Kasa biletowa

Czyżby blogi (onetowe) obumierały na jesień?

Marzę o jednym, no powiedzmy dwóch, odrobinę schłodzonych piwkach i o zalegnięciu w pozycji horyzontalnej. Nie, nie zmęczył mnie dzień dzisiejszy ani podróż (powiem nawet, że przebiegła najłagodniej od dłuższego czasu). Po prostu nic mi się nie chce. Jestem zadowolony z siebie i nic mi się nie chce.

Muszę pojechać po bilet. Kierunek Wrocław.

.

Ostatnimi czasy czas zdecydowanie zbyt szybko pędzi jak dla mnie. Trzeci dzień jestem w Szczecinie i jakoś taka niemoc odpoczynkowa (oprócz wczorajszego kaca) mnie dopadła, że nawet nie wyciągnąłem aparatu.

Przejdę się świątecznie przespacerować to może rozrusza mi to mózg i palce.

(w Amsterdamie zgubiliśmy się oczywiście już na dzieńdobry)

Hm, Guns n’Roses – November Rain

Wykręt czyli rafy Zatoki Puckiej.

Angielskie: This train is going to Hel.

Polskie (konkurs): Jak się nazywa mieszkanka Pucka?

db.yumyum(asp)

Trochę za wiele jak na jeden dzień: jak już biurko dba łamane na dizajnera zaczyna być miejscem z największą ilością papierzysk w całej firmie – to oznacza, że coś jest nie tak.

Pani w kasie (kupowałem bilet do Szczecina) zapytała czy studencki. Chyba się zarumienię. Albo sobie dorabiam.

Rzadko gdzie można kupić tzw. zupę klasyczną, chińską. Mam yumyumy przemycać przez granicę czy co? I tak ostatnio nawiązuję do tradycji polskiej emigracji, wożąc kiełbaskę suchą (polnisze wuszt leka, a?).

W środę mam jechać na jakieś spotkanie kooperacyjne do Amsterdamu. Muszą mnie w jakieś eleganckie futerko przebrać, brrr.

Gary w zlewie czekają na lepsze czasy.

O! to już po 22.00, paczcieno

I ja nawet wszystko rozumiem tylko dlaczego jeszcze do tego wszystkiego muszę w skryptach asp dłubać?

Chyba nie muszę nic dolinkowywać?

Cieszę się Gwiazdeczko, że to był dobry dzień.

Będą i następne. Serio serio.

 

It’s a wonder man can eat at all

When things are big that should be small

Who can tell what magic spells we’ll be doing for us

And I’m giving all my love to this world

 

Futures made of virtual insanity now

Always seem to, be govern’d by this love we have

For useless, twisting, our new technology

Oh, now there is no sound – for we all live underground

O!

Tak mi łatwo poszło z remontem bloga, że chyba się zaraz rzucę do robienia portfolio, heh.

Moin

Jednego dnia, jeden po drugim zadzwonili panowie z windykacji. Zaczynają już być nudni. Dobrze, że wygląda na to, że ten serial tragikomiczny ma jakiś horyzont. Jednak.

Pointofwju jakby się przesunął conieco. Zdeszyfrował, odcyfrował rzeczywistość. Chyba dałem się podtopić trochę łatwym rzeczom, łatwym grypsom.

Wachlowałem trochę danymi, wyłapując promyki wśród żółtych liści drzew którymi obsadzona jest Ruhrstrasse na tym odcinku. Minie trochę czasu i od nagich konarów rzeczywiście zrobi się brzydko. Przypominać mi będzie kiedy tu przyjechałem.

Zobaczymy jaka będzie perspektywa po tych operacjach na bazach danych. Rokuje lepiej niż tydzień temu. Wszystko rokuje lepiej.

Wygrzebałem się z dedlajnów. Dzisiaj udało mi się nawet z radością opfocić kilka ujęć po zmierzchu w sposób udany i zadowalający. Serio.

Wnętrze – czy też raczej środek kreativefabrik na zapleczu ulicy przy której znajduje się biuro w którym pracuje – zbiło mnie w przeciągu pół sekundy z nóg. Nawet po dwóch piwach.

Dłubię w nosie i zastanawiam się czy mi dobrze.

A może by tak sobie jakąś domenę kupić?

self.Exegesis

Tylko tyle by podłożyć dłonie pod głowę i zamknąć oczy, zamilknąć. Oflajn?

Przycupnę sobie.

Miesiąc dziesiąty

I mniej więcej czuję się tak jak _tutaj.

Październik

Coś nietfurczy październik widzę.

Oby ze świętem Wszystkich przeszło.

Zaganiam się do pracy.

Post

Tęsknię.

(HH nie składa się tylko i wyłącznie z arabskich warzywniaków i hoteli na godziny – zatem wypuszczam się na dłuższą sesję, adieu)

02

Handel potrzebami wszelakimi. Zapraszamy.

db.inprogress

…to może jednak troszeczkę jutro skończę bo dzisiaj dzień jakoś tak mało inwencyjny (jak i zresztą cały tydzień). Raczej dzisiaj zdecydowanie wolę zapełnić kartę w aparacie wypuszczając się na łowy punkt o 17.00 (dzisiaj skrupulatnie sprawdziłem rano czy mam zapasowe akumulatorki żeby nie zzielenieć ze złości tak jak wczoraj).

To będzie dobry set.

db.apocalypse

No to pora nadrobić lenistwo w tygodniu, aua…

Parafraza

Rewolucja teraz!

Chyba muszę się troszkę napić bo coś się nerwowy robię.

Nawet a nawet

Serio, naprawdę dobrze, że trzynastego października już minął. Miałem jakiś irracjonalny lęk. Dzisiaj to mogę się nawet zabrać za pracę. Lub też nie nawet a nawet koniecznie.

Chyba jesień u mnie trochę inaczej wygląda.

Coby tu dorzucić z wczorajszego setu Ottensen…

01

Róg uliczny jakich wiele w HH Ottensen…

Emot

Kolorowy kadr sam się przesuwa przed oczami. Tak, że nie mogę czasami złapać oddechu. Chociaż odliczam to czas od tego nie zwalnia tylko przyspiesza, dziwne, nie?

Po miesiącu zaczynam realnie się zastanawiać jak to wszystko ma wyglądać: jak, kiedy i (chociażbyśmy tego nie chcieli bardzo mocno) przede wszystkim „za ile?”.

Zawsze zadowolony byłem z tempa swojego życia – jednak to co teraz się dzieje, zaczyna mnie  pomału wgniatać w oparcie. Kwestia tylko jak długo potrwa to przyspieszenie. Do początku przyszłego roku na pewno. Potem chciałbym, żeby przynajmniej kilka spraw się ustabilizowało. Przynajmniej kilka.

Jakiś taki dzisiaj rozlazły jestem…

Pójdę chyba po pracy na spacer pofocić Ara… Arabów.

Poprawi mi się :)

@ (tak to się pisze?)

Dobra (takie przez dwa er). Zabieram się do czytania „Samotność w Sieci”. Może ja coś w końcu z tego internetu zrozumiem.

Druga kawa

Weekend w Szczecinie – na pierwszy ogień: Podzamcze.

Pierwsza kawa

Podłubałem trochę palcem w oku niedospanym, autobus się mocno spóźnił. Usunięcie pilnej awarii u szanownego kierownika sprowadziło się do zdjęcia sterty papierów z klawiatury („bo mi się wszystko co otworze dziwnie zachowuje”).

Piękna jesień za oknem a ja zaczynam fiksować od zmian klimatyczno-podróżnych.

Tak to się rozglądam po moim biurku i jakoś punktu zaczepienia nie mogę znaleźć.

Mój monolog

… zdaję sobię sprawę, że nie wniesie to nic konstruktywnego do historii tego weekendu ale chciałem po prostu powiedzieć, że mi jest dobrze;

… na patefonie Anouk, w ilościach hurtowych;

400 E

Ostatnio mam jakieś problemy ze skupieniem się na kadrze. Na każdą mniej więcej setkę ujęć wychodzi mi jedna znośna, nadająca się do publikacji wrzutka. Gdzie się nie ruszę to za dużo brudu włazi w kompozycję. Światło nie gra, architektura wygina się, znaki drogowe wyrastają spod ziemi, tam gdzie chce się przesunąć o piętnaście centymetrów okazuje się być już sciana, etc.

Czas zatem na weekend zmienić miasto przebywania – kierunek 400 km na wschód. Ciekawe co dzisiaj grają w autobusie?

Winamp: Three Days – Jane’s Addiction.

Wrzutka

Geometria: odcinek drugi.

Szczęśliwie niepozbierany

Cóż…

Przede wszystkim to wspaniałe dwa dni wypełnione poznawaniem siebie nawzajem.

Na początku lekka obawa jak teraz to będzie już na spokojnie, nie na party. Lekki stres może. Lub nielekki. Niedziałająca karta-klucz do pokoju w hotelu o piątej nad ranem.

Rynek, spacery, rynek, gołębie, brak snu, budzik na 16.30, sen w środku dnia. Mocne światło do zdjęć, miękkie światło, brak światła.

Zaspani kelnerzy w „Żaku”.

Internet Cafe 24h.

Kawa w plastikowych kubkach, obrazy z życia ulicy wraz z dźwiękami ujmującymi, znanymi (tak! saksofon).

O pożegnaniu nawet nie będę wspominać (…).

Zbyt dużo tego wszystkiego, zbyt szybko, zbyt zróżnicowane, zbyt nowe żeby tak od razu móc to zamknąć w przestrzeni słów lub obrazu. Hm. Właściwie w przestrzeni obrazu to nawet się przez chwilę udało…

Cóż… wszystko jest możliwe jeśli się tylko bardzo mocno uprzeć.

Czyżby tak wyglądała pełnia szczęścia? (taktaktak)

W sercu miasta

Wrocław. Budzik na 16.30. Rynek. Internet cafe 24h.

Party?

23 minuty do rozpoczęcia wieczoru.

 

(Młoda mówi, że to notka w jej stylu.)

Klik klik

Lista rzeczy do naponiedziałek. Mały plecak i torba foto. Nie przemontowana płyta główna (co ja omnibus jestem?). Klik klik. Garść apdejtów do baz. Autobus pół godziny wcześniej.

Polecicie jakieś fajne lokale we Wrocławiu na ten weekend?

Lajt

Tak bardziej lajt

Wczorajszy spacer w poszukiwaniu efektownych deszczowych kadrów dzisiaj odbija mi się na plecach w okolicach lędźwiowych kręgosłupa.

Przy czym zgodnie z prawami drobnych złośliwości wszechświata tak się złożyło, że kiedy już wyczerpany pilnie potrzebowałem posilić się jakimś dynerkebabem to jak na złość przez dwa kilometry nie mogłem uświadczyć ni grama tureckiego (nawet zalatującego) przybytku: tu muszę zaznaczyć, że „kiedy ich nie potrzeba” to co pięć minut dosłownie można się natknąć na nienalżejsze zapachy dochodzące z nienajczystszych imbissów.

Przewietrzony dosłownie i w przenośni wczorajszem ufniej patrzę w najbliższe dni. Deszczowe Schanze gdzie wczoraj dotarłem w poszukiwaniu pożywienia (…jak to brzmi) zamieszało mi nieco w głowie ale i chyba w znaczny sposób pomogło.

To dzisiaj w ramach terapii zajęciowej wyszoruję kuchnię.

W sam raz, nie za daleko

Wygodny fotel w autobusie nie pomógł. Na przestrzeni mojej drogi do której coraz bardziej się przyzwyczajam na przemian okna atakowała jasna pełnia, ciemne chmury i właśnie burze. Ciśnienie zmieniało się jak szalone a ja w bladym odbiciu w szybie oglądałem najbardziej dziwne z możliwych scen. Scen wykrzywionych wewnątrz mojej podświadomości.

Efekt dzisiejszy jest tragiczny. Śpię z otwartymi oczami. Jedyne co mnie porusza to tykanie mechanizmu odmierzającego czas najbliższych pięciu dni.

Weronika chce żyć inaczej.

Obyś żył w ciekawych czasach.

Colleoni?

Deszcz przysiadł w Szczecinie. Zmoknięte anioły poprawiają biodrówki. Colleoni jakby trochę bardziej zatroskany spogląda na plac.

Przesuwam palcem po rządku kompaktów. Wiele godzin muzyki. Rozmaite barwy, wspomnienia, plamy… alfabet uczuć.

Za pięć dni spotykamy się we Wrocławiu.

And not to roll

Tak jest. Tak będzie. Wszystko zawarte w sercu i parze rąk. Rozum pomoże.

Patrzę z góry na miasto. (Tak! Tu można patrzeć z góry.) Gryf przekrzywia łeb i ciekawskim okiem łypie na mnie. Trochę wieje (Tu zawsze wieje.)

Z piaskiem mam tak samo.

Czasami jest czas na cytaty.

To be a rock and not to roll…

Rollin’ on a highway

(…)

Noś garnitur w niedzielę

Nie rwij jabłek z nie swoich drzew

Bądź pokorny jak cielę

Wygrasz więcej, gdy myślisz mniej

(…)

Nawiasem dziwne

Nawiasem mówiąc coś zbytnio podejrzanie rozpiera mnie pozytywna energia. Dziwne rzeczy, dziwne…

Sercołamacze na 200 km

Mam nadzieję, że po raz kolejny w autobusie nie poleci „Wielki Podryw” („Heartbreakers”).

To już by było trochę monotematyczne.

Jak coś nie wybuchnie – to całkiem udany dzionek (coś trochę za cicho jest).

2200

Slavkovsky, południowe zbocze, około 2200 przed burzą;

Kofeiny!

Dla odróżnienia pory niedeszczowej nastała pora deszczowa. Pada piąty dzień, szóstą godzinę (za Marquezem etc.). Wszystko zyskuje na barwach (dopóki ‘one’ wszystko nie opadnie z drzew kompletnie). W mojej spokojnej dzielnicy uchodzącej za oazę dla niemieckich emerytów już prawie w ogóle nie słychać języka miejscowego z czasami otwartych okien.

Podobno mają mi wkleić tutaj kolegę programistę, a jakże a nawet z Polski żeby rzeźbił nowe lepsze światy w konkurencyjnym (?) czasie.

Przestrzeń biurowa, użytkowana na moim piętrze przez aktualnie trzy osoby prawie pozwala na całodzienne nie spotykanie się (no gdyby nie fakt, że we dwójkę z graficzką siedzę w pomieszczeniu o powierzchni średniego lodowiska). Luzik, spokój. Kartony uprzątnięte (wcale w nich nie śpię jak sugerują co niektórzy). Za oknem jakiś arabus miarowo napierdala młotkiem po dachu. Nic to. Luzik, spokój.

Kofeiny!

HH Monckeberg, freejazz i samotność

Czasami może potrzeba trochę czasu. Czasami może więcej. Może to też nigdy nie nastąpić…

Temu miastu wyrwano pamięć jak i mojemu, rodzinnemu. Ale pisałem chyba już kiedyś o tym…

Dzisiaj spokojnym krokiem przemierzając Spitaler Str. usłyszałem freejazzową improwizację na saksofon. Idealnie wpasowaną w dziwny rytm tego miasta. W światła domów towarowych przy Monckeberg. W ruch ludzi i autobusów. W prośby żebraków.

I zrozumiałem o co chodzi w tej dziwnej samotności.

a i b

Terminlista. Te po 11,90. Te podzielone na typ a i na typ b. Z tego na każdy miesiąc typ a do 15-go danego miesiąca i na po 15-go. Tak samo typ b. Aha i jeszcze żeby samo się robiło. Stimmt?

Za oknem pada.

Uśmiech.

Młoda, miłość, Editorial i cała reszta

Coś mi pyknęło w łepetynie albo to jesień idzie.

Nienawidzę w tej firmie pilnować projektów graficznych. Po prostu nienawidzę.

Nie tego jednak one pyknięcie dotyczy. Dotyczy tych liści pierwszych co już opadły za oknem. Sentymentalność i uczuciowość mnie jakoś zawsze na tę porę schyłkową brała (tak mniej więcej jak innych na wiosnę). A, że i wysłowić się ostatnio trudniej – to też wątek ze sprawy.

Chociaż i pewnie trudności się piętrzą i tęsknota i niewiadome – jednak jakoś lżej, prawie na wolności. Dziwną panoramę tego wszystkiego mam pomimo złości poniedziałkowo-porannej.

Ta miłość. Ten Editorial. Wszystko przez te blogi.

Chyba żyjemy na tyle na ile kochamy.

Tyle z poniedziałku

Chyba wstałem lewą nogą. Sznur samochodów na Kieler Str. był bardziej niż codzień nieprzyjazny. W biurze ktoś stuka, ktoś się wydziera – to nie jest normalny poniedziałek.

Tak chciałem się poskarżyć. To tyle.

TrekEarth

A co! Pochwalę się. Otworzyłem konto na TrekEarth – zaczynam tradycyjnie: klasyką.

830 km

Czy 830 km od siebie to daleko? Raczej nie.

3/4

Na małych ulicach dużych i średnich miast zapada pomału zmrok. Tutaj wcześniej, gdzie indziej trochę później. Pomimo sumy wszystkich obaw i niepewności, zapalają się światła, na ulicach, w oknach.

Pamiętam jak staliśmy z Harrym przed domem w Novej Lesnej na całkiem świeżym śniegu który jakby specjalnie napadał na tę sylwestrową okazję, cienką, pięciocentymetrową warstwą dekoracyjną:

– Wiesz co? To będzie rok takich niesamowitych zwrotów akcji i takich wydarzeń, że nie potrafimy sobie tego nawet wyobrazić…

– Też tak myślę…

Zaczyna się jesień. No to jesteśmy w trzech czwartych.

No nie za bardzo …

No nie za bardzo coś mogę się zabrać do sklecenia własnej strony przez te ostatnie pięć lat. Wkrótce się przyłożę, obiecuję. Tymczasem jak mam coś nowego to tu podrzucam.

Pół roku albo cały albo tak albo nie …

Uświadomiłem sobie, że pomału dobiega pół roku jak mieszkam na Gutenberga. Być może i jeszcze trochę trzeba się będzie przygotować do okrągłej rocznicy emigracji.

A może nie trzeba będzie? (tu wielki uśmiech)

Optymizm w stylu CK …

Jesień idzie przez park. Kolejny z Ramonesów umarł. Liście żółkną.

Trochę przemijanie. Trochę melancholia. Trochę za dużo czasu spędzanego w pracy.

Codziennie jest jednak milion nowych spraw w naszych rękach. Może wieczorem włączę pejntszopa?

Nie pamiętam który to z cesarzy CK (a może pruskich) powiedział ale „(…) mówię Wam to są wspaniałe czasy, naprawdę mówię Wam to są wspaniałe czasy”.

Pytania zasadnicze …

Czy ja kiedyś wyjdę z biura?

… [2]

wczoraj wieczór mam otwarty balkon

i szklankę piwa zamęt lekki i łaskotanie;

w głowie plaża i wielki błękit pachnie delikatną burzą za oknem;

a samoloty latają coraz niżej;

co zrobię jutro?

być może pojadę

s21 na Schanze

trochę potęsknić;