, że chyba się zaraz rzucę do robienia portfolio, heh.
Moin
Jednego dnia, jeden po drugim zadzwonili panowie z windykacji. Zaczynają już być nudni. Dobrze, że wygląda na to, że ten serial tragikomiczny ma jakiś horyzont. Jednak.
Pointofwju jakby się przesunął conieco. Zdeszyfrował, odcyfrował rzeczywistość. Chyba dałem się podtopić trochę łatwym rzeczom, łatwym grypsom.
Wachlowałem trochę danymi, wyłapując promyki wśród żółtych liści drzew którymi obsadzona jest Ruhrstrasse na tym odcinku. Minie trochę czasu i od nagich konarów rzeczywiście zrobi się brzydko. Przypominać mi będzie kiedy tu przyjechałem.
Zobaczymy jaka będzie perspektywa po tych operacjach na bazach danych. Rokuje lepiej niż tydzień temu. Wszystko rokuje lepiej.
Wygrzebałem się z dedlajnów. Dzisiaj udało mi się nawet z radością opfocić kilka ujęć po zmierzchu w sposób udany i zadowalający. Serio.
Wnętrze – czy też raczej środek kreativefabrik na zapleczu ulicy przy której znajduje się biuro w którym pracuje – zbiło mnie w przeciągu pół sekundy z nóg. Nawet po dwóch piwach.
Dłubię w nosie i zastanawiam się czy mi dobrze.
A może by tak sobie jakąś domenę kupić?
self.Exegesis
Tylko tyle by podłożyć dłonie pod głowę i zamknąć oczy, zamilknąć. Oflajn?
Przycupnę sobie.
Miesiąc dziesiąty
I mniej więcej czuję się tak jak _tutaj.
Październik
Coś nietfurczy październik widzę.
Oby ze świętem Wszystkich przeszło.
Zaganiam się do pracy.
Post
Tęsknię.
(HH nie składa się tylko i wyłącznie z arabskich warzywniaków i hoteli na godziny – zatem wypuszczam się na dłuższą sesję, adieu)
02

Handel potrzebami wszelakimi. Zapraszamy.
db.inprogress
…to może jednak troszeczkę jutro skończę bo dzisiaj dzień jakoś tak mało inwencyjny (jak i zresztą cały tydzień). Raczej dzisiaj zdecydowanie wolę zapełnić kartę w aparacie wypuszczając się na łowy punkt o 17.00 (dzisiaj skrupulatnie sprawdziłem rano czy mam zapasowe akumulatorki żeby nie zzielenieć ze złości tak jak wczoraj).
To będzie dobry set.
db.apocalypse
No to pora nadrobić lenistwo w tygodniu, aua…
Parafraza
Rewolucja teraz!
Chyba muszę się troszkę napić bo coś się nerwowy robię.
Nawet a nawet
Serio, naprawdę dobrze, że trzynastego października już minął. Miałem jakiś irracjonalny lęk. Dzisiaj to mogę się nawet zabrać za pracę. Lub też nie nawet a nawet koniecznie.
Chyba jesień u mnie trochę inaczej wygląda.
Coby tu dorzucić z wczorajszego setu Ottensen…
01

Róg uliczny jakich wiele w HH Ottensen…
Emot
Kolorowy kadr sam się przesuwa przed oczami. Tak, że nie mogę czasami złapać oddechu. Chociaż odliczam to czas od tego nie zwalnia tylko przyspiesza, dziwne, nie?
Po miesiącu zaczynam realnie się zastanawiać jak to wszystko ma wyglądać: jak, kiedy i (chociażbyśmy tego nie chcieli bardzo mocno) przede wszystkim „za ile?”.
Zawsze zadowolony byłem z tempa swojego życia – jednak to co teraz się dzieje, zaczyna mnie pomału wgniatać w oparcie. Kwestia tylko jak długo potrwa to przyspieszenie. Do początku przyszłego roku na pewno. Potem chciałbym, żeby przynajmniej kilka spraw się ustabilizowało. Przynajmniej kilka.
Jakiś taki dzisiaj rozlazły jestem…
Pójdę chyba po pracy na spacer pofocić Ara… Arabów.
Poprawi mi się
@ (tak to się pisze?)
Dobra (takie przez dwa er). Zabieram się do czytania „Samotność w Sieci”. Może ja coś w końcu z tego internetu zrozumiem.
Druga kawa
Weekend w Szczecinie – na pierwszy ogień: Podzamcze.
Pierwsza kawa
Podłubałem trochę palcem w oku niedospanym, autobus się mocno spóźnił. Usunięcie pilnej awarii u szanownego kierownika sprowadziło się do zdjęcia sterty papierów z klawiatury („bo mi się wszystko co otworze dziwnie zachowuje”).
Piękna jesień za oknem a ja zaczynam fiksować od zmian klimatyczno-podróżnych.
Tak to się rozglądam po moim biurku i jakoś punktu zaczepienia nie mogę znaleźć.
Mój monolog
… zdaję sobię sprawę, że nie wniesie to nic konstruktywnego do historii tego weekendu ale chciałem po prostu powiedzieć, że mi jest dobrze;
… na patefonie Anouk, w ilościach hurtowych;
400 E
Ostatnio mam jakieś problemy ze skupieniem się na kadrze. Na każdą mniej więcej setkę ujęć wychodzi mi jedna znośna, nadająca się do publikacji wrzutka. Gdzie się nie ruszę to za dużo brudu włazi w kompozycję. Światło nie gra, architektura wygina się, znaki drogowe wyrastają spod ziemi, tam gdzie chce się przesunąć o piętnaście centymetrów okazuje się być już sciana, etc.
Czas zatem na weekend zmienić miasto przebywania – kierunek 400 km na wschód. Ciekawe co dzisiaj grają w autobusie?
Winamp: Three Days – Jane’s Addiction.
Szczęśliwie niepozbierany
Cóż…
Przede wszystkim to wspaniałe dwa dni wypełnione poznawaniem siebie nawzajem.
Na początku lekka obawa jak teraz to będzie już na spokojnie, nie na party. Lekki stres może. Lub nielekki. Niedziałająca karta-klucz do pokoju w hotelu o piątej nad ranem.
Rynek, spacery, rynek, gołębie, brak snu, budzik na 16.30, sen w środku dnia. Mocne światło do zdjęć, miękkie światło, brak światła.
Zaspani kelnerzy w „Żaku”.
Internet Cafe 24h.
Kawa w plastikowych kubkach, obrazy z życia ulicy wraz z dźwiękami ujmującymi, znanymi (tak! saksofon).
O pożegnaniu nawet nie będę wspominać (…).
Zbyt dużo tego wszystkiego, zbyt szybko, zbyt zróżnicowane, zbyt nowe żeby tak od razu móc to zamknąć w przestrzeni słów lub obrazu. Hm. Właściwie w przestrzeni obrazu to nawet się przez chwilę udało…
Cóż… wszystko jest możliwe jeśli się tylko bardzo mocno uprzeć.
Czyżby tak wyglądała pełnia szczęścia? (taktaktak)
W sercu miasta
Wrocław. Budzik na 16.30. Rynek. Internet cafe 24h.
Party?
23 minuty do rozpoczęcia wieczoru.
(Młoda mówi, że to notka w jej stylu.)
Klik klik
Lista rzeczy do naponiedziałek. Mały plecak i torba foto. Nie przemontowana płyta główna (co ja omnibus jestem?). Klik klik. Garść apdejtów do baz. Autobus pół godziny wcześniej.
Polecicie jakieś fajne lokale we Wrocławiu na ten weekend?