Archiwum wrzesień, 2006

Dużo skrótów

Mieszam w tyglu ODBC: SQLite z Accessem i MySQL’em, transportuje przez ISAPI Perl i ASP i od tego wszystkiego robię się wiecznie głodny.

Od sfiksowania kompletnego (bo jestem przy interfejsie lokalnym do tej zupy w Perl/Tk) ratuje mnie zbieranie kasztanów. Czuję, że to może stać się moim nowym hobby, przynajmniej sezonowym.

Dzisiaj czeka nas jeszcze w kolejce urząd miejski ale za to w sobotę będziemy mogli odprężyć się w hipermarkecie. Siakoś tak dzisiaj niepoważnie czuję się. Zapewne przez tę plątaninę skrótów i technik.

060927

Poza tym, że bardzo mocno dzisiaj zainspirowałem się SQLite’m to chyba żadnej, w miarę zwięzłej myśli nie jestem w stanie sformułować.

Ten tydzień jest na jakiś wybitnie wysokich obrotach – albo to taka pora na różne akcje się zbliża.

Cały czas mi się wydaje, że jest o jeden dzień wcześniej.

Notatki na okładce

Kiedy wyrzucam nadmiar słów ze swojego słownika to mam wrażenie, że zdania stają się dłuższe. Czasami, obojętnie czy to sprawy zawodowe, czy też obserwacja relacji między ludźmi, zastanawiam się jak bardzo musi być opakowany przekaz, żeby nosił znamiona powszechnie akceptowalnego.

Kiedy słyszę na ulicy dialog pomiędzy ojcem i synem którego transkrypcja na potrzeby telewizji publicznej przypomina nadawanie alfabetem Morse’a, zastanawiam się jaka przepaść dzieli język współczesnej reklamy korporacyjnej i coś co przypomina mittelklasse penner slang.

Coraz większy kontrast – wniosek mało rewelacyjny. Popijam sok pomarańczowy i myślę jak się zmieścić pomiędzy nadmiarem nic nie wnoszących słów, ciszą i treścią życia, nachalną komunikacją wizualną a słowem które samo się ciśnie na usta kiedy człowiek uderzy się w palec.

Notatki na marginesie

Staram się wynotowywać w pamięci sprawy aktualne ze wszystkich możliwych frontów działalności. Okazuje się to być wraz z upływem czasu coraz łatwiejsze. Zastanawiam się czy to ilość rzeczy ma taki korzystny wpływ czy też budowany spokój powoduje, że jest łatwiej.

Biorąc pod uwagę, że brak pośpiechu, praca nad stresem i praca nad podejściem do kwestii które po bliższym przyjrzeniu okazują się być warte mniej zachodu niż pierwotnie by się to wydawało, dochodzę do wniosku, że powodem napięć, częstokroć jest zawyżona waga problemu, złe jego sformułowanie lub po prostu błąd logiczny.

O ile w przypadku konstruowania projektu, powyższe wydaje się być truizmem – chociaż wcale nie tak bardzo rozpowszechnionym, jakby mogło się wydawać – to patrząc na statystykę relacji międzyludzkich w dzisiejszych czasach, wydaje mi się, że pewna elementarna analiza semantyczna, wpłynęłaby znacząco na poprawę kilku sfer życia.

p.s. i, pardąsik, wywód powyższy nie powstał po szoku jakiego doznałem patrząc na liczbę gejowskich blogów w kategorii ‘męski punkt widzenia’ :)

Późne Lato

Spokojny sobotni poranek, inwentaryzacja lodówki, w głośnikach Wczesna Jesień (brzmi jak Jane’s Addiction ale staram się przekonać żonę, że nie zmierźlę, no bo niezłe jest, nawet jak na Hey’a), odrobinę nieadekwatnie do pory panującej za oknem, ale co tam.

Zmogłem się z przemyśleniami na temat projektu odziedziczonego w spadku po pewnym fanie rozwiązań open-source’owych który jest od pół roku niedostępny i nie może klientowi wykonać kilku poprawek. Patrząc na stopień zamotania jego dzieła, dochodzę do wniosku, że być może szybciej i łatwiej (a na pewno na przyszłość: lepiej), byłoby to napisać od początku.

Jak dobrze, że moim największym zmartwieniem na dzisiaj jest smaczny obiadek :)

Rozrzut?

Koszmar tworzenia dokumentacji do rozległego projektu tworzonego spontanicznie i częstokroć w pośpiechu każe mi się zapatrzeć w zieleń drzew dzielnicy zwanej kiedyś Westend.

Niechęć mnie nachodzi gdy patrzę na trywialność która ostatnio wyziera z różnych kątów. W podejściu osób do spraw zawodowych, w przepychankach jakie serwują media, w powierzchowności niektórych lansów (taak, wbrew pozorom do lansu trza balansu jak wyczytałem kiedyś na jakimś murze). W powierzchowności czasami codziennej.

Ciekawy jestem sobotniego szczecińskiego spotkania digartowego. Pojawiło się dużo świeżych osób w komjunity a i sam serwis zmienił się dość mocno. Ciekawy jestem niektórych sytuacji wynikających z różnic wieku.

Zaległości ponownie mało humanistyczne się okazują. Łypnąłem ciekawym okiem na MySQL Stored Procedure Programming. Po instalacji ActivePerl’a 5.8 build 819 i zbiorczej aktualizacji pakietów poprzez nowy ppm, system popadł w stany prawie agonalne.

I jeszcze trochę i mieszkanie trzeba będzie kupić.

Patrzę na to co powyżej i zastanawiam się czy czasami za dużego rozrzutu nie stosuję. Może to tylko skłonność do meteopatii skutkuje takim wybazgroleniem lużnego kalejdoskopu myśli.

at 6.00

Wieczorową porą jeszcze jedno zdjęcie z serii tatrzańskiej.

Ekranizacja ‘Samotności w Sieci’

W leniwą niedzielę niespodziewanie spontanicznie wybraliśmy się na jedną z najbardziej gorących premier kinowych tego roku. Piszę, że niespodziewanie, ponieważ niejakim manewrem wyprzedzającym (-Skarbuś, które miejsca?) udało mi się odkryć u mojej żony wewnętrzne przekonanie, że jednak na ‘Samotność w Sieci’ iść bardzo chce.

Pierwsze wrażenie, pierwszy kwadrans: zaskakująco dobrze, energiczny montaż, główna para aktorów nie taka zła jakby się na pozór wydawało, motyw muzyczny przewijający się we wszystkich trailerach, wciągający dzięki oprawieniu w wielkomiejski breakbeat.

Dalej jest nieco gorzej: minuta dla Kukiza pokazuje jak dobrze można rolę zagrać czyli pożądana niedostępność głównego bohatera nie wychodzi Chyrze za dobrze (chociaż znawczyni powieści twierdzi, że tak – zatem zmierźlę). Odbiór erotyzmu Cieleckiej oceniam na wrażenia jakie na mnie wywierają kurczaki w chłodni. Motyw z breakbeatem zastępuje motyw tenże sam ale wyprany z podkładu rytmicznego raczej nuży niż tworzy klimat. Zdjęcia z Nowego Orleanu robią wrażenie kręconych w pośpiechu a kto nie przeczytał ten nie połapie się w niejasnych na ekranie dygresjach i retrospekcjach.

Na plus mogę napisać natomiast świetne niemieckie ujęcia miasta i biur. Obojętnie czy to szeroki kąt w plenerze z loftem głównego bohatera, odhumanizowana architektura instytutu naukowego czy brud niemieckich okolic okołokolejowych. Wszystko to jest świetne – tak jak i smaczki z autorem w roli epizodycznej acz ważnej (nie będą zdradzał więcej – bo to pod koniec tak bardziej jest).

Scenariusz, czy to w nowym wydaniu zakończenia, w moim odczuciu bardziej otwartego i mniej nachalnego, czy w pewnej, nieco odmiennej, kolejności chronologicznej, sprawia bardzo korzystne wrażenie. Zasługa to chyba Adamka, że wycisnął z Wiśniewskiego, nieco więcej szlifu, niż było tegoż w pierwotnej powieści.

Szedłem na ten film z nastawieniem, że zapewne rozczaruje mnie. Wrażenie końcowe jest takie, że nie zachwyca ale zaskakuje pozytywnie. Nawet zmierzlucha.

Podsumowywując: jeden z nielicznych versusów gdzie wychodzi na jeden-do-zera na rzecz filmu (werdykt nie ma zastosowania w przypadku fanów powieści) :)

Sławkowski Szczyt

Sławkowski Szczyt, 20.08.2006

Wstajemy na tyle wcześnie na ile jest to możliwe na pierwszym mocno górskim urlopie – o ile mnie pamięć nie myli to odrobinę przed siódmą. Po krótkiej podróży elektriczką do Starego Smokovca, z zapasami niezbędnymi na cały dzień (dieta złożona z kawy, wody mineralnej nieznanej bliżej marki, materiałów na kanapki oraz sznikersów) omijamy dolną stację brudnawej kolejki na Hrebienok i staramy się na pierwszych metrach nie utonąć we własnym pocie.

Mniej niż godzina drogi i wygrzebujemy się na rozdroże z Magistralką. Tabliczka oznajmia, że do celu naszej dzisiejszej wędrówki pozostały cztery godziny plus kwadrans.

Przyjemnym trawersem z coraz szerszymi widokami wychodzimy na balkonik zwanym Slavkovską Vyhliadką. Pierwsze pół kilometra w pionie za nami. Pozostał cały jeden i seria nudnych jak flaki zakosów w kosodrzewinie.

Przez Łomnicę przetaczają się chmury. Jest bardzo cicho, może nawet zbyt cicho. Z zakrętów nad Velką Studeną Doliną wyłaniają się coraz szersze panoramy. Monotonię kosówki przerywa nam wyjście na nietrudny ale mocno napowietrzny fragment graniówki.

Trawers pod turnią zwaną Nosem bądź też Królewskim Nosem, wyprowadza nas na niewyraźną przełączkę na 2300. Przed nami sypkie, ostatnie 150 metrów pionu, spokojne, zdecydowanie wolniejsze podejście i po 13.00 wychodzimy na niezbyt zatłoczony szczyt (2454 mnpm) Sławkowskiego.

Warunki są wręcz idealne, panuje cisza jak przed odległą burzą. Niższa temperatura daje się bardziej we znaki akumulatorom od aparatu które musimy trochę rozgrzać niż nam. Brak awanturniczych rodzin oraz ogólny klimat panujący w miejscach takich jak szczyt Sławkowskiego dodaje całości uroku.

Panorama zamknięta Łomnicą na wschodzie i Gerlachem na zachodzie jest obiektywnie jedną z najwspanialszych w całych Tatrach. Widok na południe, obejmujący cały Spisz, Niżne Tatry, Góry Lewockie, Słowacki Raj i dalsze, trudniejsze do zidentyfikowania plany – z racji specyficznego położenia w bezpośrednim sąsiedztwie (tyle, że dwa kilometry niżej) kotliny Popradu – unikatowy w tej części Europy.

Rozkładamy zaimprowizowany, a jakże, obrusik na skale. Żona przyrządza kanapki ze słowackim przysmakiem: nacierką czosnkową. Spędzamy ponad godzinę na szczycie. Dobrze potraktowane akumulatorki pozwalają na serię około czterdziestu zdjęć.

2454 mnpm: jakkolwiek daleki jestem od mierzenia gór centymetrem to na pewno jest coś co każdy pamięta przez całe życie, nawet wtedy gdy wysokości wraz z kolejnymi szczytami w innych, wyższych górach, cały czas rosną. Jest to pierwszy duży szczyt mojej żony a zarazem debiut w turniach. Może właśnie dlatego przychodzi nam do głowy myśl o magicznej granicy 3000 mnpm – w Alpach…

Z takich miejsc nie chce się po prostu schodzić – a przed nami pięć godzin zejścia z perspektywą zabójczych zakosów w kosodrzewinie z wielkimi głazami. (Nie tylko) kolana będą długo wspominać to zejście.

Czas i przepływ

Czasami się zastanawiam jak to jest, że rzeczy które wymagają organizacji myśli, zbadania sekwencyjności itepe nie jestem w stanie ułożyć za pomocą mediów digitalnych. Musi być papier i coś do pisania. Inaczej nie umiem.

Co dziwniejsze powyższa uwaga nie odnosi się do organizacji czasu, którego nie umiem zapisywać w kalendarzu, niezbędnym okazuje się być organizer w komputerze.

Przepływ informacji tradycyjny a czas zdigitalizowany?

O co w tym chodzi?

Pseudorefleksja nt. powieści kultowej

Po długim niewczasie przeczytałem. Wersję jak najbardziej papierową. Zgodnie ze wskazówkami żony: w łóżku :)

Opowieść jest o tym, że facet ma tzw. wszystko, po czym w Sieci napotyka kobietę i piszą do siebie popadając w zauroczenie. Następuje ciąg retrospekcji oraz innych anegdot i rzeczeni spotykają się na tle usilnie udramatyzowanych przez autora wydarzeń fabularnych. Następuje łzawiące zakończenie. Zdarza się.

Nie przeczę, że jest to powieść ważna. I osobiście dla nas i zapewne dla wielu czytelników. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to książka ważna w najnowszej historii literatury polskiej.

Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak niektóre zdania-perełki z przestrzenii beletrystycznej potrafią zadziwić i wpłynąć kojąco na czytelnika i uczynić ich autorów wartymi piedestału, nie bacząc na resztę ich twórczości – to niektóre konstrukcje w katowanym utworze powodują u mnie paroksyzm śmiechu. Nawet wtedy gdy podchodzę do lektury z nieudawanym i niewymuszonym namaszczeniem.

Mój problem polega na tym, że słabo percepuję opowieść która w zawiązaniu akcji odpowiada fragmentowi żony i mojego życia – a finał obliczony na dramat nie odpowiada. Nie odpowiada ani temu co z naszym życiem zrobiliśmy ani konkluzja płynąca z historii też nie odpowiada.

Myślę, że w blogosferze nie muszę podawać tytułu onego dzieła :)

W kwestii wyjaśnienia nagłego napadu pseudorefleksyjności: musiałem to przepchnąć przez te kilka zdań pisanych tutaj żeby po prostu umieć to nazwać. Znacznie więcej obrazów znajduję ostatnim czasem u siebie niż słów na opisanie relacji z otoczeniem.

I żeby nie dostać obiadu ;)

spl51

Patrząc na bloga mojej żony doszedłem do wniosku, że jestem daleko do tyłu i postanowiłem skorzystać z ostatniego badania opinii publicznej i przerobić teatr ziemi na okładkę. Im dłużej na to patrzę tym większego smaka mam na odbitkę tego w naprawdę dużym formacie.

Teatr Ziemi

Powiadają, że jeden obraz czasami jest więcej warty niż tysiąc słów.

 

Sobota

Telewizor katuje jakąś artystowską kupą a ja się dzisiaj zastanawiałem w sklepie nad zakupem anteny pokojowej.

Obyczajem sobotnim szanującej się rodziny udaliśmy się do hipermarketu by wypełnić możliwie maksymalnie koszyk dobrami konsumpcyjnymi.

Przede wszystkim chyba, że się tak kolokwialnie wyrażę, chyba za bardzo offowo nam jedzie z facjat bo z pustym koszykiem nie chciała nas zaczepić żadna promocja, nawet taka z kulawą nogą. W miarę postępu zapełniania było coraz lepiej. Ergo: nie jesteśmy straceni dla świata konsumpcji.

Co do rzeczonego wymiaru rewelacyjnych cen to nieźle nam się wydłużyły miny przy cenach kawy: te z półek nijak się miały do wskazań czytnika kodów kreskowych. Raczej szczerze wątpię żeby było to spowodowane stricte burdelem na półkach.

Dzisiejszej notce przygrywa The Clash – Lost In Supermarket, jak zresztą każdej wyprawie do sklepów wielkopowierzchniowych. Tak, mam takie marzenie: dorwać się do radiowęzła w takim miejscu i puścić to żądnym towarów konsumentom :)

Ćwiczenia z kultury weekendu

Weekend w Międzyzdrojach to maksymalny wymiar czasu jaki można spędzić w takim miejscu. Z pozoru niby już jest po sezonie ale jednak dwa dni w miejscowości większej niż wioska rybacka to wystarczający odpoczynek. Inna sprawa, że to była bardzo ciekawa opcja z zaprzyjaźnioną ekipą na spędzenie trzydziestych urodzin.

Dni robocze tego tygodnia są nieco wydłużone. Spraw coraz więcej: szykuje się i dzieje się pracowity wrzesień. To jakiś dziwny przykład perpetuum ale im więcej zadań tym więcej mam energii.

Zupełnie z innej beczki: konstatuję sarkatycznie, że wkrótce przyjdzie taki czas kiedy każdy polityk, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej będzie posiadał bloga lub coś na jego kształt i podobieństwo.

W mediach batalia o mundurki w szkołach. Nagłówki newsów generalnie nie zmieniają się już chyba od dłuższego czasu. Zresztą nie wyobrażam sobie dalszej ewolucji w dziedzinie pogonii za sensacją. Po prostu wybieram twarożek mojej żony – jeżeli tą odległą metaforą mogę ten szum podsumować.

p.s. twarożek – rewelacja :)