Archiwum wrzesień, 2004

Lajt

Tak bardziej lajt

Wczorajszy spacer w poszukiwaniu efektownych deszczowych kadrów dzisiaj odbija mi się na plecach w okolicach lędźwiowych kręgosłupa.

Przy czym zgodnie z prawami drobnych złośliwości wszechświata tak się złożyło, że kiedy już wyczerpany pilnie potrzebowałem posilić się jakimś dynerkebabem to jak na złość przez dwa kilometry nie mogłem uświadczyć ni grama tureckiego (nawet zalatującego) przybytku: tu muszę zaznaczyć, że „kiedy ich nie potrzeba” to co pięć minut dosłownie można się natknąć na nienalżejsze zapachy dochodzące z nienajczystszych imbissów.

Przewietrzony dosłownie i w przenośni wczorajszem ufniej patrzę w najbliższe dni. Deszczowe Schanze gdzie wczoraj dotarłem w poszukiwaniu pożywienia (…jak to brzmi) zamieszało mi nieco w głowie ale i chyba w znaczny sposób pomogło.

To dzisiaj w ramach terapii zajęciowej wyszoruję kuchnię.

W sam raz, nie za daleko

Wygodny fotel w autobusie nie pomógł. Na przestrzeni mojej drogi do której coraz bardziej się przyzwyczajam na przemian okna atakowała jasna pełnia, ciemne chmury i właśnie burze. Ciśnienie zmieniało się jak szalone a ja w bladym odbiciu w szybie oglądałem najbardziej dziwne z możliwych scen. Scen wykrzywionych wewnątrz mojej podświadomości.

Efekt dzisiejszy jest tragiczny. Śpię z otwartymi oczami. Jedyne co mnie porusza to tykanie mechanizmu odmierzającego czas najbliższych pięciu dni.

Weronika chce żyć inaczej.

Obyś żył w ciekawych czasach.

Colleoni?

Deszcz przysiadł w Szczecinie. Zmoknięte anioły poprawiają biodrówki. Colleoni jakby trochę bardziej zatroskany spogląda na plac.

Przesuwam palcem po rządku kompaktów. Wiele godzin muzyki. Rozmaite barwy, wspomnienia, plamy… alfabet uczuć.

Za pięć dni spotykamy się we Wrocławiu.

And not to roll

Tak jest. Tak będzie. Wszystko zawarte w sercu i parze rąk. Rozum pomoże.

Patrzę z góry na miasto. (Tak! Tu można patrzeć z góry.) Gryf przekrzywia łeb i ciekawskim okiem łypie na mnie. Trochę wieje (Tu zawsze wieje.)

Z piaskiem mam tak samo.

Czasami jest czas na cytaty.

To be a rock and not to roll…

Rollin’ on a highway

(…)

Noś garnitur w niedzielę

Nie rwij jabłek z nie swoich drzew

Bądź pokorny jak cielę

Wygrasz więcej, gdy myślisz mniej

(…)

Nawiasem dziwne

Nawiasem mówiąc coś zbytnio podejrzanie rozpiera mnie pozytywna energia. Dziwne rzeczy, dziwne…

Sercołamacze na 200 km

Mam nadzieję, że po raz kolejny w autobusie nie poleci „Wielki Podryw” („Heartbreakers”).

To już by było trochę monotematyczne.

Jak coś nie wybuchnie – to całkiem udany dzionek (coś trochę za cicho jest).

2200

Slavkovsky, południowe zbocze, około 2200 przed burzą;

Kofeiny!

Dla odróżnienia pory niedeszczowej nastała pora deszczowa. Pada piąty dzień, szóstą godzinę (za Marquezem etc.). Wszystko zyskuje na barwach (dopóki ‘one’ wszystko nie opadnie z drzew kompletnie). W mojej spokojnej dzielnicy uchodzącej za oazę dla niemieckich emerytów już prawie w ogóle nie słychać języka miejscowego z czasami otwartych okien.

Podobno mają mi wkleić tutaj kolegę programistę, a jakże a nawet z Polski żeby rzeźbił nowe lepsze światy w konkurencyjnym (?) czasie.

Przestrzeń biurowa, użytkowana na moim piętrze przez aktualnie trzy osoby prawie pozwala na całodzienne nie spotykanie się (no gdyby nie fakt, że we dwójkę z graficzką siedzę w pomieszczeniu o powierzchni średniego lodowiska). Luzik, spokój. Kartony uprzątnięte (wcale w nich nie śpię jak sugerują co niektórzy). Za oknem jakiś arabus miarowo napierdala młotkiem po dachu. Nic to. Luzik, spokój.

Kofeiny!

HH Monckeberg, freejazz i samotność

Czasami może potrzeba trochę czasu. Czasami może więcej. Może to też nigdy nie nastąpić…

Temu miastu wyrwano pamięć jak i mojemu, rodzinnemu. Ale pisałem chyba już kiedyś o tym…

Dzisiaj spokojnym krokiem przemierzając Spitaler Str. usłyszałem freejazzową improwizację na saksofon. Idealnie wpasowaną w dziwny rytm tego miasta. W światła domów towarowych przy Monckeberg. W ruch ludzi i autobusów. W prośby żebraków.

I zrozumiałem o co chodzi w tej dziwnej samotności.

a i b

Terminlista. Te po 11,90. Te podzielone na typ a i na typ b. Z tego na każdy miesiąc typ a do 15-go danego miesiąca i na po 15-go. Tak samo typ b. Aha i jeszcze żeby samo się robiło. Stimmt?

Za oknem pada.

Uśmiech.

Młoda, miłość, Editorial i cała reszta

Coś mi pyknęło w łepetynie albo to jesień idzie.

Nienawidzę w tej firmie pilnować projektów graficznych. Po prostu nienawidzę.

Nie tego jednak one pyknięcie dotyczy. Dotyczy tych liści pierwszych co już opadły za oknem. Sentymentalność i uczuciowość mnie jakoś zawsze na tę porę schyłkową brała (tak mniej więcej jak innych na wiosnę). A, że i wysłowić się ostatnio trudniej – to też wątek ze sprawy.

Chociaż i pewnie trudności się piętrzą i tęsknota i niewiadome – jednak jakoś lżej, prawie na wolności. Dziwną panoramę tego wszystkiego mam pomimo złości poniedziałkowo-porannej.

Ta miłość. Ten Editorial. Wszystko przez te blogi.

Chyba żyjemy na tyle na ile kochamy.

Tyle z poniedziałku

Chyba wstałem lewą nogą. Sznur samochodów na Kieler Str. był bardziej niż codzień nieprzyjazny. W biurze ktoś stuka, ktoś się wydziera – to nie jest normalny poniedziałek.

Tak chciałem się poskarżyć. To tyle.

TrekEarth

A co! Pochwalę się. Otworzyłem konto na TrekEarth – zaczynam tradycyjnie: klasyką.

830 km

Czy 830 km od siebie to daleko? Raczej nie.

3/4

Na małych ulicach dużych i średnich miast zapada pomału zmrok. Tutaj wcześniej, gdzie indziej trochę później. Pomimo sumy wszystkich obaw i niepewności, zapalają się światła, na ulicach, w oknach.

Pamiętam jak staliśmy z Harrym przed domem w Novej Lesnej na całkiem świeżym śniegu który jakby specjalnie napadał na tę sylwestrową okazję, cienką, pięciocentymetrową warstwą dekoracyjną:

– Wiesz co? To będzie rok takich niesamowitych zwrotów akcji i takich wydarzeń, że nie potrafimy sobie tego nawet wyobrazić…

– Też tak myślę…

Zaczyna się jesień. No to jesteśmy w trzech czwartych.

No nie za bardzo …

No nie za bardzo coś mogę się zabrać do sklecenia własnej strony przez te ostatnie pięć lat. Wkrótce się przyłożę, obiecuję. Tymczasem jak mam coś nowego to tu podrzucam.

Pół roku albo cały albo tak albo nie …

Uświadomiłem sobie, że pomału dobiega pół roku jak mieszkam na Gutenberga. Być może i jeszcze trochę trzeba się będzie przygotować do okrągłej rocznicy emigracji.

A może nie trzeba będzie? (tu wielki uśmiech)

Optymizm w stylu CK …

Jesień idzie przez park. Kolejny z Ramonesów umarł. Liście żółkną.

Trochę przemijanie. Trochę melancholia. Trochę za dużo czasu spędzanego w pracy.

Codziennie jest jednak milion nowych spraw w naszych rękach. Może wieczorem włączę pejntszopa?

Nie pamiętam który to z cesarzy CK (a może pruskich) powiedział ale „(…) mówię Wam to są wspaniałe czasy, naprawdę mówię Wam to są wspaniałe czasy”.

Pytania zasadnicze …

Czy ja kiedyś wyjdę z biura?

… [2]

wczoraj wieczór mam otwarty balkon

i szklankę piwa zamęt lekki i łaskotanie;

w głowie plaża i wielki błękit pachnie delikatną burzą za oknem;

a samoloty latają coraz niżej;

co zrobię jutro?

być może pojadę

s21 na Schanze

trochę potęsknić;

Pełne koło …

Mogę z pełną odpowiedzialnością teraz powiedzieć, że nie ma już zielonegokota.

Dzięki Młodej i miłości, po półrocznej znajomości, zatoczyłem koło. Pełne koło.

Kim byśmy byli bez owej odrobiny szaleństwa?

 

 

 

Trawa wciąż jeszcze zielona …

Zmęczony podróźą Dębki-Hamburg wciskam się gdzieś w róg rzeczywistości biurowej tak by mnie nikt nie zauważał.

Głowa nie wie o czym myśli, czuję na brzuchu gorący ciężar. Wszystko w bardzo mocnym skosie. To takie proste i takie nagłe. Odrobina zastanowienia czy pisać o tym.

W większości istnieje lęk przed pierwszym spotkaniem irl. Obawa, że wyobrażenia rozminą się z rzeczywistością. Zdecydowanie problem zaczyna się kiedy obraz drugiej osoby przerasta wyobrażenie a odległość między nami jest niemała.

W głowie przelatują wersy z Maanamu: „Kiedyś tyle miałam w głowie na tak na nie zawsze odpowiedź (…) trawa wciąż jeszcze zielona moja miłość jest szalona”.

„Światem czasami trzeba potrząsnąć …”. Tak. Czasami nawet własnym światem.

O …

O tęsknocie nie sposób powiedzieć nic sensownego.

Angielska język, trudna język …

Nie macie nawet pojęcia ile jedna mała literka może zamieszania zrobić.

Tempo czasu …

Chronometr pyknie na dziesiątą. Znów czas uciekł. Kolejna płytka z odbitkami cyfrowymi z raw’ów. Dziś był Alster i Ratusz. Jutro lekki plecaczek i kierunek Dębki z tablicą „editorial party”. Ciekawe. Nowe, trzecie wcielenie koncepcji masowego irl’a (po ircu i digarcie).

Tym razem blogkomjunity, hm.

Wirtualność nie istnieje.

Mówię Wam.

Tylko osłoda …

Tyle rzeczy jest do zrobienia („wyśnienia, przeczytania, zrozumienia” – bodajże Rippelino). Nie będzie galeryjki już dzisiaj. Na osłodę nowa wrzutka z dzisiejszego polowania na wrześniowe zachodzące słońce oraz na St. Michel.

Obfocić czy opfocić (od focenie) …

Cisza, spokój. Zdjęcia skopiowane. Za mną półtora tysiąca kilometrów drogi z wypoczynku do pracy z przystankiem w domu. W następny weekend party editorialowe. W jeszcze następny międzynarodówka w Szczecinie.

Tyle miejsc. Tyle wyjazdów (a wszystko można obfocić).

Aha, no i miała być: wrzutka.

Spod ręki …

Jak?

Ścieżki na obszarze pięć razy większym z pięciokrotnie mniejszą ilością ludzi. Słońce i skała. Bezsilność i zapomnienie. Smak życia. Patos schowany w chusteczce jednorazowej do smarkania.

Dotyk ziemi i uśmiech.

Zdarza się Wam to?

Czasami?