Archiwum czerwiec, 2005
Część pierwsza
Dzisiaj część pierwsza przeprowadzki czyli lokalny transport mebli niezbędnych.
Tu miejsce na małe westchnięcie.
Wertepy
Pomijając wertepy i inne dziury po drodze, to toczy się dobrze. Czasami któreś koło wpadnie gdzieś głębiej – po chwili jednak zaskoczy i ruszy. Wykroty przeszkadzają bo trzęsię czasami okrutnie a i zaskoczeń samych ostatnio nie brakuje. Tak to się toczy ten wózek na którym we dwoje już jedziemy.
Nie będę wymieniał co robiłem a czego nie robiłem ostatnimi dniami bo jest to raczej dziwne skrzyżowanie tykającego zegara z maszynką do wypełniania (niestety nie do płacenia) przelewów.
Dzień jutrzejszy przeznaczam na polerowanie spraw fimowych (mam nadzieję na kontynuację dobrej passy z dzisiaj), natomiast we czwartek nastąpią zmagania z dużymi obiektami przeznaczonymi do transportu przeprowadzkowego (kto wymyślił takie małe windy?).
Piątek-sobota: Śląsk, a na wtorek najpewniej Hamburg.
Rzeczywistość twierdzi, że miesiąc siedzenia na tyłku to stanowczo zbyt długo.
Rewolucja teraz
Stwierdzam u siebie zbyt częste występowanie słowa „przełożony” w ostatnich notkach.
Tytuł jest odrobinę autoironiczny.
Stereotyp piątku w sosie pozytywnym
Sałatka z fety i oliwek z serwisu Kanapkowego Joe od rana zwiastowała dobry dzień. Podtrzymany niejasnym bełkotem przełożonego czyli brakiem naglących koncepcji zmieniania świata przerodził się w leniwy dzień.
Pora zatem w miarę punktualnie wylogować się z tej fabryki złudzeń i posterować pomału w stronę chillOutCaffe.
Dopinamy kasę i pomału kończymy ten huśtawkowy czerwiec.
i dzieje się,
Dni te cały czas wypełnione, znowu 17.30 się zbliża (pora kiedy stwierdzam, że powinienem stąd wyjść półtorej godziny temu). Wypełnione dużymi rzeczami, małymi sprawami i drobiazgami. Współwłaściciel do konta, zameldowanie, czajnik elektryczny, buda do transportu, garnki, cyferki przed dziesiątym danego miesiąca i po dziesiątym rzeczonego. Na Digart wędrują kadry z szuflady. Outlook uprawia dziwną kombinację RE i FW. Katar sienny i przeróbka skryptów do sklepu online na tablice tfu asocjacyjne. Mój główny przełożony (ten którego inicjałów ostatnio nie wymieniałem) nie może dojść do ładu ze swoją łepetyną a już tym bardziej ze zleceniodawcami.
Nie, nie narzekam. Wszystko idzie do przodu i dzieje się.
W końcu sam te wszystkie sytuacje stworzyłem.
Ostatnio chyba był pierwszy dzień lata, nie?
Klucze
W kieszeni klucze. Umowa podpisana. Dziewięć dni.
Zresztą co ja się będę rozpisywał
i splesz
bo poprzedni cover się zdezaktualizował;
Italic font strikes back,
Terminy już na spokojniej. Pomimo tego, że czerwiec się skraca w oczach.
Na horyzoncie pierzaste chmurki, w uszach szum wentylatorów (serwerownia się wietrzy), na winampie powrót do dedkenedysów a w przestrzeni myśli rozważania o transporcie szafek (w poniedziałek podpisuję umowę na wynajem – ile prądu żre dwutegowa kuchnia-płyta elepstryczna?). Gdyby tylko jeden z moich przełożonych (przez litościwy wzgląd na jego uszkodzony używkami mózg nie będę wymieniał inicjałów…) miał krótszą drogę do banku to mógłbym to określić mianem pełnia zadowolenia.
Harry, czemu Ty dzwonisz do mnie o 3.30 kiedy z kurami poszedłem spać?
Wymiksowany jakiś ten miesiąc w całości.
Wszystkiego najlepszego mojemu Słonku i wybornej imprezy dzisiaj życzę :)
Matematyka kwot
W małym notesie rzędy cyferek. Co gorsza w głowie też rzędy cyferek. Niewolnictwo matematyki kwot zaskutkowało przydepresyjnieniem. Wraz z zerkaniem na kalendarz.
Zdrowiej jednak będzie pozbyć się tego. Bo mnie wkleja w podłoże momentami.
Pora na punkt zwrotny.
…
Dawno już nie siedziałem tak zestresowany jak teraz.
Tyle.
i nacisk…
Szum wentylatorów i szmer klawiatur. To dziwne biuro jednak jest. Za oknem układają się spierzone chmury tworząc nowy horyzont. Chyba nacisnę pewne rzeczy.
Pewna chwila,
Pewna chwila która potrwa dni trzy. Trzy dni ważne, kiedy niemal wszystkie ważne sprawy okażą się być jasne i oczywiste.
Dzisiaj rano, pierwszy dzień zaczął się słońcem. Na razie tym za oknem.
Taka meteopatia ekstrapolowana na resztę rzeczywistości.
Skupiam.
Docisk
Ciśnienie dziwnie dociska dzisiaj wszelkie przejawy działania do podłoża zdarzeń.
Zniecierpię wkrótce outlook’a.
Poniedziałek, szósty dzień czerwca
Poniedziałek, szósty dzień czerwca, taki dziwny stan skupienia i szybkości dziwnego rodzaju: zobaczymy co przyniesie ciekawego.
Zaczynam stosować notes – nagromadzenie zaczyna przekraczać możliwości mojej sklerotycznej pamięci. Odrobinę się obawiam, że staram się zmieścić zbyt dużo w zbyt małym okresie czasu.
Wieczorem jadę obejrzeć (prawie na pewno) przyszłe mieszkanie do wynajęcia od początku lipca (taktak do zamieszkania z Młodą).
Poniedziałek, szósty dzień czerwca, zwykły dzień a brzmi mi w uszach jakoś profetycznie.
Trzydzieści
Wysiadam na placu przy wieżowcu, dzisiaj dnia pierwszego miesiąca następnego i dociera do mnie radość, że zostało trzydzieści dni. Trzydzieści dni na załatwienie sprawa większych (takich jak wynajęcie mieszkania) lub mniejszych (takich jak pewna kwitologia stosowana związana z przeprowadzką Młodej).
Trzydzieści dni: niby długo, biorąc pod uwagę tęsknotę za ukochaną osobą. A tak krótko, biorąc pod uwagę mnóstwo spraw różnych i obaw różnych.
Obojętnie jak ten czas subiektywnie traktować i tak to jest radość.