Pseudorefleksja nt. powieści kultowej
Po długim niewczasie przeczytałem. Wersję jak najbardziej papierową. Zgodnie ze wskazówkami żony: w łóżku
Opowieść jest o tym, że facet ma tzw. wszystko, po czym w Sieci napotyka kobietę i piszą do siebie popadając w zauroczenie. Następuje ciąg retrospekcji oraz innych anegdot i rzeczeni spotykają się na tle usilnie udramatyzowanych przez autora wydarzeń fabularnych. Następuje łzawiące zakończenie. Zdarza się.
Nie przeczę, że jest to powieść ważna. I osobiście dla nas i zapewne dla wielu czytelników. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to książka ważna w najnowszej historii literatury polskiej.
Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak niektóre zdania-perełki z przestrzenii beletrystycznej potrafią zadziwić i wpłynąć kojąco na czytelnika i uczynić ich autorów wartymi piedestału, nie bacząc na resztę ich twórczości – to niektóre konstrukcje w katowanym utworze powodują u mnie paroksyzm śmiechu. Nawet wtedy gdy podchodzę do lektury z nieudawanym i niewymuszonym namaszczeniem.
Mój problem polega na tym, że słabo percepuję opowieść która w zawiązaniu akcji odpowiada fragmentowi żony i mojego życia – a finał obliczony na dramat nie odpowiada. Nie odpowiada ani temu co z naszym życiem zrobiliśmy ani konkluzja płynąca z historii też nie odpowiada.
Myślę, że w blogosferze nie muszę podawać tytułu onego dzieła
W kwestii wyjaśnienia nagłego napadu pseudorefleksyjności: musiałem to przepchnąć przez te kilka zdań pisanych tutaj żeby po prostu umieć to nazwać. Znacznie więcej obrazów znajduję ostatnim czasem u siebie niż słów na opisanie relacji z otoczeniem.
I żeby nie dostać obiadu
Trackbacki/pingbacki
Komentarze
Skomentuj
Musisz być zalogowany żeby móc skomentować ten wpis.
Jeśli to tryptyk to zakończenie raczej nie jest smutne… :>Fatalna proza reprezentowana jest przez Masłowską & Co. I właściwie nie wiem czy nawet to można nazwać prozą. Z drugiej strony najbardziej denerwującym dla mnie jest autor, u którego forma przerasta treść. 'S@motność’ jest najprostszą książką, jaką przeczytałam i chyba ta prostota urzekła mnie najbardziej. :)
w sprawach tryptykowo-formalnych to chyba się nie znam na tym bo kompletnie nie wiem o co chodzi :p po epilogu są zdaje się emaile (?)ciekawi mnie natomiast ekranizacja – bo recenzenci nie są zgodni czy to jest kiepska adaptacja czy zgrabny obraz wyprowadzający kino polskie na szersze plenery i opowiadający kadrami o globalizacji :)
po tekstach maili powinnno być właściwe zakończenie, a jeśli nie ma tzn. że to pierwsze wydanie ;)
aaa, teraz obejrzałem; nie dorzucając do pieca to też niezły wist: po iluś tam tysiącach emaili od czytelników dopisać po dwóch latach kilka stron tzw. post-epilog z pozytywnym zakończeniem; siakiś asymetryczny ten epilog :p
:) czytałam w łóżku, z powodów zdrowotnych – lekarz kazał leżeć w ciąży, ale wstałąm bo cholera mnie wzięła na miałkość, i rzucam w kąt.jednak film kusi – obrazami.
no na pewno film jest bardziej lekkostrawny :)