Archiwum grudzień, 2006
2k7
Okazuje się, że puenta nie występuje pod koniec każdego odcinka życiowej fabuły. Nauka którą wysnułem okrągły rok temu w pewnej mierze okazała się być przygotowaniem do swoistej wolty godnej mistrzów suspensu.
Ciekawym doświadczeniem jest spróbować spojrzeć z innego punktu widzenia, poprzez perspektywę odmiennego rytmu życia. Niezwykłość tegoż, okazuje się być jeszcze bardziej nurtująca kiedy z tamtej strony się wraca, kiedy okazuje się, że postawę szlachetnie obiektywną, można sobie włożyć głęboko gdzieś.
Rozważam to i rezultat jaki wysupłuję mogę zawrzeć w metaforze: droga – czyli coś: tam, oraz: z powrotem.
Nie chcę przeforsowywać truizmu, że nie da rady obiektywnie patrzeć na świat – wbrew pozorom które spisałem rok temu, dotarłem do punktu gdzie mogę jasno stwierdzić, że należy wartościować punkt widzenia. To chyba nie jest poczucie, że pewne rzeczy mam we krwi: mogłem spojrzeć na świat i życie z perspektywy Śląska. Zrobiłem to. Z ciekawości i dla chęci rozwoju.
Wzięliśmy z Promyczkiem ślub. Atmosfera i szczególność pewnych zdarzeń na które tu, w osobistym rocznym bilansie nie znajdę miejsca, pokazały nam jakie są różnice w tym co z reguły oklejamy etykietkami: styl i sposób na życie. Pod warunkiem, że w ogóle są.
Odrobinę dystansu wymieniłem na pewność i utylitarny konserwatyzm w charakterze oręża w życiu, dzięki czemu chcę zrealizować plany w taki a nie inny sposób: trudności są po to, żeby docenić wartość odpoczynku i dni powszednich.
Patrzeć na życie przez swoją własną perspektywę bo część historii tego roku pokazało, że po prostu już wystarczy. Natomiast druga część jest żywym dowodem na istnienie takich wartości uniwersalnych jak przyjaźń, szczerość, lojalność.
Na ekranach niebiesko-czerwona flaga.
2k7.
061229:0131
Tak patrząc na zegarek to dochodzę do wniosku, że chyba nie dociera do mnie, że to koniec roku i pora na odrobinę zwolnienia i refleksyjnej zadumy. Kurde.
Wszystko 2.0
Pierwsza z rzeczy która rzuciła mi się w oczy po zainstalowaniu Firefox’a 2.0 to domyślnie włączony moduł sprawdzania pisowni w elementach <textarea> we formularzach. Ciekawy jestem wielce jaki to (jeżeli będzie) miało wpływ na dzieci neostrady i inne pokrewne gatunki z podejrzeniem o symulowanie dysortografii (o ile w tej grupie jest jakiś znaczący odsetek użytkowników FF)?
Nawiasem mówiąc, szkoda, że onetowy, wysiwygowy edytor nie załapuje się do tej reguły.
Web 2.0 – Firefox 2.0 – Społeczeństwo 2.0?
Case
Zdenerwowanie poprzedniego tygodnia zamienia się błyskawicznie w ciekawość. Kwity zostały wysłane a prawnicy orzekli, że sprawa jest rozwojowa – kiedy od takich ludzi słyszę, że szanse na wygranie sprawy są większe niż 80% to jest to dla mnie prawie jak polisa ubezpieczeniowa i maść na stłuczenia w jednym. Case jest podobno interesujący a nad przyszłymi stosunkami rodzinnymi nie mam siły na razie się zastanawiać.
Swoją drogą to nie chce mi się pomieścić w głowie w ilu miejscach jeszcze drzemie duch peerelu (tu miejsce na bardzo specjalne ukłony w stronę pewnej pani po drugiej stronie słuchawki telefonicznej).
Dygresja na relaks jest taka: jak to dobrze jest mieć żonę która gra w Diablo – można fajnie pogadać o itemach
Misterium wódki
W mijającym świątecznym czasie moją uwagę zwraca polska liturgia wódki. Zwyczaj ten jest na tyle silny, że osoby które (nie mogę wspomnieć kiedy i gdzie) ze względów religijnych odmawiają dzielenia się opłatkiem, nie chcą odmówić i sobie i zapraszającym, przełamania się kieliszkiem. Przemożna jest siła niektórych obyczajów a polskiej hipokryzji to już chyba największa.
Przeglądam skrót wiadomości; w świąteczny weekend to do tej pory zatrzymano 1600 pijanych kierowców, 82 osoby zginęły a 582 są ranne. Te smutne statystyki rosną z roku na rok i już nie wiem naprawdę jak się mają do tego hasła solidarności i odnowy moralnej.
Zadziwiające misterium, zastanawiam się nad tym i jedyne co sensowne przychodzi mi do głowy, to, że za dużo w telewizji kina familijno-świątecznego i że pod wpływem tego, wzięło mnie na spisywanie moralitetów, wniosek nasuwa się jednakże taki: trzeba pójść własną ścieżką pośród tego kurzu bitewnego.
Rewolucja teraz!
Dość już tych szpitalnych kolorów!
(przypatruję się nawyprawianym zmianom z każdego możliwego kąta – czy aby nie za bardzo po oczach dające…)
AD 2006
Przede wszystkim życzę Wam wszystkim spokoju i ciepła – bo kiedy te dwie sprawy mają się dobrze to z resztą zawsze można coś począć. Życzę Wam też, żeby świat nie zjadał Was na codzień, ponieważ pewne rzeczy są zbyt małe by mogły naprawdę zaszkodzić – a są na tyle upierdliwe, że nam dokuczają – zatem zdrowego dystansu również życzę.
A sobie życzę dobrego pomysłu na nowe kolory na blogu oraz tradycyjnie już okrągłej bańki w używanych banknotach, może być nawet złotych
Czasopodwajacz
Zauważam, chociaż to może trochę za słabo powiedziane, że wszyscy na dniach dzielą czas spraw i sprawunków na przed Świętami oraz po Świętach. Głównym motywem działania większości osób jest zapewne troska o zapewnienie sobie świętego spokoju podczas minimum czterech dni potencjalnie wolnego czasu. Charakterystyczne jest również to, że im dane źródło (tak pozwolę sobie to określić) obowiązków więcej stara się wrzucić do mojego koszyka, tym dany termin staje się bardziej napięty, jest odsuwany na tuż tuż, czyli de facto na piątek przed wydłużonym weekendem oraz obiecana nagroda dla tejże persony zwiększa się o nicmnienicnieobchodzi rozciągające się również do dnia kaca po Nowym Roku.
Zaczynam chyba pomału rozumieć ukryte pobudki które kierowały osobami odpowiedzialnymi za kampanię reklamową z czasopodwajaczem w roli głównej. Z pewnym drobnym uśmiechem odnotowuję, że to chyba jest jakiś element globalnego spisku.
Smak życia
Isaac Asimov poprzez słowa bohatera największej ze swoich powieści, twierdził, że każda skuteczna ewolucja to proces napotykania na swojej drodze kryzysów, przy których wydaje się, że są one nie do rozwiązania, dopóki nie zobaczy się jedynej możliwej drogi wyjścia która w swej prostocie jest genialna.
To działa na mnie zawsze jakoś niebywale wzmacniająco.
Rzecz kultowa
Chociaż producentów jest sporo, to tak naprawdę tylko produkty Vifon i Yum Yum zostawiają w ustach charakterystyczny, długo utrzymujący się posmak.
Jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy nowej rzeczywistości ostatnich nastu lat jest danie błyskawiczne znane pod potoczną nazwą zupki chińskiej.
Pamiętam jak mając po piętnaście lat z kumplem zajadaliśmy się pierwszymi dostępnymi Kuksu które wydawały się nam wtedy egzotycznymi, atrakcyjnymi potrawami.
Moim skromnym zdaniem, modele najbardziej charakterystyczne to te podpisane krewetkowa curry – ostra oraz kurczak czyli opcja łagodna (tutaj zapewne należałoby się głębiej zastanowić nad wpływem autosugestii przy degustacji potraw tej klasy).
Moje osobiste doświadczenia nauczyły mnie, że nieważne czy prowadzisz własną firmę czy nie, czy to ze względów smakowych czy finansowych, mieszkasz w Szczecinie czy Hamburgu, to zawsze może być czas i miejsce na miseczkę makaronu nienajwyższych lotów zalanego po prostu wrzątkiem z dodatkiem proszków z torebek, z których na smak najbardziej ma wpływ ta podpisana częstokroć dosyć tajemniczo: soup base.
Swoją drogą jestem ciekawy czy powstanie kiedyś zbiór przepisów i tricków różnorakich, przydatnych przy sporządzaniu tego pokarmu kultowego, takich jak np. nie dodawanie zawartości torebki ‘warzywa‘ w celu uniknięcia zbytniego wrażenia konsumpcji mydlin (spotykane w niektórych wersjach) lub też stosowanie serka topionego jako polepszacza gęstości.
Podsumowując – upatruję w tej małej paczce z kostką makaronową pewnej metafory naszych szybkich czasów, szybkich i pełnych produktów z Dalekiego Wschodu – co nie zawsze musi oznaczać najwyższą jakość ale prawie zawsze kojarzone jest z niską ceną.
Dlatego też z pewnym lekkim rozbawieniem stwierdzam, że obok takich dziejowych wynalazków epoki informacyjnej, jak internet czy telefonia komórkowa, w panteonie sławy powinno się znaleźć też miejsce dla zupki chińskiej – rzeczy kultowej.
Niezłomność
Dawno już tyle terminów i spraw nie zbiegło się tak bardzo w jednym czasie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pilność i pracowitość nakażą docenić tegoroczne, wydłużone, wolne w Święta.
Dlatego wczoraj, tak w okolicach północy (a może to było dzisiaj – trudno jednoznacznie ocenić taką porę) dotarło do mnie, że jakkolwiek się nie spieszymy, to zawsze powinniśmy znaleźć takie małe okienko w rzeczywistości, które pozwoli nam spojrzeć na kalejdoskop dni teraźniejszych z odrobiną wewnętrznego uśmiechu.
To chyba nazywa się fachowo: dążenie do niezłomności.
A tak między blogiem a prawdą to sam już nie wiem skąd mnie ostatnio taki chorobliwy optymizm naszedł. Hę, się pytam?
Na wszelki wypadek
Najgorszym możliwym odczuciem jest niemożność przypomnienia sobie kwestii która pojawiła się w zamęcie porannego umysłu tuż po obudzeniu a po której zostało tylko wspomnienie onej wielkości.
Miałem na wszelki wypadek przygotowaną tradycyjną litanię narzekań grudniowych, obejmującą: marketing przedświąteczny, terminy w bankach, dedlajny oraz pozostałe zło prywatnego świata.
Po krótkiej kalkulacji bez oszukactwa: zapasów pozytywnej energii po ostatnim weekendzie i krótkiego porównania z analogicznym czasem przedświątecznym sprzed dwunastu miesięcy, dochodzę do wniosku, że wypadałoby tegoroczny grudzień urządzić beznarzekaniowym.
Czego i Państwu życzę (z odrobiną dystansu do samych siebie i otaczającej rzeczywistości).
editspot
Nawet nie aż tak bardzo ciężki ten poniedziałek po intensywnym weekendzie w Poznaniu. Po złapaniu oddechu i przerefleksyjnieniu kilku wrażeń i odczuć, stwierdzam, że spotkanie editorialowe zdecydowanie ciekawsze niż dwa lata temu w tym samym miejscu. Może to kwestia smutków naotenczas osobistych i liczenia łapczywego chwil które wtedy mogłem spędzić z Promyczkiem? A może kwestia po prostu luźności ogólnej, niedefiniowalnej?
Na pewno znacznie lepiej to wypadło z wykwalifikowanym, miejscowym przewodnikiem (duże dzięksy dla Blogoli), niż jakieś włóczęgi na nosa po podejrzanych miejscach. Jednakże – jedyne co w lokalnej galaktyce niezmienne to ponadczasowość i uniwersalizm humanistyczny baru Jędruś.
Pomimo drobnego pecha ze spontanicznym wyciąganiem przedmiotów z kieszeni wraz z gubieniem ich to muszę powiedzieć, że obraz sobotniego setu Stacja/Stare Kino/Czytelnia ulega w mojej głowie bardzo szybkiej idealizacji.
Swoją drogą z żoną mamy szczęście ostatnio do jakiś starych domostw gdzie niekoniecznie wszystko w aurze tchnie radosnym ładunkiem.
Dużo fajnej mżawki i świateł a Rynek jakby ładniejszy niż dwa lata temu.
Przypomina mi się jak nucąc pod nosem ‘na placu obok dwóch krzyży‘ dziwię się, że Musierowicz wcale nie jest tak rozpoznawalną postacią jakby się to mogło wydawać.
Całkiem spora doza luzu z ładunkiem dla baterii na najbliższy czas.
Przecież w końcu o to czasami chodzi, prawda?
The Saints Are Coming
Charyzmatyczny wokal z wielce energetycznym zapleczem.
Dobre na słoneczny poranek. Dobre przed dzisiejszą podróżą.
U2 & Green Day – The Saints Are Coming (live), zapodajcie jeżeli macie gdzieś pod ręką
Dwa pozornie odległe skojarzenia
Ostatnio przyczepiło się do mnie hasło reklamowe, bodajże Komandora (chociaż nie jestem pewien – ale coś w tym stylu), świat rzeczy poukładanych. Doskonale chyba oddaje atmosferę tej długiej jesieni tego roku. Układamy wielką szafę naszych wszystkich spraw z osobna i wspólnie.
Swoją drogą nie przypuszczałem, że aż tak się zapatrzę w piątek nad Elbe na widok w stronę HTC, gdzie kiedyś znalazłem inspirację do pierwszej okładki bloga mojej przyszłej żony. Bardzo przyjemne wrażenie.
p.s. do negatywów natomiast mogę zaliczyć fakt, że zaczął mi smakować napój miętowo-jabłkowy; w życiu bym nie przypuszczał, że takie świństwo może być takie dobre, o tempora, o mores…
Dwa lata trzy miesiące
Dwa lata, trzy miesiące, ileśtam dni po poprzednim kadrze.
Mogę się założyć ze samym sobą, że styl mi się nieco zmienił
Z szuflady
Odrobinę inny state of mind na temat ujęcia z szuflady.