Archiwum sierpień, 2006
6:34
Cegiełki spraw układają się spokojnie w ładną, spójną budowlę. Telefon, notatnik, email. Wszystko jest na swoich miejscach – dawno już tak nie było. Nic tylko zagrać na zwyżkę tej jesieni.
Czy ktoś wie jak można załatwić na weekend odrobinę słońca i wyższej temperatury? Zapowiada się nam krótki, ogólnie ciekawy wyjazd – ale choć trochę lata na plaży też by się przydało.
Na marginesie, pragnąłbym zauważyć, że nienormalnym jest żebyśmy się otwierali oczy na pół godziny przed budzikiem. To jest skandal, że można być tak ekstremalnie wypoczętym!
Coś na kształt afterki
Outlook uporządkowany, część zamieciona na szybko – ale nie pod dywan, część porozkładana już w organizerze. Obawiałem się nieco większego wstrząsu pourlopowego. A może się po prostu uodporniłem na pewne rzeczy?
Coraz bardziej nie rozumiem i nagłówków newsów i postaci w nich występujących. Może to i dobrze. Nie mam ciśnienia na zapamiętywanie ksywek rzekomych i prawdziwych, tajnych współpracowników byłych służb, byłego systemu. Z drugiej jednak strony zaczynam mieć małą chrapkę na kablówkę z jakimś podstawowym zestawem kanałów, tak około dziesięciu. Jeden jedyny w naszym odbiorniku chyba pomału mnie zaczyna nudzić. Czy to jakiś symptom małżeński?
Lepiej będzie jak potraktuję to jako bodziec motywacyjny w jesiennej walce o nasze własne, jak największe, mieszkanie
Z rzeczy bardziej rewolucyjnych: przeczytałem ostatnio (a nawet wczoraj) papierową książkę. Rzeźnia numer 5. Zdarza się.
Zatytułowałbym tę notkę obrzydliwie, coś jak ‘po urlopie’ ale postanowiłem w sposób postępujący nie radykalizować swoich poglądów.
Czego w nadchodzącym nowym roku szkolnym i Państwu życzę
Skrajne Solisko
18.08.2006
Nad Szczyrbskim Plesem jemy na ławce śniadanie złożone z różnorakich wypieków z miejscowych potravin – co okazuje się wkrótce być błędem kalorycznym.
Podążamy magistralką na zachód w kierunku Krywania, około pół godziny do wylotu doliny Furkotnej. Podążamy to dosyć dobre określenie: żona nadaje tempo – bo inaczej się męczy, ja się wlekę bo też się męczę.
Sytuacja pogarsza się kiedy skręcamy w dolinę, podejście staje się mozolne, zaczynam poważnie odstawać od małżonki i zalewać się potem. Wkrótce okazuje się, że te czterysta metrów w pionie do trawersu do rozdroża z trawersem na Chatę pod Soliskiem, pokonaliśmy w trzy czwarte czasu standardowego. Sznikersy oraz przemarsz kilkudziesięcioosobowej grupy Niemców w wieku charakterystycznym przywracają nam ochotę do dalszej wędrówki.
Po łatwym dosyć kwadransie na trawersie (gdzie mijamy paniusię-wariatkę z dzieckiem, co nas przyprawia o delikatne migotanie przedsionków) docieramy do miejsca które, gdyby nie sceneria, mogłoby uchodzić za deptak w Międzyzdrojach. O półtorej minuty drogi od chaty znajduje się bowiem górna stacja kanapowej kolejki z Szczyrbskiego. Podziwianie różnorodnego obuwia i odzieży mocno odbiegającej od – nawet elastycznych standardów górskich – chyba już zawsze będzie dla nas przednią rozrywką.
Chmury schodzą w tempie niepokojącym w kierunku 2k metrów, zatem kończymy ťmave oraz bylinny čaj i ruszamy w rzednącym towarzystwie w stronę szybko pomykających burzowych obłoczków.
Po kilku trawersach ścieżka wyprowadza na niewybitną granióweczkę (ale za to pierwszą w życiu Promyczka) którą gonieni brakiem pogody docieramy na Skrajne (Prednĕ) Solisko 2093 mnpm – pierwszy żoniny szczyt 2k.
Spędzamy tyle czasu na ile pozwalają: wiatr oraz nasze sztormiaczki i dajemy dołu w tempie przyspieszonym: najpierw do Chaty, potem prawie po prostej w linii nartostrady do Szczyrbskiego.
Spacer lekkopółśredni, 6 godzin w sumie, przy takiej pogodzie lekko dobijający: następny dzień przeznaczamy na jaskinię za biletami
Burrito pollo
Po krótkim odpoczynku pourlopowym, jasnym się stało, że należy wrócić do domowych tradycji żywieniowych. Żona zaatakowała mocno za pomocą karminadli i przepysznego sosu pieczarkowego. Nie pozostało mi nic innego jak przejść do zdecydowanego kontrataku.
Kroimy pierś z kurczaka w kostkę rozmiarów wedle uznania. Smażymy przyprawione majerankiem na oleju na wolnym ogniu z cebulą aż mięso będzie dobre. Możemy dodać odrobinę mieszanki meksykańskiej lub ostrej papryki, kropimy maggi (to zamiast soli, której nie używamy jeżeli koniecznie nie musimy). Do gotowego kurczaka na patelni dorzucamy z puszek krojone pomidory oraz czerwoną fasolę. Podsmażamy do momentu aż sos dobrze się zwiąże i zgęstnieje. Doprawiamy całość chili i pieprzem (można dokropić maggi). Trzymamy wolno bulgoczące na małym ogniu.
Na drugiej patelni rumienimy siekaną cebulę z czosnkiem granulowanym. Do tego wrzucamy surowy ryż i prażymy go na średnim ogniu około kwadransa. Zalewamy gorąca wodą, tak by go przykryć na około dwa centymetry. Dodajemy kostkę bulionową i trzymamy na ogniu do momentu kiedy woda odparuje całkowicie.
Do dania w charakterze przystawek podajemy tarty żółty ser, zielone oliwki oraz gęstą śmietanę z bazylią.
Smacznego
Nova Lesna, sierpień 2006
Kawałek po kawałku, coraz wyżej i śmielej. Nie napiszę, że dzień po dniu bo ludzie, ekhem, w naszym wieku, nie wytrzymują niemal dwóch tygodni stale do góry day-by-day.
Na balkonie z widokiem na Gerlach, Sławkowski i Łomnicę patrzymy na teatr pogody jaki rozpościera się nad Tatrami. Najpierw trawers na zachód i pierwsze lekko podgórę, potem trawers na wschód i chatka króla tatrzańskich tragarzy.
Zaczynamy się przyzwyczajać do tego, że dzień zaczyna się wcześniej a wieczór na niebie i ten od godzin otwarcia zaskakuje nas zaraz po zejściu.
Pierwsza stromizna i pierwsze dwa’ka Promyczka: okazuje się, że droga w dół nie jest taka straszna jak zdawała się być pod górę a to coś spomiędzy turni wzywa i każe wstawać rano o porze uznawanej przez średnią statystyczną urlopową, za łagodnie mówiąc, nienormalną.
Wyżej i coraz więcej powietrza dookoła. Szaleństwo atmosferyczne robi wyjątek i na najżmudniejszy ze szczytów idziemy w upał i skwar – jakkolwiek daleki jestem od werterycznych natchnień to tego dnia, chmury po prostu rozstępują się przed nami.
Po takich setach najzwyczajniej w świecie się obijamy.
Promyczek śmieje się, że na ‘kamieniach ostrych jak brzytwy’, zdała ostatni, post factum, egzamin na żonę.
Myślę, że następny sezon to będzie nasze wspólne pierwsze trzy’ka
A tak zupełnie na marginesie: jak anegdoty przestaną się bić w mojej głowie to postaram się co lżejsze kawałki spisać. Od tego przecież jest blog, nie?
Jo sem po svadbe
Tutaj czas jakoś inaczej płynie. Inaczej dzień się zaczyna i inaczej kończy.
Wychodzimy coraz to wyżej z żoną, która w sposób zadziwiający oswaja się – a raczej odkrywa w sobie, zamiłowanie do stromizny – chyba, że to tylko taka słabość chwilowa
Tak naprawdę nie mógłbym piękniej sobie tego wymarzyć. Niby zdaje się to być logiczną kontynuacją: jaki ślub – taka poślubna
Miałem się nie przyznawać ale czasami to chyba ja jestem bardziej zmęczony od małżonki
Ze Starego Smokovca spod samiućkik słowackich Wysokich Tatr, with love – jacca
myszkidwie
Powielam – ale trudno
Instalacja myszkidwie by Blogola
Niezbyt mogę się skupić na napisaniu czegokolwiek dłuższego. Umówmy się zatem, że będziemy do tego wracać we wspomnieniach.
Obiecuję zatem, że napiszemy z wyprawy.
To chyba tyle w przysłowiowym biegu – czyli bez zmian
Bez słów
Z jakiejkolwiek strony nie próbuję się nad tym wszystkim zastanowić to po prostu uśmiech mnie nie opuszcza a żadna, bardziej konstruktywna myśl, nie chce się wymyśleć.
Dziękujemy wszystkim którzy byli z nami i ciałem i duchem tego szczególnego dnia.
Podziękowania osobnego sortu składamy na ręce ekipy technicznej w niezrównanym górniczo-hutniczym (papparappa) składzie.
Bez Was ta impreza nie wyrobiłaby się ani logistycznie ani kondycyjnie.
No i na koniec, ale nie na końcu – dziękujęmy naszym Rodzicom, za to, że dzielnie wytrzymali naszą wizję imprezy
Wielkie Uśmiech się dla Was wszystkich.
Bez przesady z tym odliczaniem
Całość operacji skurczyła się do rozmiarów jednej kartki notatnikowej. Odliczać chyba już nie ma sensu bo czas pędzi według swojego rytmu i nie jest to cokolwiek poniżej 180 bpm.
Prawdę mówiąc to chyba spodziewałem się większej nerwowości przed – no chyba, że zasmakuję tego od piątkowego poranka