Kartka z pinezką
Generalnie rzecz biorąc, koniec listopada każdego roku jest przyczajony. Przyczajony – to chyba najlepsze określenie jakie przychodzi mi w tym momencie do głowy. W mgiełce miejskiego pejzażu czasami nie da rady odróżnić podobieństw od różnic.
Wraz z upływem czasu zmieniają się oczekiwania. Wzmaga się potrzeba komfortu. Zmniejsza się tolerancja na sytuacje kryzysowe. To powoduje jednak, że pojawia się coś na kształt zaplecza siły. Może to doświadczenie a może ludyczniej traktując, tylko zahartowanie.
To pewnie dlatego tramwaje o tej porze jeżdżą odrobinę głośniej niż rok temu.
Za miesiąc z chęcią przeczytam tę kartkę z bloga
Trackbacki/pingbacki
Komentarze
Skomentuj
Musisz być zalogowany żeby móc skomentować ten wpis.
jakie to latwe
a idź Szwagier, te tramwaje u Was, to… ech, nawet nie mówię.ale za to fasolka była WY-ŚMIE-NI-TA! :)
a cóż Ci te biedne tramwaje zawiniły? :D (pomyślimy o fasolce, pomyślimy…)
jak to 'cóż’?!? spać nie mogłam ! ;D (mmmmmm, fasolka… :)
a tam, takie malutkie, cichutkie tramwaje – można by rzec wręcz bezszelestne :D – czy to wygórowana cena za fasolkę? :D
fasolka jest BEZCENNA! :)
kurde, nie wiedziałem, że zrobiła aż taką furorę :)
no ba! :)
bilet do Szczecina – 60 zł; taksówka z dworca – 20 zł; sześciopak Bosmana – 14 zł; smak fasolki u jacców – BEZCENNE :D… za wszystko inne zapłacisz kartą ;)
toś teraz podsumowała… :))) :*