digart
Trochę już czasu minęło od kiedy pierwszy raz wrzuciłem coś na digart.pl – a mierząc czasem Sieci to nawet trochę więcej niż trochę.
Dlatego wczorajszy nius stamtąd – a dokładniej mówiąc relacja filmowa z gali na którym gwoździem programu była prezentacja wersji piątej tego serwisu – wprawił mnie w rzadki ostatnimi czasy, stan melancholijnego zamyślenia.
Współpraca z onet.pl – gruba sprawa, można rzec pokrótce. Strona która przeszła ewolucję od szybko skleconej galerii na potrzeby komjunity do potężnego serwisu gdzie w ciągu doby przewija się 2500 użytkowników i staje się niejako częścią onet’u: zapewne pojawią się głosy, że komercja, że sprzedane ideały itp. Jednakże przy takim ruchu jaki obecnie tam panuje, jestem pewny, że _bliska kooperacja, na lepszych lub gorszych zasadach z kimś z potentatów polskiej Sieci była tylko kwestią czasu.
Kwestia rozwoju: serwis który od 2002 roku jest jedną z największych polskich społeczności sieciowych (a już na pewno, jeżeli takiego słowa można użyc, najbardziej skonsolidowaną) potrzebował zawsze jak powietrza rozwoju technologii. Dzisiaj, kiedy czytam na różnych blogach eksperckich (lub zwanych eksperckimi), o szansach i możliwościach Web 2.0 to wzbudza to u mnie jedynie kwaśny uśmiech. Dlaczego? Zjawiskiem społecznym w Sieci dla mnie było pojawienie się blog.pl czy też właśnie rozwój digartu a nie mieszanką technologii z którą nie wiadomo co do końca zrobić, podlaną trendowym marketingiem, vide: swoi, osobie, o kondycji wykopu nie wspominając.
Dlatego też, choć ogólnie nie przepadam za zjawiskami webdwazerowym, głównie „dzięki” takim konceptom jak przed chwilą opisywane, myślę, że Digart w nowym sosie Web 2.0 ma szansę stać się prawdziwym myspace nowego internetu.
Ciekawe czasy nastały, mili Państwo.
Skomentuj
Musisz być zalogowany żeby móc skomentować ten wpis.