Archiwum luty, 2006
Slomo on
Weekend pod znakiem pomocy w przeprowadzce z Prawobrzeża do Śródmieścia.
Jednym z moich obowiązków przedmałżeńskich jest zaprojektowanie zaproszeń na ślub – czaję się do dobrego justunku.
Na słuchawkach Depeche Mode – I Just Can’t Get Enough (Tribal Remix White Label 2005).
Nie ma mowy, ten tydzień muszę spowolnić bo zwariuję.
Haiku (z wczoraj)
Lift brzoskwiniowo-jabłkowy się kończy.
Papierosy się kończą.
Wszystko co niedobre szybko się kończy.
Zadziwienie
Wplatam javascript w asp i się zadziwiam (dwa lata temu nie ruszyłbym asp a do niedawna javascript’a).
Na słuchawkach IRA – Bezsenni i tym się zadziwiam jeszcze bardziej.
A za firewallem
Wgapiam się jeszcze z lekkim niedowierzaniem w tego rekurencyjnego do while’a i zastanawiam się jak bardzo trzeba na pewien problem algorytmiczny spojrzeć z innego kąta, żeby wreszcie osiągnąć zadowalające rezultaty.
A za firewallem czeka gąszcz pod postacią wniosków kredytowych, zdolności, rynku nieruchomości i notariuszy-krwiopijców. Jednym słowem idzie wiosna w mieszkaniówce.
Miłość w deklaracjach i rezygnacjach POZ. Szkaradny personel medyczny w pewnym NZOZie (litościwie nie powiem w którym) i wprost odwrotny, zajarany ślubem (‘o tu już zaraz napiszemy i żona będzie u nas razem z panem’) u pani lekarz rodzinnej.
Mam wielkie bordowe serce w portfelu
Za firewallem podobno +2,5
pe’es
A tak już zupełnie bajdełej to czasami mam wrażenie jakbym obserwował jeden wielki festiwal wazeliny.
45 minut do końca trzynastego.
Spid
Tak to widzę, że odmierzam czas tygodniami. Tygodniami podzielonymi na dni robocze i weekendy. Tak. Tydzień podstawową jednostką miary jest.
Początek tego tygodnia wskazuje na to, że zaczyna się kolejne pięć dni na jeszcze większym spidzie niż poprzednie pięć dni.
Trochę patrzę w kalendarz a trochę w kalkulator. Co za różnica, oba na ka.
Jest dobrze i jest co robić – a to z kolei też dobrze.
Czyli bardzo dobrze.
Short
Chociaż odwilż chrupie pod butami ponownie przymrozkiem to w powietrzu czuć zbliżające się przedwiośnie.
A najbardziej to czuć w ludziach. Niemalże jak nigdy dotąd.
Termina
I wychodzi na to, że najlepsze są przedwsięzięcia mimowolne. Po butikowym rekonesansie dzisiaj popadliśmy w małą depresję tekstylną. Nie będzie chyba prosto wejść w posiadanie fatałaszków ślubnych.
Naturalnie natomiast i dosyć spontanicznie udało się nam zarezerwować już terminy w hotelu i wielce sympatycznym lokalu: Na Kuncu Korytarza.
Nie ma jak wu wei. Nawet nieświadome. A może zwłaszcza
Pump up the volume
Pamięć moja nieco zawodzi i nie mogę sobie zbytnio przypomnieć czy ostatni raz dłubałem coś w trackerze sześć czy dziesięć lat temu. Za to po raz pierwszy mam zrobić dźwięki komercyjne o charakterze, ekhem, ilustracyjnym.
Chwytliwych motywów a’la techno do wysamplowania pilnie poszukuję
Scrap
Przeglądam onlajnowe magazyny dizajnerskie w celu wybadania w jakim kierunku zmierzają trendy bo chyba już czas na jakiś współczesny projekt.
I nie jest to wcale takie proste jak się zdawało.
Gonię teraźniejszosć innymi słowy.
Skrót
Weekend upłynął pod znakiem odpoczynku i kiepskich filmów na deser.
Szczerze nas rozbawiło najbardziej offowe miejsce pod słońcem czyli Officyna – mieniące się być mekką sztuki niezależnej, tak bardzo niezależnej, że aż nieczynnej w dni wolne (najciekawsza z tego wszystkiego okazała się być lokalizacja w dawnym tartaku na Niebuszewie).
Po przysłowiowym pocałowaniu klamki mieliśmy na tyle dosyć offu (widocznie jesteśmy już zdegenerowanymi skomercjalizowanymi konsumentami popu bez zrozumienia, że prawdziwa sztuka to codzienność a nie dni wolne od pracy), że wybraliśmy się po prostu na spacer do parku we formie tradycyjnej połączonej z odwiedzeniem niemalże przaśnego przybytku o wdzięcznej nazwie Bar Platan.
Knajpka Teatru Małego o którym wspomniałem okazała się być kameralnym miejscem, z widocznymi zamierzeniami gospodarzy co do odbiorcy docelowego: repertuar zupełnie współczesny (tylko co w tym zestawieniu robi Fredro) plus wnętrze foyer-baru w stylu ekstremalna ikea. Generalnie rzecz biorąc: klasa biznesowa z aspiracjami intelektualnymi lub (co bardziej prawdopodobne) z potrzebą tzw. pokazania się ‘na sztuce‘. Nasze podsumowanie: może kiedyś damy się skusić, z naciskiem na może.
Zupełnie z innej strony wędrówek w poszukiwaniu strawy (tym razem nie duchowej) zaciekawia Tawerna Marynarzy Za Burtą. Jadłospis cenowo prezentuje się rewelacyjnie a oprawa lokalu i wrażenie ogólne pozwalają przypuszczać, że będzie smacznie. Niestety w niedzielę nieczynne.
Wbrew pozorom okazuje się, że nieduża nawet lasagna ze szpinakiem jest smakowicie sycąca. Duży plus za to dla Pizzerii Na Starym Mieście (taka jest nazwa tego lokalu ale www nie mogę jakoś wyguglać) na Końskim Kieracie. Drugi plus za bardzo przyjemną i przytulną atmosferę.
W kinie domowym tym razem z kiepścizny: Hooligans (marne w przesłaniu ale potrafi wciągnąć) oraz Podwójna Gra (nędza totalna a obraz trzyma się dzięki luzackiej roli Al Pacino) – czyli set wyjątkowo nieudany.
Zapomniałbym: weekend zaczęliśmy od Egzorcyzmów Emily Rose – ewidentnie dobry film nawet dla niefanów horrorów i innych historii krew w żyłach mrożących. W dodatku oparty na faktach – ciekawe, swoją drogą, na ile na niefaktach.
Tak patrzę po powyższych akapitach które miały być wyrywkowym, wręcz telegraficznym skrótem na temat spędzania ze sobą czasu a prezentują się conajmniej nieskrótowo – i tak uśmiecham się do własnych myśli…
… ponieważ dzisiaj złożymy w stosownym urzędzie wniosek o legalizację owej liczby mnogiej „my” – w celu spędzenia całej reszty czasu ze sobą
Leniwa baza danych
Mógłbym powiedzieć, że leniwy sobotni poranek gdybym nie wstał przymusowo przedwcześnie. Mógłbym też powiedzieć, że leniwa praca gdyby nie fakt, że to umęczona baza danych leniwie mieli cyferki.
Takie małe poranne marudzenie po prostu.
A inna sprawa, że ludzie na blogsystemie ostatnio zachowują się dość dziwnie
Pomiędzy ciszą a krawędzią
W nosie pełno a w głowie pusto. Niestety.
Pomału zakańczam ten dzień rozważaniami na temat nagłości pewnych rozwiązań, na które czasami nie da rady wpaść ileś tam dni z rzędu a kiedy już przychodzą to okazują się być proste do zrealizowania.
No dobra, teraz będzie bez matolenia.
Wdech.
Nie przepadam za wzniosłymi frazesami – których i tak pełno wokoło (zastanawiam się czy nie dodać ‘ostatnimi czasy‘) – muszę jednak poniższe zapisać pełnym zdaniem:
Spotkam się dzisiaj wieczorem, po raz pierwszy od ładnych kilku lat, z człowiekiem, który uratował mi życie w pewnej dawnej górskiej sytuacji.
Mógłbym napisać, że dziwnie to wszystko przeplata się po latach ale to byłaby już pompa i zadęcie. Wierzę, że rzeczy i sprawy w życiu albo dzieją się po_prostu albo my je stwarzamy.
Czasami jest nawet tak, że się to łączy.
Siądziemy zapewne przy kuflu piwa bosmańskiego przy barze w lokalu na który wszyscy potocznie mówią Ajrisz – chociaż podobno nie tak się nazywa i nie stosuję tu też żadnej muzycznej metafory. Może pomarudzimy trochę jak dwa takie matuzalemy zmierzłe na dzisiejsze, panietentego. czasy a może po prostu podzielimy się ze sobą radością i szczęściem.
A będzie jeszcze lepiej, jeżeli nie przekroczę granicy symbolicznych kilku piw i po powrocie z knajpy moja przyszła małżonka orzeknie, że byłem grzeczny.
I w ten sposób się toczy ten świat – dziwak.
To taka moja spokojna radość na dzisiaj.
Gubałówka
Z racji nie tylko pracy czasami rozglądam się po domenach internetowych i właśnie rozbawiła mnie … Gubałówka, spójrzcie: gubalowka.pl (na dzien dzisiejszy brak) i gubalowka.com.pl – jak to mawiają w pewnych kręgach: „Szczecin od morza do morza”