Archiwum grudzień, 2004
chwileczka jedna
fakt;
życie bez odrobiny szaleństwa byłoby wegetacją;
ale ja sobie jeszcze chwilkę poleniuszkuję;
onomatopeiczna laicyzacja
no pora się z tego głębokiego oflajnu wydobyć, ekhem; ja onomatopeicznie ponieważ jakoś tak duch ci wprawdzie ochotny ale ciało jakieś takie mdłe i podniszczone;
Święta? czy zauważam zmianę? raczej tak; udało się nam w trojkę spotkać już wieczorem pierwszego dnia Świąt co ktoś mógłby nazwać za przeproszeniem laicyzacją; no tak też można na to patrzeć;
w domu? kameralnie i ok, pewne elementy mojej sytuacji ogólnej okazują się być wsparciem kiedy trudniej;
zdecydowanie większe emocje budzi _nadchodzący weekend;
_zdecydowanie…
oflajn
nie no; aż tak nie było żebym miał cały weekend przeleżeć; nienienie;
niedzielną porą korzystając z pierwszego od bodajże dwóch miesięcy, słońca w weekend wybrałem się na mroźny spacer nad przystań Blankenese, gdzie zaczyna się ujście Łaby; [link]
piątek? bardziej niemiecka część naszych kolegów poradziła sobie z tradycyjnym 12h-party ze wspomaganiem, część internacjonalna (ta na wschód od Odry i dalej po Kaukaz) raczej bez; generalnie mogło być gorzej, znacznie gorzej niż było; China Lounge na Reeperbahnie, polecam; [link] [link]
to teraz czuję się usprawiedliwiony i przechodzę w dalszy oflajn;
…no może trochę krótszy;
ehha
oficjalka party zresztą firmowa na horyzoncie dzisiaj; od rana się to dobrze nie zapowiada;
spóźniam się ze wszystkim ostatnio a jutro będzie zapewne leżąca sobota;
edytorek blogowy bryka i płata figle; a pozytyw na dziś? blogola nadaje zza lamanszu;
y-y
zaletą pracy w cyrku wariatów jest brak nudy taśmowego pracownika; _tutaj, odkryłem dzisiaj, że mam dostępne już wszelkie możliwe odchyły umysłowe;
przeciągam się na fotelu i mrużę oczy przy właśnie wychodzącym słoneczku i rozleniwiam się nie tylko na blogu;
został niewiele ponad tydzień do urlopu;
nie ma mowy; y-y; wszystko pomału; nie można się tak w życiu męczyć;
niezabardzo
no nie jest to trzynastego w piątek ale tak niezabardzo się ten tydzień zaczął; chociaż i niedziela już porozumiewawczo mrugała okiem, że lepiej siedzieć na tyłku i na żadne klinowe nie wychodzić;
no a jeżeli coś jest troszeczkę niehalo lub może być w perspektywie, to co? no oczywiście tym bardziej muszę w to wdepnąć, bo jakby inaczej?
to jest chyba zasadniczo punkt numer jeden w ankiecie pt. „czego najbardziej w swoim charakterze schizofrenicznym nie lubię”;
i tu miejsce na głębokie westchnięcie; i przytulenie tych którzy czasami mają ciężko ze mną;
pejntytblek
już się biorę za zdjęcia z Poznania, już, już…
(w tle młoty pneumatyczne i Pogodno – Orkiestra…)
„wszyscy artyści to …”
„artyści zgotowali Kulczykowi owację na stojąco”…
„Jasiński i jego żona, Beata Rybotycka, znaleźli się wśród sygnatariuszy listu artystów broniącego dobrego imienia Jana Kulczyka. – Jan Kulczyk nie sponsorował żadnego naszego spektaklu, ale pomógł nam kilka lat temu w trudnym czasie transformacji. Zapłacił za nas zaległy czynsz – powiedział reżyser.”
no do kurwy nędzy, artyści w tym kraju też już lezą na psy?
totalnie
sorry; nie chce mi się; totalnie; idę zalegnąć, tv polonia i jakieś piwo po 35 centów w minimalu;
zdeprechowały mnie dzisiaj: bajzel w datenbankach i nerw, że Młoda bez wolnego na przyjazd będzie;
logout psiamać;
dejafter
bolą mnie uda i pieką oczy; to nie jest bynajmniej negatywne podsumowanie weekendu w Poznaniu;
jest jak najbardziej pozytywne; idę odespać;
roulyn
bardziej być zamotanym to już chyba nie można; zaczynam się dziwić, że jeszcze kierunki świata mi się nie mylą;
efekt to jest gwałtownego tempa odrabiania zaległości przed dedlajnami, kolejnymi; dobrze, że one, te dedlajny, w miarę elastyczne są; inaczej cienko to widzę;
luźny poniedziałek (zresztą o czym teraz mówić, jak po przeprowadzce mamy taaaakie biuro);
w perspektywie ośmiu godzin widać kolejne osiem w autobusie; kierunek Poznań, editorial party 2, party na wybojach dodajmy z lekkim przekąsem; nic to; roulyn onte hajuej;
coś się chciałem zapytać…
a, znacie może i/lub polecacie jakieś lokale w Poznaniu?
niepalisię
czasami tak mam, że kiedy następuję ten moment przed przebudzeniem się (ta krawędź) to mam problemy z określeniem orientacji gdzie ściana, gdzie okno, gdzie jestem; tak już mi się miesza po przemieszczaniu się z HH do Sz-na (a czasami i gdzie indziej);
to na zmianę przeszkadza i podoba się; w zależności od pory roku; od pogody; kiedym mniej powadzony ze światem to wszystko bardziej różowe i urok tego stylu życia jak blog widzę wtedy; kiedym bardziej – to obrażenie na cały świat, schowanie w kącie, ucieczka, kryjówkę znaleźć, kapcie włożyć, w domu swoim, zamku się zamknąć;
nie mam tak jednak permanentnie; mam rzadko tak; na szczęście; na szczęście mogę się przemieszczać, wmieszać się swoim drobnym poczynaniem w sprawy dziejące się wokół nas, te małe i te trochę większe;
czasami lubię nic nieporobić; czasem jak w ostatni uikent przetrzeźwieć po 6.00 rano i stwierdzić, że już tramwaje jeżdżą, że mój taksówkarz nocny kładzie się spać właśnie;
pobiegać dzień w dzień z aparatem lub nie wyjmować go przez dwa tygodnie;
przemieszczać się w płaszczyźnie, i przestrzeni, i percepcji;
cały czas; dlatego … niepalimisię;
„…jak trzcina myśląca na wietrze”?
rozgadałem się jak kołchoźnica na polu;