Pseudorefleksja nt. powieści kultowej

Po długim niewczasie przeczytałem. Wersję jak najbardziej papierową. Zgodnie ze wskazówkami żony: w łóżku :)

Opowieść jest o tym, że facet ma tzw. wszystko, po czym w Sieci napotyka kobietę i piszą do siebie popadając w zauroczenie. Następuje ciąg retrospekcji oraz innych anegdot i rzeczeni spotykają się na tle usilnie udramatyzowanych przez autora wydarzeń fabularnych. Następuje łzawiące zakończenie. Zdarza się.

Nie przeczę, że jest to powieść ważna. I osobiście dla nas i zapewne dla wielu czytelników. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to książka ważna w najnowszej historii literatury polskiej.

Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak niektóre zdania-perełki z przestrzenii beletrystycznej potrafią zadziwić i wpłynąć kojąco na czytelnika i uczynić ich autorów wartymi piedestału, nie bacząc na resztę ich twórczości – to niektóre konstrukcje w katowanym utworze powodują u mnie paroksyzm śmiechu. Nawet wtedy gdy podchodzę do lektury z nieudawanym i niewymuszonym namaszczeniem.

Mój problem polega na tym, że słabo percepuję opowieść która w zawiązaniu akcji odpowiada fragmentowi żony i mojego życia – a finał obliczony na dramat nie odpowiada. Nie odpowiada ani temu co z naszym życiem zrobiliśmy ani konkluzja płynąca z historii też nie odpowiada.

Myślę, że w blogosferze nie muszę podawać tytułu onego dzieła :)

W kwestii wyjaśnienia nagłego napadu pseudorefleksyjności: musiałem to przepchnąć przez te kilka zdań pisanych tutaj żeby po prostu umieć to nazwać. Znacznie więcej obrazów znajduję ostatnim czasem u siebie niż słów na opisanie relacji z otoczeniem.

I żeby nie dostać obiadu ;)

Trackbacki/pingbacki

Komentarze

Skomentuj

Musisz być zalogowany żeby móc skomentować ten wpis.