Archiwum czerwiec, 2004

Spleszyk …

Przechodziłem pewną industrialną ulicą poprzez dzielnicę Bahrenfeld. Wychodziło właśnie słońce wyraźnie rysując sylwetkę modernistycznej fabryki zaadaptowanej na biura.

W takich to właśnie momentach otwiera się okno w murze percepcji by pozwolić na dotknięcie niepoznanego.

Zatem i oto lekko nowa szata w (mam nadzieję) mniej depresyjnym klimacie wwitrynachodbicia.

Podobasię?

Czy to tylko złudzenie?

Echo kroków na kamiennych …

Echo kroków na kamiennych schodkach wąskich przejść na Blankenese. Trochę świeżości, trochę energii we mnie wstąpiło. Nie wyparło to jednak jakiegoś strasznego lenistwa które mnie ostatnio ogrania. Dziwne to i przyjemne zarazem.

Czuję jakby to była jesień. Czuję się przysypany jesiennymi liśćmi gdzieś pod jakimś drzewem wiadomości złego i dobrego. Czy przyjdzie się samemu z nich otrząsnąć czy też raczej ktoś mnie odkopie z tej sterty?

Przeglądam strony narracji życia, owych witryn’odbić gdzie egzystencja nakazuje produkować przejaw istnienia. Dawno tego nie robiłem, prawda – dlatego jest to takie zadziwiające, przypuszczam, że straciłem kontakt z onym rozpędzonym wirtualnym obłędem.

Inny punkt spojrzenia: ów skos, tylko z drugiej strony – pewnych spraw i zależności nie da się zawrzeć w geometrii. Łapię się na tym, że nerwowo, mimowolnie kontroluję wskazania zegara, pomimo nawet dni wolnych od pracy.

Jedyne czym się zajmuję to odmierzanie czasu, przedsięwzięciami nie prowadzącymi donikąd. Tak już kiedyś, bardzo dawno o tym napisałem, niezmiennie to wraca…

Coś wypadałoby z tym wszystkim zrobić, czyż nie?

Czyli dobranoc …

Miałbyć nowy spleszyk zamiast notatki. Nawet jest. Tylko za późno przeczytałem ogłoszenie o bieżących awariach na tzw. stronie głównej.

Czyli dobranoc…

No będzie z pięć miesięcy …

Horyzont zdarzeń ponownie stał się widoczny. Szczęśliwie. Nic to, że biurko zarzucone stosem żółtych karteczek. Są małe.

Tylko czasami (podczas porannej drogi spędzanej w s21 lub s3) atakuje tęsknota z coraz większą siłą. Nie pomagają wyjazdy na weekend lub przedłużony. Nie pomagają lub wręcz przeciwnie.

To wszystko przez ten deszcz. Pada jak u Marqueza.

Dej.after …

Czesi zapasowym składem niemal wpieprzyli Niemcom. Promile mi spadają. Całkiem niezły dejafter. Tak, wiem – jestem „inny”.

Disklajmer …

Dzisiaj szefkuchni poleca disklajmer o stosunku do blogszumu (derma te’em i kopirajt).

Przepraszam za ustosunkowanie, lecz by długo te notatki wspominać, to pragnę zaznaczyć, że osoby, które nie dostrzegają we właściwych miejscach tejże zieloności wirtualnej celowych lub nie, ironii – powinny się iść przebadać na iloraz inteligencji.

Osobom, które znajdują ironię lub cokolwiek innego w miejscach gdzie stanowczo nie ma tego co im się wydaje, powinny zacząć upijać się w miarę regularnie, lub w jakikolwiek inny sposób powinny zacząć szkodzić swoim szarym komórkom, bo i tak się im na nic nie przydadzą.

Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne.

Autor też.

A w przestrzeni dalej Creed, My Own Prison.

Pudełko zdjęć …

Pudełko zdjęć jak lont do tego czego mi brakowało.

Przypominam sobie jak wracałem tuż przed godziną czwartą ulicą, z tej dalekiej dzielnicy, którą tak nazywano chyba tylko przez pomyłkę.

Nawet o godzinie czwartej, naprawdę dalekie osiedle, w porównaniu z początkiem (końcem ?) tej eskapady, tętniło życiem (tzn. na przystanku na nocny autobus oczekiwał starszy mężczyzna, mocno już podpity i drugi młody który był trzeźwy, ale za to palił papierosa jednego za drugim).

Niewątpliwie ten nadmiar, bez ironii można powiedzieć akcji w otoczeniu prowokował do zatroszczenia się o własne świeże odczucia i wrażenia po tej niesamowitej nocy.

Z kiosków gastronomicznych na peronach dobiegały mieszające się dźwięki tandetnych przebojów dyskotekowych. Wszedłem po schodach na kładkę prowadzącą w kierunku ulicy nad dworcem. Tylko ta dziwna topografia ratowała ludzi w takim stanie ducha, gdyż dawała poczucie wyjścia nad to siedlisko rozstań, końców i pożegnań.

W tym momencie nawet należałoby postawić ryzykowną tezę, że nie było to jedynie zjawisko sugestii, lecz autentyczna magia ruchu. Na tyle silna by dać zalążek myśli takiej jak mistyczna zaduma pewnej postaci z legendy ludowej: „Nic nigdy się nie skończyło i nigdy się nie skończy…”.

Ten to raczej nie pomysł a przeświadczenie mogło zabić nawet mocno wtedy aktualną kwestię z Cortazara „Dlaczego nie przyjmować tego co się dzieje, bez prób tłumaczenia, bez świadomości porządku i nieporządku?”.

Ile to minęło czasu?

Pierwsze dźwięki Creed’a With Arms Wide Open jeżą mi sierść na karku.

Następny …

Chyba znowu umknął mi gdzieś kawałek rzeczywistości.

Następny też pewnie umknie.

No chyba, że nie aż tak bardzo. Na luzie.

Pogoda w obydwu miastach taka sama.

Raczej nie iluzja …

Iluzja to lub raczej nie. Strumyczki rzeczywistości zaczynają płynąć ułożonymi drogami. To wszystko zaczyna działać.

Natomiast _ten trudny temat do opisania, możliwe, że pojawi się w dniu jutrzejszym gdyż wymaga on papieru tradycyjnego, nie elektronicznego, do nakreślenia.

Świeci słońce. Nie tylko za oknem.

Emotek …

Sobotnie party na St. Pauli. A mnie o dziwo nie ciągnie. Siedzę i się zastanawiam. Ot tak po prostu: jak to poukładać w logiczną całość. Obijam się po obrzeżach rzeczywistości. Chyba już po prostu nie muszę nasiłę. Najzwyczajniej w świecie. Powoli trafia do mnie przekonanie, że będzie wu wei.

Nie? ;)

Long way back …

Dziewczyna siedzi na krześle, takim drewnianym, zwykłym, domowym krześle na peronie stacji s-bahn Sternchanze.

Paczka znajomych przez niemożliwie długi czas katuje zośkę na niewyobrażalnie akrobatyczny sposób.

Żebrak (nie aż taki znowu mocno) swobodnie improwizuje odędoradości poprzez flet, zatrącając lekko be-bopem.

Kelner mówi ‘buena serra’.

Pewne rzeczy we wrzechświecie są niezmienne.

W wymiarze …

– siedzisz w wymiarze dziwnych znaków…

Tak. To robię. To wymiar dziwnych znaków. Nie tylko tych zerojedynkowych, zcyfrowanych i do odcyfrowania trudnych. Owe znaki zaczynają istnieć w każdej możliwej płaszczyźnie. Czy dawane przez ludzi, sytuacje czy konsekwencje i ciągi przyczynowo-skutkowe czy przez konsekwencje. Dziwne. Są dziwne.

,,,w wymiarze; dzięki; bardzo bardzo;

(co ja tu robię jeszcze o tej godzinie?)

Like a rolling stone …

Kalejdoskop zdarzeń. Pełno niewiadomych. Możliwości ale i zagrożenia. Jakoś to się tak dziwnie toczy like a rolling stone. Mchem nie obrasta. Obawy? Na pewno. Milion nowych dni także.

Mam spory zamot w głowie. Serio. Dlaczego jest tak ostatnio, że każdy nadchodzący tydzień waży pewne sprawy? Ciągle?

Schodami w górę …

Wady zamienić w zalety.

Prawdę obrócić na swoją korzyść.

Czyli prawie wróciłem z zaświatów.

Schanze remedium …

Dobry wieczór w ulubionej (chociaż okazuje się mikroskopijnej) dzielnicy zdecydowanie czyni umysł bardziej lotnym. Może niezbyt dokładnie w ścisłym tego słowa znaczeniu lecz sprawy same się układają i to tak szczęśliwie, że zawodowe lądują gdzieś na końcu tej kolejki przeglądu myśli wieczornych.

Nawet ta dziwna niepewność organizacji spraw codziennych wypychana jest przez słoneczny widok za oknem i spokojny uśmiech.

Lepiej. Zdecydowanie lepiej.

Szybka retrospekcja z rękawa …

Czy jeżeli zaczynam się zastanawiać nad oceną stopnia realności projektu to jest źle? Czy może problem tkwi gdzie indziej? Pewnych spraw nie umiem oddzielić od życia: wyjść, zamknąć drzwi, zapomnieć o tym całym interesie poza godzinami urzędowymi… Jedyne rozwiązanie.

Widzę właśnie po kilku(nastu) notkach wstecz, że trochę ten zielony na blogu zbladł.

Zaleta tegoż ustrojstwa: szybka retrospekcja z rękawa.