…policz dobra czas,

Długie wieczorne i nocne rozmowy o sprawach dużych, ważnych, tych mniejszych i o kompletnych głupstewkach. Spokojne, szczęśliwe zaspanie nad ranem – może z odrobiną melancholii, może po prostu z wiecznej tęsknoty i ciągłego nie-do-końca-jeszcze zaspokojenia drugą osobą.

Cyferki w kalendarzu w tym miesiącu układają się w niezwykle spokojny ciąg zdarzeń bez napięć i stresów.

A w markecie budowlanym można dostać (prawie) wszystko oprócz uchwytów do mebli z których tylko jakieś nędzne ochłapy pozostały.

Uśmiech się

Papiery, kwitki, przelewy, znowu trochę notesika, autluk i kolejka rzeczy.

Słońce na zmianę z deszczem, śmiechawa na zmianę z melancholią.

Weekendowy brudaskowy Hormon oraz urodziny (niby mini).

Wycieczki z Promyczkiem po zakątkach Miasta.

Rodzice pytają jak się toczy?

Na patefonie Pogodno – Uśmiech Się.

jacca all ver

… w swobodnym tłumaczeniu jacca all versions – wszystkie wersje w jednym miejscu (parafrazując tytuł z bloga Młodej: „wszystkie wersje zrośnięte w jedną”);

… czasami dzieje się tak, że trzeba spiąć klamrą pewne zdarzenia i przeżycia, spojrzeć wstecz, wygadać najbliższej osobie te najbardziej wstrząsające wspomnienie, zastanowić się nad czasem i tym co i jak zmieniało nas;

… dlatego w archiwum pojawił się „sierpień 2002″ – kopia bez edycji z bloga wersja dwa;

Kareta na ręku

Passa dzisiaj jak ze znaczonych kart. Niemożliwa wręcz. Mam nadzieję tylko, że nikt mi tej znaczonej talii nie podmieni tak szybko.

Szulerzy przyjeżdżają jutro.

Coś mnie na przekaz kodowany dzisiaj wzięło.

Update

I update: niedzielny spacer pod koniec dnia.

Perpetuum?

Dosyć naturalnym trafem składa się tak, że dogrzebujemy się do weekendu by odpocząć – a ma to miejsce poprzez tydzień roboczy, w piątek nachodzi nas ochota na tzw. odstresowanie (czyli nocne pozwiedzanie lokali) co przynosi skutek po postacią sobotniego renesansu zdrowego stylu życia (no może nie do końca bo śpimy do południa): dłuższy spacer który okazuje się być wyczerpujący – odpoczywamy i w niedzielę wyruszamy na jeszcze dłuższy.

Poniedziałek. Skołowany wrażeniami weekendu staram się dogrzebać do końca tygodnia żeby w końcu odpocząć ;)

Komfort

Właściwie Młoda prawie o wszystkim napisała. Kurde. Ale komfort.

Nie no, ok. Dopiszę coś. Jak pozbieram trochę rozbieganie poniedziałkowe, poranne.

Falochron

Czasami pomimo całej wichury zdarzeń, zmartwień, problemów i innych przeciwności nachodzi mnie dziwne wrażenie, że tak naprawdę nic się nie zmienia – pewne rzeczy i sprawy są niezmienne we wrzechświecie.

Takie uczucie z dzisiejszym porankiem przyszło i nie opuszcza mnie.

Dobrze to czy źle?

[…]

Odrobinę jakby jaśniej na horyzoncie zdarzeń.

Rzeczywiście chyba jest tak, że to co cię nie przygniata to cię hartuje.

Może i to najlepsza z dróg?

debug.print

Po czterech wczorajszych godzinach wieczornych spędzonych na bezmyślnym wgapianiu się w komunikaty błędów dzisiaj przypadek zaczyna pękać po 26 minutach. I jak tu nie być deadlinerem?

Ciekawie

Nadchodzące dni zapowiadają się bardzo ciekawie. Albo „ciekawie”.

Z racji na późną porę opuszczania biura, tylko tyle jestem w stanie wydobyć z siebie…

Drobny flashback

Z zegarkiem i kalendarzem w ręku, licząc i odliczając mam wrażenie drobnego flashback’u.

Takie drobne info

Młoda właśnie została formalnie szczecinianką :)

Wdechwydech

Wdech. Kawałek projektu (tak, przez ten tydzień będę nudził o pracy). Wydech. Szybki przegląd stron. Wdech. Czy macie jakieś pastylki na poprawę kreatywności?

Taczka

Piątkowy parapet okazał się być odrobinę mocniejszym niż się spodziewałem. Jednakże odbyło się bez interwencji sąsiadów tudzież funkcjonariuszy. Skutecznie wydarzenie to rozpieprzyło weekend (spać, spać, spać). Poniedziałek jest szary a taczka na ten tydzień ciężka jak cholera.

To był w takich bardzo prozaicznych słowach skrót poweekendowy.

Kwestie

Zmienny weekend na horyzoncie.

Na tapecie tworzenie nowego systemu w asp rzeźbionego co trochę przypomina działanie typu „z motyką na słońce”.

Kwestia ilości i rodzajów soków na wieczór rozstrzygnięta :)

Lost in the supermarket

Jutro urządzamy parapetową imprezkę – po wczorajszym rajdzie poprzez supermarket chyba już posiadamy wszystko co potrzebne podstawowej chociaż niezalegalizowanej komórce społecznej (która jutro będzie chyba miała ćwiczenia z patologii – i oby nie z życia z sąsiadami).

Pospieszny jakiś ten tydzień wielce – zatem i ta notka jest pospiesznie pisana a ja zmykam omówić szczegóły tzw. planu zagrych na jutro.

Nie-flashback

Siedzę z laptopem w hamburskim biurze (po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy) i zastanawiam się odrobinkę nad spotkaniem o godzinie 10.00, oraz odrobinę o finansach. Za oknem słoneczna Altona i dociera do mnie coraz bardziej, że nie mam żadnych flashbacków czy innych napaści retrospektywnych (trochę się tego prawdę mówiąc obawiałem). Co więcej jestem jakiś dziwnie spokojny – aż samego mnie to trochę dziwi.

Zobaczymy jak się ten dzisiejszy dzień potoczy.

Dom

Kawałek po kawałku dom wypełnia się nami. Prozaicznie rzecz biorąc potrzeba jeszcze kilku rzeczy. Jeszcze kilka spraw większych i mniejszych musimy załatwić. Co najważniejsze tworzy się i istnieje z każdym dniem mocniej i mocniej.

Wyjeżdżam do Hamburga na jeden dzień i chyba mój stres w związku ze spotkaniem rośnie – ale wiem, że mam przystań, że wszystko zmierza ku coraz lepszemu.

Taka to dziwna mieszanka optymizmu i małego zdenerwowania czasami…

Śpioch

Wczorajszy spektakl zaowocował zaspaniem do pracy. Taki koszt kultury (i nie to żebym narzekał) ;)

Druga kawa i rozpoczynamy weekend.

MFE

Dla odmiany od spraw agd-tynkarskich w weekend przeprowadzamy ukulturalnienie na festiwalu.

Onomatopeja ulgowa

uf/heh/uff

Tak teraz to już można uznać za poukładane prawie w stu procentach, tak z grubsza rzecz biorąc. Oczywiście pozostają na horyzoncie technikalia mniej (czemu trochę tynku spod parapetu odpadło) lub bardziej (pralka) palące. Rozkład jednak myśli powoli się stabilizuje. Na horyzoncie logistyki pojawiła się parapetówka (brak kielonków, michy sałatkowej, etc.) Jakoś to trzeba pozbierać.

Byleby rodzicom ze szczególnym naciskiem na rodzicielkę nie weszły w krew tzw. wizyty kontrolne.

Część druga w skrócie

Cóż mogę ubrać w słowa? 600 kilometrów w jedną stronę, drugie tyle w drugą. Paczki, paczuszki. Pożegnania i łezki. Piwo na tarnogórskim rynku. Porządki w nowym domu.

Zacząłem swoje… zaczęliśmy swoje turn the page.

Część pierwsza

Dzisiaj część pierwsza przeprowadzki czyli lokalny transport mebli niezbędnych.

Tu miejsce na małe westchnięcie.

Wertepy

Pomijając wertepy i inne dziury po drodze, to toczy się dobrze. Czasami któreś koło wpadnie gdzieś głębiej – po chwili jednak zaskoczy i ruszy. Wykroty przeszkadzają bo trzęsię czasami okrutnie a i zaskoczeń samych ostatnio nie brakuje. Tak to się toczy ten wózek na którym we dwoje już jedziemy.

Nie będę wymieniał co robiłem a czego nie robiłem ostatnimi dniami bo jest to raczej dziwne skrzyżowanie tykającego zegara z maszynką do wypełniania (niestety nie do płacenia) przelewów.

Dzień jutrzejszy przeznaczam na polerowanie spraw fimowych (mam nadzieję na kontynuację dobrej passy z dzisiaj), natomiast we czwartek nastąpią zmagania z dużymi obiektami przeznaczonymi do transportu przeprowadzkowego (kto wymyślił takie małe windy?).

Piątek-sobota: Śląsk, a na wtorek najpewniej Hamburg.

Rzeczywistość twierdzi, że miesiąc siedzenia na tyłku to stanowczo zbyt długo.

Rewolucja teraz

Stwierdzam u siebie zbyt częste występowanie słowa „przełożony” w ostatnich notkach.

Tytuł jest odrobinę autoironiczny.

Stereotyp piątku w sosie pozytywnym

Sałatka z fety i oliwek z serwisu Kanapkowego Joe od rana zwiastowała dobry dzień. Podtrzymany niejasnym bełkotem przełożonego czyli brakiem naglących koncepcji zmieniania świata przerodził się w leniwy dzień.

Pora zatem w miarę punktualnie wylogować się z tej fabryki złudzeń i posterować pomału w stronę chillOutCaffe.

Dopinamy kasę i pomału kończymy ten huśtawkowy czerwiec.

i dzieje się,

Dni te cały czas wypełnione, znowu 17.30 się zbliża (pora kiedy stwierdzam, że powinienem stąd wyjść półtorej godziny temu). Wypełnione dużymi rzeczami, małymi sprawami i drobiazgami. Współwłaściciel do konta, zameldowanie, czajnik elektryczny, buda do transportu, garnki, cyferki przed dziesiątym danego miesiąca i po dziesiątym rzeczonego. Na Digart wędrują kadry z szuflady. Outlook uprawia dziwną kombinację RE i FW. Katar sienny i przeróbka skryptów do sklepu online na tablice tfu asocjacyjne. Mój główny przełożony (ten którego inicjałów ostatnio nie wymieniałem) nie może dojść do ładu ze swoją łepetyną a już tym bardziej ze zleceniodawcami.

Nie, nie narzekam. Wszystko idzie do przodu i dzieje się.

W końcu sam te wszystkie sytuacje stworzyłem.

Ostatnio chyba był pierwszy dzień lata, nie? :)

Klucze

W kieszeni klucze. Umowa podpisana. Dziewięć dni.

Zresztą co ja się będę rozpisywał :)

i splesz

bo poprzedni cover się zdezaktualizował;

Italic font strikes back,

Terminy już na spokojniej. Pomimo tego, że czerwiec się skraca w oczach.

Na horyzoncie pierzaste chmurki, w uszach szum wentylatorów (serwerownia się wietrzy), na winampie powrót do dedkenedysów a w przestrzeni myśli rozważania o transporcie szafek (w poniedziałek podpisuję umowę na wynajem – ile prądu żre dwutegowa kuchnia-płyta elepstryczna?). Gdyby tylko jeden z moich przełożonych (przez litościwy wzgląd na jego uszkodzony używkami mózg nie będę wymieniał inicjałów…) miał krótszą drogę do banku to mógłbym to określić mianem pełnia zadowolenia.

Harry, czemu Ty dzwonisz do mnie o 3.30 kiedy z kurami poszedłem spać?

Wymiksowany jakiś ten miesiąc w całości.

Wszystkiego najlepszego mojemu Słonku i wybornej imprezy dzisiaj życzę :)

Matematyka kwot

W małym notesie rzędy cyferek. Co gorsza w głowie też rzędy cyferek. Niewolnictwo matematyki kwot zaskutkowało przydepresyjnieniem. Wraz z zerkaniem na kalendarz.

Zdrowiej jednak będzie pozbyć się tego. Bo mnie wkleja w podłoże momentami.

Pora na punkt zwrotny.

rev

rev: po prostu symbol (klikklik)

Dawno już nie siedziałem tak zestresowany jak teraz.

Tyle.

i nacisk…

Szum wentylatorów i szmer klawiatur. To dziwne biuro jednak jest. Za oknem układają się spierzone chmury tworząc nowy horyzont. Chyba nacisnę pewne rzeczy.

Pewna chwila,

Pewna chwila która potrwa dni trzy. Trzy dni ważne, kiedy niemal wszystkie ważne sprawy okażą się być jasne i oczywiste.

Dzisiaj rano, pierwszy dzień zaczął się słońcem. Na razie tym za oknem.

Taka meteopatia ekstrapolowana na resztę rzeczywistości.

Skupiam.

Docisk

Ciśnienie dziwnie dociska dzisiaj wszelkie przejawy działania do podłoża zdarzeń.

Zniecierpię wkrótce outlook’a.

Poniedziałek, szósty dzień czerwca

Poniedziałek, szósty dzień czerwca, taki dziwny stan skupienia i szybkości dziwnego rodzaju: zobaczymy co przyniesie ciekawego.

Zaczynam stosować notes – nagromadzenie zaczyna przekraczać możliwości mojej sklerotycznej pamięci. Odrobinę się obawiam, że staram się zmieścić zbyt dużo w zbyt małym okresie czasu.

Wieczorem jadę obejrzeć (prawie na pewno) przyszłe mieszkanie do wynajęcia od początku lipca (taktak do zamieszkania z Młodą).

Poniedziałek, szósty dzień czerwca, zwykły dzień a brzmi mi w uszach jakoś profetycznie.

Kadr z zeszłego weekendu

Odyseja (klikklik).

Trzydzieści

Wysiadam na placu przy wieżowcu, dzisiaj dnia pierwszego miesiąca następnego i dociera do mnie radość, że zostało trzydzieści dni. Trzydzieści dni na załatwienie sprawa większych (takich jak wynajęcie mieszkania) lub mniejszych (takich jak pewna kwitologia stosowana związana z przeprowadzką Młodej).

Trzydzieści dni: niby długo, biorąc pod uwagę tęsknotę za ukochaną osobą. A tak krótko, biorąc pod uwagę mnóstwo spraw różnych i obaw różnych.

Obojętnie jak ten czas subiektywnie traktować i tak to jest radość.

09

\S.Rev.SoMKatowiceMuchowiec

Trochę późno

Trochę późno już dzisiaj jak na normalną notatkę.

Nie lubię wieczornych telefonów w obcych językach.

Lubię mieć plusdwa do spokojności zwłaszcza w wymiernych środkach.

Czerwiec miesiącem pracowania.

Silesian nie-rev SoM 3 (a właściwie II/1)

Kolejny długi weekend i kolejny wypełniony podróżą (przytomnie tym razem nabyłem wydłużony bilet weekendowo-turystyczny). Zasadniczo przystosowany do podróży pkp w trudnych nawet warunkach mało co nie przespałem Katowic (taa,,, poznałem po współpasażerach, że to być może jest właściwa stacja).

Dziwną właściwością dla mnie jest, że śląskie odległości (mierzone w subiektywnych jednostkach czasu) cały czas się skracają. Dystans na Muchowiec który przerażał pięćdziesięcioma pięcioma minutami perygrynacji, skurczył się do jakiś dwunastu i pół minuty względnej.

Przestrzeń lotniska, spokój zieleni i poranka. Długi spacer (który okazał się być zbyt długi ze względu na obcierające buciki Młodej oraz odgórne nasłonecznienie), sprawy duże i małe. I spokój… przede wszystkim spokój i radość.

Rynek w Katowicach i prześwit na kadry – te w wyobraźni i te w wizjerze. No i róża (trochę niewiarygodne ale pierwsza od samego początku – trochę chyba powinienem się wstydzić).

Planowany nieplan na wieczór z Pat i Asencją (plus-jeden-jeden) w parkowej (gdzie jednak nie wszystkie alejki są wyasfaltowane), hm, parkowym pubie (?) z tym bardziej nieplanowaną ewakuacją.

 

Właściwie nie wiem jak to opisywać. Po prostu nie wiem. Czasami określenia się kończą a suma wszystkich niewypowiedzianych wrażeń i chwil jest znacznie większa od sumy poznanych słów.

Po prostu w dziwny sposób, jakoś tego wszystkiego jest dużo…

Szczegóły wkrótce

Zabrzmi to jak kolosalny truizm ale przyjemnie jest mieć życie wypełnione po brzegi i nie mieć czasu ani możliwości napisać nawet krótkiej notki na blogu. Szczegóły wkrótce.

Ehe

Infekcja drapie w gardło. Za dużo irl’a wokoło i dlatego nie chce się pisać (a miałem się nie przyznawać).

Stadionowe I Still Haven’t Found What I’m Looking For w głośnikach…

Szczecin, piątek 15.38

Perspektywa na Patio. Leniwy szum wentylatorów. Półprzymknięte oczy. Nawet niebo się zmęczyło błękitem i odrobinę się zasnuło. Na placu obok wieżowca zaczyna się ruch popracowy. W powietrzu wisi wczesny weekend.

A swoją drogą szczęśliwie malutko już czasu do Słoneczka.

Wielki błękit

Głęboki błękit nieba napawa optymizmem. Chociaż na horyzoncie zdarzeń czai się kilka niewiadomych to jest to radość uzasadniona. Normalna życiowa energia która pozwala wiele zrobić i wiele przetrwać. Choćby nie wiem co się działo…

Sekator?

Niech ktoś uczyni za pomocą czarodziejskiej różdżki mały cud i spowoduje, że wszystkie wlekące się sprawy skończą swój byt momentalnie.

Za dużo rzeczy się wlecze i wraca po raz kolejny i kolejny.

Czy jest jakiś przyrząd do ucinania wlekących się spraw?

Kotek Bełkotek i parę osobności

Zapisana kartka: „Siedzę w Pradze bez pieniędzy na Vaclavskim Namesti i myślę o całym świecie bo nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zacznę myśleć o czymś innym to bezsensownie zacznę myśleć jak dojechać do domu.”

Mgliście i deszczowo się zrobiło. Dostrzegam coś niezwykle ważnego w morze wzorków firanki i nie mogę się od tego oderwać. Dziwne przeczucie wielu sytuacji w kilku miejscach i w różnym czasie. Między linijkami blogowiska przemyka pewna nie do końca czytelna treść flashback’a. Jeszcze raz patrzę za okno i lekko się uśmiecham.

To nie ego jest spuchnięte – to świat zapomniał o kilku podstawowych prawach.

(Nie tylko) na czystym niebie jasny jest lot sokoła.

Californication

Californication wydziera mi się w komórce i przypomina, że jednak dzisiaj ostatni dzień tygodnia i trzeba opuścić przyjemne (barrrdzo) miejsce.

Wypluskuję się i nadstawiam ucha w stronę kuchni gdzie Promyczek robi pierwsze przedpracowe śniadanie. Pierwsze ale tak jakby od zawsze. „Zupełnie normalnie zamieniamy parę zaspanych zdań przy kuchennym stole…”

Autobus B do pracy jakby niepospieszny dzisiaj. W powietrzu czuć dzień konia. Slalom między gazeciarzami – wszystko jakoś dziwnie układa się w spójna całość.

Po prostu _żyć i kolory jakby wyraźniejsze.

 

 

 

Tylko dlaczego do cholery nie pomyślałem wcześniej o tych biletach do Czarnego Kota Rudego?