Archiwum

#

Potoczyć się po autostradzie żeby najbliższe cztery dni wypełnić treścią absolutnie nie związaną z jakimiś technologiami, duperelami, onlajnami itepe.

Słońce za oknem (właśnie! za oknem!) powoduje, że chyba osiągam szczyty w marudzeniu na ciężką dolę wyrobnika cyfrowego nawet jeżeli najwięcej kalorii spalam na narzekanie właśnie :)

Bazka (ciemnotka?)

To chyba pomału trzeba zacząć sterować w stronę komory regeneracyjnej.

Spakować się.

Jutro jeszcze tylko jedna mała, maluteńka bazka do zrobienia.

Najchętniej

Najchętniej zaległbym już pasywno-konsumencko (może jakieś tv świąteczne?). Naprawdę. Naprawdę potrzebuję dłuższego weekendu pasywności. No może jakiś mały spacerek. A w przerwie jakieś symboliczne piweńko w outcaffe.

Dzień marazmu pracowniczego dzisiaj i oby takim pozostał do jutra do godziny 17.30. Potem zaczynam weekend.

Zasłyszane w s-bahnie

„To czemu mi nic nie powiedziałaś? Kumpel właśnie dzisiaj na zakupy do Szczecina pojechał”.

Z pewną małą dozą złośliwej satysfakcji pomyślałem, że cała ta hamburska metropolia to jednak jakaś wioska jest.

____//

Starczy tych mientkich klimatów. Acepiorundece: If You Want Blood You’ve Got It.

Dokończyć porządki wiosenne/świąteczne (niepotrzebne skreślić).

Dopiąć sklep.

Dopiąć bazy.

Iść po piwo.

\____

Chmury zachodzą na zachodzące słońce. Pięknie.

Na patefonie Pink Freud feat. Peepol & Mika Urbaniak: Jazz Fajny Jest.

Dobrze jest.

ie//calc

Przed chwilą w celu napisania notki zamiast iexplore chciałem włączyć calc. Znak, że pora opuścić biurko biurowe i oddalić w kierunku komory regeneracyjnej. Papa.

„Create table”

Nieźle się całkiem ten poranek zaczął. Zacznę chyba pisać powieść sensacyjno-technologiczną na tzw. kanwach.

Czy ktoś wie czy może istnieje automatyczny bajer do generowania skryptów z dużą ilością CREATE TABLE z tabel accessowych?

Tak?

Tak trochę miałem tego (przekornie) nie pisać. A jednak…

Rok bloga. Chociaż ten rok bloga rozpoczął się wcześniej niż on sam. Rozpoczął się zmianami: bankructwem mojej firmy,dziwnym sylwestrem (którego prawie nie było), wyjazdem do Hamburga, założeniem tegoż właśnie blog-wersjatrzy.

Potem już sprawy potoczyły się jak kula śniegowa (z takimże też efektem).

Młoda. Dębki.

Rok w którym zacząłem robić zdjęcia.

W którym uwolniłem się od pewnych natręctw i lęków przeszłości.

Kilka weekendów zupełnie nieprzytomnych jak nigdy dotąd.

Rok autostrad. Dystans równy chyba równikowi.

Editorial.

Szczecin, Hamburg, Katowice, Wrocław, Poznań, Dębki, Nova Lesna i Poronin.

Jaki będzie ten?

Zmiany. Changes.

pozostaje ____namonologu;

City

Widok z okna – jeden z bardziej korporacyjnych w Szczecinie. Samo biuro i owszem, także. Reszta (jeżeli wiecie o co mi chodzi) już trochę mniej.

Logistyka on-the-fly króluje.

Dobra. Dosyć narzekania. Mam cztery dni przecież w Mieście.

Słoneczko :)

Surrea

Trochę rozleniwiony, trochę zaspany oraz trochę zestresowany i wyprowadzony z równowagi. Tak wszystkiego odrobinę zafundował mi dzień dzisiejszy. Może jestem trochę nierozgarniętym zwierzęciem a miłość do pracy nie jest moją największą wadą ale szczerze mówiąc to chętnie bym poszedł na jakiś urlop. I to dłuższy niż dwa tygodnie. Surrealizmy anty-projektowania i a-logistyki w tej firmie zaczyna zakrawać na obszary zbliżone do wartości godne odnotowania w tabelach rekordów.

Jednak. Jednak, jednak… ni mniej ni więcej jak pozostało osiemnaście dni do świąt czyli do (już już mocno) zatęsknionego przyjazdu Młodej do Szczecina.

A potem? Jeszcze jedno odliczanko. Do maja – jestem niemal pewny. A potem do czerwca.

Wspaniałe czasy, mimo poniedziałkowych trzasków.

Serio ale z emotkiem

Zderzenie warstwic pór roku. Taka wojna postu z karnawałem. Młynek w tej przestrzeni biurowo-życiowej. Taki właśnie jakiś dziwny okres.

Coraz częściej słońce się przebija. Coraz częściej łapię się na tym, że w onej przestrzeni stechnicyzowanej odwracam wzrok w stronę nieba, koloru, przyrody.

Piszesz Słonko, że tęsknota to najgorsza choroba świata – wkrótce po wiosennych burzach wszystko to minie, wszystko będzie nowe ale i inne.

Chyba właśnie oswoiłem większość (i mam tu na myśli raczej dziewięćdziesiąt niż siedemdziesiąt pięć procent) swoich i trochę nie-swoich obaw.

Do pełnego roku bloga brakuje dziesięciu dni. W kieszeni bilet HH-Szczecin. Jeszcze raz w obydwu kierunkach.

Ten rok dopiero się zaczyna wykluwać. Poznaję po smaku kawy.

Uwierzcie mi, serio ale z emotkiem.

Za wcześnie

Wydaje mi się, że z nieco (uśmiech) brawurowym tytułem „dźwięków wczesnej wiosny” się pospieszyłem. Zarówno meteorologicznie jak i hm biorytmicznie.

Coś jeszcze jednego dzisiaj tu wykończę i idę wyleżeć. Po prostu.

Pomaluj

Formalność zaświadczenia potrzebnego wskoczyła na dobre tory.

Za oknem pruszy jakiś drobiazg a ja staram się nastroić się na dobrą sesję foto. Zobaczymy.

Nie wiem czy do tego przednówka wiosny nada się Camouflage, czy nie przydołuje zbytnio.

Widzę dobrą drogę. Naprawdę. Taki optymizm pośród małobarwnych obrazków.

Lewa

Gdzieś w sieci przeczytałem zdanie które mi się bardzo spodobało: „serce Szczecina leży po jego lewej stronie – tak jak u każdego normalnego człowieka”.

Rozleniwiam się na weekend.

Khem

Miałem już wychodzić z biura a jednak nie wyszedłem.

Ponieważ nadchodzi jednak wiosna i tą myślą muszę się podzielić. Dlaczego i po czym to poznaję?

Po dwóch moich reakcjach niezmiennych od lat we wirtualisku. Nazywają się one (na przeciwległych biegunach): nicnierozumiem i malkontentdyżurny.

Chciałem jeszcze przypomnieć pewne zdanie, kogoś, które mówiło coś o trzesięniu bodajże światem – lecz wydaje mi się, że zapomniałem i nazwiska i jak owa sentencja brzmiała.

I tym odrobinę autoironicznym stwierdzeniem żegnam się na dzisiaj (na szczęście) z onlajnem.

Gwózdek

Jedną nogą w weekendzie do którego jeszcze trochę zostało. Drugą nogą w pewnej namolnej drobnej formalności dotyczącej cholernego zaświadczenia (a raczej uzyskania zaświadczenia na kwotę minimalnie wyższą niż dotychczasową).

I to jest jak na razie gwóźdź programu.

Paragon

Lista zakupów trochę na zapas (no jak już się okazało, że ten czwartek i piątek to nie Szczecin). Może jakieś posprzątanie. Za oknem szaro i mokro. Wczesnowiosenna, północnomorsko-bałtycka, najbrzydsza pora roku.

Jest dziwnie ale (chyba) dobrze.

cover:sound.of.early.spring

Słowa mi się dzisiaj nie sklejają. Za to obrazy jak najbardziej: nowy spleszkowerek wrzucony. I jak?

Horyzont zdarzeń

„Uwielbiam” taki chaosik w biurze od rana. Włącznie z … emocjonującymi się niektórymi osobami.

Coraz bardziej zaczynam się dziwić swojemu życiu tutaj. Pewna forma wygnania? Ciepła kolacja, sen i praca oraz onlajn. Nie, nie skarże się. To chyba kwestia po prostu przyczyn, skutków i planów. Tak. Planów. Zaczynam _widzieć _ten Szczecin na horyzoncie.

A za oknem jakoś tak autoirocznie pada gruby, bardzowczesnowiosenny śnieg.

Bardzo wczesna wiosna

Staram się jakoś ten poniedziałek prześlizgać po łebkach – na razie idzie całkiem dobrze (odpukam lepiej w niemalowane).

Kiedy tak teraz zaczyna świecić słońce a rano usłyszałem gdzieś w przyulicznych skwerkach Stellingen pierwsze ptaki to w powietrzu zapachniało mi wczesną wiosną i optymizmem.

Weekend ostatni natomiast pachniał imprezą i to chyba nawet (teraz sobie tak zdaje sprawę) mocniej niż się pierwotnie wydawało. Wygłodzony czwartkowym wysiedzeniem domowym, w piątek rzuciłem się z wielkim apetytem na digartowe spotkanie w Hormonie. Niedzielne odpoczynkowe urodziny (to jest skandal, żeby nie można było nigdzie pierwszej części „Fundacji” dostać) Barta natomiast jeszcze dzisiaj rano po wysiadce z autobusu na ZOBie czułem nieco, nazwijmy to umownie w kościach.

Czwartek i piątek pachniał królestwem właśnie świeżo organizowanego chaosu. Nie narzekam jednak. Wszystko pomału i nieuchronnie na szczęście będzie zmierzać w pożądanym kierunku naszego własnego wpólnego zadomowienia się.

Lekko przerażam się perspektywą posiadania przez rodziców własnego internetu modemowego.

Trzymam kciuki popołudniowo za Słonko.

Bardzo wczesna wiosna chyba zaczyna mnie nachodzić – jeżeli nie w postaci meteorologicznej to przynajmniej mentalnej (czy jakkolwiek to tam nazwać). Tak. Zaczyna nachodzić – właśnie dopiero teraz spotrzegam, że notka anormalnie długa się zrobiła. No cóż. Bardzo wczesna wiosna.

Brajan

Wielki smutek.

Nie ma po co zużywać słów.

(…)

Kolejne 400 km do kolekcji

Katarem zaznaczam swoją obecność w biurze.

Jak dobrze, że za dwanaście godzin zaznaczę ją w domowym łóżku.

Wyrwa

Wyrwa w koncepcie w środku dnia, katar i zmierzłość. Potrzebuję kawałka magicznej bateryjki jeszcze przynajmniej na te sześć godzin. Potem i tak idę spać w trakcie dobranocki.

Myśl o cevapcici z warzywkami trzyma mnie przy tym, by nie zakaszleć się na amen.

Zastanowienie poranne

Czy nutelka pomaga na kaszlenie?

Negatywnie usosunkowany do otoczenia.

Smajli

Lukas mnie rozłożył na łopatki: na patefonie spokojne nuty Joshua Tree.

Nie tylko na patefonie.

Wszystko (cyfrowe i nie) jawi się jakoś jaśniej.

25 000 km autobusowej podróży

Liczę sobie tak szacunkowo na boku i wychodzi mi, że przez rok przejechałem autobusami dobre 25 000 kilometrów.

A za oknem szczeciński spleen.

Blada ciemność

Przez chwilę chciałem napisać, że nad Hamburgiem wstaje blady świt ale tak prawdę mówiąc to na razie jest ciemno jak w (…)

No to rozpoczynamy długi dzień.

Bo ja lubię kontrasty

Dzisiaj nie będzie długich notek. Dzisiaj będzie siedzenie w biurze do skutku.

Zdecydowanie najdłuższa blognotka jaką do tej pory w życiu napisałem…

Teraz mogę to poukładać przez chwilę.

 

W zeszłą środę nieco zdziwiony przeszedłem z jednego na inne stanowisko na hamburskim ZOBie. „Ten autobus nie będzie jechał bo go nie ma, będzie jechał o 19.30 inny autobus z innej firmy”. Też nie jechał bo nie miał drugiego kierowcy, którym okazał się być pół godziny później pracownik pierwszego przewoźnika.

Okazuje się, że coś musi być w tej teorii ewolucji i przystosowań – jako zwierzę autobusowe zaczynam coraz łatwiej zasypiać „na żądanie”. Dzięki temu trasę przez Berlin, Legnicę, Wrocław, Opole do Katowic (oraz przez wszystkie te przystanki które przespałem) odbyłem zadziwiająco bezboleśnie i we względnie krótkim czasie subiektywnym.

Śląsk: Gliwice, telefon do Młodej, Bytom, telefon do Belumbowej, Chorzów, dojazd 8.52.

MDKA, Główny, kantor, plac Dworcowy, bilet pięciodniowy, Stawowa, autobusy przyspieszone, ludzie ustawiający się w rządku przy krawężniku na przystanku, smsy do Szwagierki, sympatyczna pani konduktorka i właścicielka najlepszego głosu pośród bloggerów czekająca na przystanku TG Bytomska.

 

Czy ja mogę już skasować tę pracę Młodego od siebie z serwera? Uśmiech.

 

Nakarmiony szwagierkową jajecznicą, napojony kawą, trochę na adrenalinie, trochę otumaniony jeszcze szybciej wg czasu wewnętrznego odwróciłem drogę z tego ranka. Tu dygresja po przesiadce, że zaklejanie _kompletnie szyb reklamą w autobusie nie jest dobrym pomysłem na trafienie samodzielnie ___tam (skandaliczna sprawa bo musiałem pytać o drogę, co za wstyd – duży uśmiech).

Nie jestem pewien czy byłem pewny kierunków świata na osiedlu w pobliżu owej wieży. Ciekawość świata vs. czekanie na Kochanie (z pracy) na szczęście się rozegrało w znośnie krótkim czasie i zaowocowało spokojem i pozbyciem się resztek stresu związanego z debiutem pod postacią przedstawienia się rodzicom (a będzie kwiaciarnia po drodze?) własnej dziewczyny (może to i w dużej mierze zasługa HG z którym ostatnio w presji dedlajnów się mierzyłem).

Wszelkie znaki na niebie i ziemi (oraz przecieki od Informatorki) wskazują na to, że wszystko potoczyło się gładko. Wyglądało to wszystko normalnie, spokojnie, może z pewnym stresem u jednej ze stron, dobrym obiadem, deserem, szczekaniem psa, pytaniami o drogę, polskimi dywagacjami ekonomicznymi z uwzględnieniem oceny sytuacji na rynku pracy w Irlandii oraz regionalną wymianą spostrzeżeń.

 

Młoda i Młodsza, podobne ale inne.

Sufit nisko w Koniku.

Wieczór.

Kocham.

 

Piątkowy poranny śnieg i słońce. Lenistwo i powolność poczynań naszych (tak naprawdę to Belumbowa poczynała a ja dbałem o to żeby nie zawyżać średniej godzin spędzonych pracowicie) posprzyjała godzinnej sesji w Tarnowskich Górach (w chwili kiedy piszę te słowa to aparat jest podłączony a akumulatorki są dopiero świeżo włożone do ładowarki – jakaś zakładka tu by się przydała żeby wrócić do tego miejsca po zapaleniu się zielonej lampki).

 

 

Śliczność rozleniwiona tak, że spóźnieni (no troszeczkę nieświadomie). Że Słonko podchorowane i z małym spadzikiem pod domem. Że kuracja (trochę chyba rewolucyjna acz skuteczna) kawą i tyskim.

A z hausowych imprezek (choć to może troszkę niegrzeczne bo to urodziny Belumbowej) ulatniamy się nie do końca aż tak angielsko. Nie aż tak angielsko osobiście się ewakuuję (Co to za laski?! ‘cześć’ mówią, co to ma znaczyć?! – za to też Słonko kocham). Nie angielsko postępują z moją kreacją wyjściową (czy to jakieś fatum?) panowie w czarnych garniturach (kaptur to do szatni) udający lokalową ochronę.

 

Tak serio to mój wieczór pod wrażeniem i Słonka i Szwagierki. Czasami warto po prostu odpuścić szturm łazienki oraz okolicy – chociaż tak naprawdę wcale aż tak strasznie długo to nie trwało.

Może to nie była najbardziej fachowa hausowa imprezka w naszym życiu ale przynajmniej wszedłem na kocert jeden-osiem-el na którym udało nam się nie być (tu specjalny przebiegły uśmiech).

 

Nibyrankiem natarczywe dzwonki do drzwi plus szczekanie wdarły się w lekko bolesną przestrzeń dejaftera – Młoda stanowczo zasugerowała żebym znalazł jakiś strzęp odzieży zanim otworzę imprezowiczom. Wszystkie rzeczy które zawsze mamy szybko zrobić jednak nie są takie proste w praktyce – w gorączce poszukiwań wydawało się nam, że inteligencja psa Szwagierki jest niezmierna i on to dokonał niewiarygodnie odkluczenia by wpuścić swoich Państwo – jednakowoż to imprezowicz zaspany odkluczył koledze swojemu w celu udania się z nim prędzej czy później do pracy.

Czasami proste rzeczy są nie takie najpierwsze wcale – Młoda skonstatowała (-5 dla mnie za refleks chyba się należy, milipaństwo), że tak naprawdę idziemy pierwszy raz w życiu razem zrobić zakupy na pierwszy w życiu  małżeński obiad (słowo wyjaśnienia co do małżeński – żona robi, ja piję piwo – tak wiem, jestem potworem oraz słowo na sk).

Karminadleoj stajla… przepraszam, znaczy się pyszne. No i mizeria i pogniecione ziemniaki, przepraszam kartofle (i tutaj miejsce na specjalny, rozkochany, znaczy, najedzony uśmiech).

Wszystko wszystko (pan Pies też tak twierdzi):

 

 

w charakterze sjesty domowa patologiczna…

 

Konik i sufit odrobinę wyżej i brak miejsc i są miejsca i jest i Pati i Asia i chyba znowu będę stawał przed (tym razem o innym charakterze) komisją egzaminacyjną by ewentualnie dostać drugi papiór zaświadczający, że dziewczyna i chłopak są dziewczyną i chłopakiem posiadającymi wszystkie niezbędne papióry od stron obu oraz, że generalnie wszyscy się cieszą.

Było dobrze. Bardzo dobrze.

Mam niejasne wrażenie, że sporo w onym zdobyciu pomogła mi grupa instrumentalno-wokalna Black Eyed Peas („Where’s the Love„) oraz kult kocich ruchów ostatnio odpowiednio lansowanych (to tak na wszelki wypadek o tym lansie ponieważ ilość napojów chłodzących zaskutkowała pokonikowo dyplomowaną awanturą – także ten etap biurokratycznych formalności też mamy już za sobą).

 

No i tym rankiem to już trochę niełatwo jest (ale weź mi Kochanie takie przynieś, ale zimne, z lodówki).

Belumb na dj-ce, puszki, karminadle na śniadanie, leci Kult i Kazik, udajemy że żadne smutków nie posiada.

Kończy się to jednak pomału te kilka dni, raczej mniej niż parę.

Jeszcze tylko mały zamot na MDKA.

Tak.Pusto. Parking jakiś.

Przewoźnik nie przewoźnik, panowie kierowcy skądinąd na obiad podjechali a nie ludzi zabierać a czy to ta a nie czy to ta firma a bierzemy pana a nie.

Jeszcze tylko przytulenie.

i smuteczek. Z tęsknoty.

Telefon. Drugi. Tutam.

Zachodzące słońce oświetlało nie zawsze nowe mury śląskich kamienic. Dlaczego dopiero w tym momencie, kiedy z okien autobusu obserwowałem grę światła, mrozu, mgły i smogu, uświadomiłem sobie, że coś, tutaj, w tym wszystkim jest. Duch zupełnie inny ale istnieje na pewno (a Gryf przekrzywia głowę jak to ma w zwyczaju jakgdyby się lekko temu dziwił).

Coraz niżej i niżej, brudnoczerwonawo.

Za Zabrzem zaszło.

 

14h, autobus i Hamburg jakbym go wiek nie widział.

 

 

***

Tak trochę patrzę na tę notkę i widzę niezły przypadek baroku maniakalnego, heh.

Dziękuję Szwagierce, Rodzicom Młodej i Belumbowi.

I Panu Psu za imprezę. Serio jesteś naprawdę inteligentnie ześwirowanym Psem.

 

Rok

Dzisiaj mija równo rok mojego pobytu w Hamburgu.

Spodzianka

Poniedziałkiem czekała na mnie spodzianka w postaci listy poprawek do ostatniego projektu. Odrobinę jednak większa od spodziewanej, odrobinkę. Termin do środy wieczora. W formie nagrody dwa dni stachanowki w Szczecinie (od czwartku).

Co do przeszkód na osobistym pasie ruchu… myślę, że nie ma takiej możliwości by się plan do lipca nie wypełnił dobrze w stu procentach.

Coś w tych planach dolipca jest, prawda?

Za…

Chyba mogę powiedzieć, że wielu rzeczom się tutaj dziwię, że wiele rzeczy tutaj jest mocno innych. Za krótko by w ciągu niespełna czterech dni przyswoić to sobie w sposób delikatnie, nazwijmy to wystarczający. Jak każda inność jest to w pewien sposób atrakcyjne, Za mało czasu jednak, żeby to ocenić i docenić.

Ciekawe jest to. Ciekawe.

I widziałem prawdziwą kopalnię.

Driven like a snow?

Za oknem śnieg, prawdziwy i duży.

Prawdziwe i duże kopalnie.

Lekka klaustrofobia.

Silesia here I am?

Selfesteem?

Aplikacje samoobsługowe powstają żeby projektujący je ludzie mogli dostawać wolne.

Zwłaszcza jak osoby wyżej w hierarchii służbowej nie mogą się w tym połapać…

Hm, brief się na to mówi?

Piątek: podróż do Szczecina.

Sobota: 50-tka właściciela baru.

Niedziela: dejafter.

Poniedziałek: kierunek Hamburg / nie wyrabiamy na zakrętach / nie ma biletów na wtorek.

Wtorek: prawie się wyrabiamy.

Środa: planowany kierunek Katowice.

Po weekendzie jest poniedziałek

Truizm w tytule dotyka mnie w sposób oczywisty. Należało się spodziewać, że po udanym pobycie w domu w Szczecinie, gorączka poniedziałkowego ciśnienia zaatakuje ze wzmożoną siłą.

Piszę te kilka słów niepewnie, spoglądając na kalendarz z ukradka i myśląc czy się uda…

Już nie friday

Miasto okryte śniegiem. Jakby trochę ładniej.

I rekordowo szybki przejazd przez granicę.

Cholernie tu zimno.

friday.on_error_exit(autobus)

Jeden malutki błąd w bazie to chyba sobie mogę zostawić na poniedziałek, prawda?

Po roku czasu ja ciągle mam nadzieję, że w autobusie będzie mrygał jakiś w miarę udany film (przepraszam, dawno, dawno temu kiedy UE się o Odrę opierała, miał miejsce seans Insomnii – i to by było na tyle).

Rollin’ on the highway…

friday.tree.nodes.collection(któryśnode).expand

t=t(n) || a>=a(n) <=> p

! t>t(n) <=> n/p (w skrócie oczywiście)

Oby to był sposób na wolne w przyszłym tygodniu.

friday.init()

Pozytyw wczesnego wstawania jest taki, że nie ma denerwującego ruchu samochodów na Kieler Str.

To będzie długi dzień.

Na dzień dobry onetoedytorek się powiesił.

Off

Półleżę na krześle, niemoc twórcza, off pełny, nie przejmuję się. Jakoś tak jest, że siebie samego nie przeskoczę.

Największą moją przyjemnością ostanio jest wieczorna sałatka w prawie stałym składzie: pomidory, mozarella i anchois (tu jest opcja-wariacja dopuszczalna pod nazwą tuńczyk).

Jest bilet, będzie weekend. Chyba jestem osobowością neurotyczną.

Czy ja mam aspirynę? Coś mnie łamie w kościach.

Może małe Schanze czwartek wieczór? Luzujmy zatem.

\_____

Właśnie spostrzegłem, że ostatnio napisałem pod rząd sześć lakonicznych notek o pracy.

No dobra – to ta nie jest o pracy. Obiecuję sobie wyjść dzisiaj punktualnie.

Piwko?

Rytm

W rytmie codziennym: spacer do biura, czternaście godzin pracy, spacer z biura. Wszystko przez to, że nie umiem regularnie pracować. Kiedyś może się nauczę. Kiedyś.

Przynajmniej jest lepiej niż wczoraj.

050124a

No i pan profesor Cliff Arnalls wykrakał. Może nie największe przygnębienie w roku ale na pewno największą jazdę od roku.

Może to i dobrze… reszta roku będzie optymistyczna i spokojna…

050124

Zaczynam się obawiać, że przedwczesne przychodzenie do pracy stanie się moim ulubionym zajęciem.

Może to tylko taka chwilowa słabość.

Westchnięcie

Jeden projekt, drugi projekt, projekt do którego nie mam ani serca ani ochoty ani pomysłu (a ciągnie się od listopada).

Dlaczego moja produktywność zaczyna się około godziny 18.00?

Po prostu jedno wielkie westchnięcie…

Dlaczego

Tik-tak, wpół do jutra. Dlaczego w sobotę wieczorem się najlepiej pracuje?

Kolorki

Wektory w kolorach ogórkowo-ogródkowych. Robię. I ocieram pot z czoła.

06

Zwykła sobota, prawie południe, Kieler Str. HH.