Pełne koło …

Mogę z pełną odpowiedzialnością teraz powiedzieć, że nie ma już zielonegokota.

Dzięki Młodej i miłości, po półrocznej znajomości, zatoczyłem koło. Pełne koło.

Kim byśmy byli bez owej odrobiny szaleństwa?

 

 

 

Trawa wciąż jeszcze zielona …

Zmęczony podróźą Dębki-Hamburg wciskam się gdzieś w róg rzeczywistości biurowej tak by mnie nikt nie zauważał.

Głowa nie wie o czym myśli, czuję na brzuchu gorący ciężar. Wszystko w bardzo mocnym skosie. To takie proste i takie nagłe. Odrobina zastanowienia czy pisać o tym.

W większości istnieje lęk przed pierwszym spotkaniem irl. Obawa, że wyobrażenia rozminą się z rzeczywistością. Zdecydowanie problem zaczyna się kiedy obraz drugiej osoby przerasta wyobrażenie a odległość między nami jest niemała.

W głowie przelatują wersy z Maanamu: „Kiedyś tyle miałam w głowie na tak na nie zawsze odpowiedź (…) trawa wciąż jeszcze zielona moja miłość jest szalona”.

„Światem czasami trzeba potrząsnąć …”. Tak. Czasami nawet własnym światem.

O …

O tęsknocie nie sposób powiedzieć nic sensownego.

Angielska język, trudna język …

Nie macie nawet pojęcia ile jedna mała literka może zamieszania zrobić.

Tempo czasu …

Chronometr pyknie na dziesiątą. Znów czas uciekł. Kolejna płytka z odbitkami cyfrowymi z raw’ów. Dziś był Alster i Ratusz. Jutro lekki plecaczek i kierunek Dębki z tablicą „editorial party”. Ciekawe. Nowe, trzecie wcielenie koncepcji masowego irl’a (po ircu i digarcie).

Tym razem blogkomjunity, hm.

Wirtualność nie istnieje.

Mówię Wam.

Tylko osłoda …

Tyle rzeczy jest do zrobienia („wyśnienia, przeczytania, zrozumienia” – bodajże Rippelino). Nie będzie galeryjki już dzisiaj. Na osłodę nowa wrzutka z dzisiejszego polowania na wrześniowe zachodzące słońce oraz na St. Michel.

Obfocić czy opfocić (od focenie) …

Cisza, spokój. Zdjęcia skopiowane. Za mną półtora tysiąca kilometrów drogi z wypoczynku do pracy z przystankiem w domu. W następny weekend party editorialowe. W jeszcze następny międzynarodówka w Szczecinie.

Tyle miejsc. Tyle wyjazdów (a wszystko można obfocić).

Aha, no i miała być: wrzutka.

Spod ręki …

Jak?

Ścieżki na obszarze pięć razy większym z pięciokrotnie mniejszą ilością ludzi. Słońce i skała. Bezsilność i zapomnienie. Smak życia. Patos schowany w chusteczce jednorazowej do smarkania.

Dotyk ziemi i uśmiech.

Zdarza się Wam to?

Czasami?

4:3 …

Miękkie bity w oparciach foteli pogodzinach oraz outcafe. Odstress na tyle, że nawet nie trzeba tym razem do rana. Odstress na tyle, że nawet się nie chce kursywy.

Słoneczna plama oświetla wybieg dla aniołów.

Spojrzenie na świat poprzez kadr 4:3 – szerokokątny lub pod lupą. Spojrzenie na barwy które można kształtować, formować pogląd na jedyną słuszną wersję rzeczywistości.

Hm.

Idę zatem popróbować jak to działa na stromiźnie – blog zatem będzie (najprawdopodobniej) nieczynny przez najbliższe dwa tygodnie.

Ewentualnie może się dać skusić na małą przerwę w odpoczynku od onlajnu w jakiejś popradzkiej cafe?

Remont …

Remont a zatem zmieniliśmy piętro. Tymczasowo. Bardzo dobrze to wpływa na nastrój. Zwłaszcza, że okupujemy przyszłe pomieszczenia reprezentacyjne.

Pozostaje uzupełnić tylko i wyłącznie stan portfela o międzynarodowe środki płatnicze i właściwie wszystko genialnie będzie na swoim miejscu. Za wyjątkiem oczywiście tzw. realizacji planu (trochę to dawnym czasem pobrzmiewa).

Urok postawy roszczeniowej?

Zobaczymy …

Surrealistyczny poranek.

Ktoś powie, że ostry azbest …

Otwieram oczy i dopijam resztę piwa. Ciepłe już.

Dobrze, że powietrze się zmieniło. Kłuje w mostku.

Nowe Sytuacje.

Nie jestem pewny niczego i mam pewność wszystkiego.

Czasami trzeba. Po prostu trzeba. Bo to ostatni z dziewięciu żywotów kota.

Ścieżka. Cień. Skok.

Cieniolubną …

Jak mówię to się męczę.

Młoda kazała podlać kwiatka.

Zdecydowanie jestem rośliną cieniolubną.

Powiedzmy …

Powiedzmy, że prawie dosięgnięte.

Żeby się jeszcze ciut bardziej pracować chciało.

Tuż tuż …

Coś jest kawałek, tuż tuż za rogiem, na wyciągnięcie ręki. Bardzo pozytywne i otwarte. Rozwiązujące wiele spraw.

Nie mogę jednak tego dotknąć.

Nie umiem się ruszyć.

Ani o milimetr.

Plenizio na horyzoncie …

Trzydzieści stopni w spalinach to nie jest dobry pomysł. Do tego człowiek zwierzę kapryśne: gorąco źle, pada źle.

Dwie sprawy ratują ten stan rzeczy: można zawsze wrodzone lenistwo uzasadnić upałem oraz to, że piweczko smakuje bardzo bardzo*

Za oknem, na skrzyżowaniu, na wskutek przygrzania słoneczkiem, ilość arabskich awantur wzrosła niepomiernie. Cholerne tureckie wrzaski są głośniejsze od klaksonów.

Lato ma swoje i złe strony. Osy lecą do onego piweczka. Znacie jakiś sposób?

Żeby dziewczyny tutaj były ładniejsze i bardziej zadbane. Żeby arabstwo się tak nie darło i żeby było więcej parków.

Gianfranco Plenizio na winampofonie.

Góry na horyzoncie czasowym.

Kładę na parę rzeczy na które już dawno powinienem, będę spokojniejszy.

Trzeba posprzątać mieszkanie.

Pieprzony, zboczony czilaut.**

 

*kopirajt nie uiszczony jeszcze w kasie, ale chyba mloda mnie nie zabije 

**powstawiacie sobie sami emotki w odpowiednie miejsca?

Empatia nadwyrężona …

Niby na spacerze porannym było lepiej. Teraz jednak dalej jakiś cień się snuje.

Mam omamy albo jakąś empatię nadwyrężoną.

Co (innymi słowy) i tak wychodzi na to samo.

Coś nie tak …

Czy jak się budzę sam (i jeszcze do tego wstaję) przed budzikiem który jest ustawiony na szóstą rano to znaczy, że już bardzo ze mną źle?

Konste(rn)lacja …

Wzajemne „zapomnij o mnie”. Niełatwe. Niezrozumiane.

Taka dziwna konstelacja.

Czas leci jak oszalały. Przyzwyczajam się.

Myslovitz – Myslovitz (ale raczej a capella).

Spać nic więcej …

Wszyscy jacyś zwieszeni dzisiaj. Chyba, że coś mi się wydaje. Chyba jednak nie.

Lekkie deja vu …

Pod powiekami trochę piasek w powietrzu lato. Dzisiaj jakoś tak przerysowany jestem i to grubą kreską. Odkupię się poprzez pracę. Jeżeli dam radę.

Oranyrano …

Wszystkie moje ego są jednakowo spocone. Nieźle się ten dzień zapowiada. Wytopię pasywnie parę kilo.

Nie całkiem czilaut …

O tej porze z takim humorem to powinienem siedzieć na rogu (lub z braku tejże możliwości na Schanze) i być conajmniej w połowie czwartego piwa.

Miało być w tym tygodniu kompletnie bez używek. Oczyszczenie, czy coś, że niby.

Muszę jednak pić tę kawę jak jakiś pedał bo inaczej chyba bym już kompletnie ocipiał.

Na wodę nie mogę już patrzeć. Bo mnie mdli.

Przytrzymam się kubka …

Przed śniadaniem trochę sql’a. Jak na to patrzę to już mi się nawet nałogów odechciewa. Jedną nogą zaczynam być na urlopie – szkoda tylko, że przed nim, jeszcze jedna kobyła w terminarzu. To by było na tyle do kawki. Tak mało lirycznie.

Sto pięć godzin, dwadzieścia pięć minut.

4 …

Tasuję karty. Czwarty dzień i dziwnie mi jest. Antygrawitacja jakaś. W płucach – chociaż to pewnie subiektywne jeszcze – lżej. Tym razem te dwa tygodnie pędzą jak szalone. Mogłyby odrobinę zwolnić. Palce nerwowe na klawiaturze.

Po tygodniu będzie lepiej. Mam nadzieję.

Niedopisany ja …

Zgniło jakoś, mgławo i wilgotno. Przemykam. Gęsto w powietrzu. Czuję się jakiś niedopisany. Pracuję nad terminem.

Się nie …

Sobota na poniedziałek deadline. Nie kiwnąłem palcem. Mikrofala upieprzona jak nieboskie stworzenie w serze a ja drugi dzień rzucam fajki.

No przecież się nie pali, nie?

Znowu sobota …?

Nie kiwnę palcem, nie kiwnę palcem, nie kiwnę palcem.

Bloflesz …

Oldskulowe blogowanie różniło się przede wszystkim chyba tym, że występowało w postaci po kilka notek dziennie. To tyle. Tak z rana.

Kolory wizji …

Siedząc w „Po Godzinach” – widok na deptak zasłaniały szczyty rozłożystych parasoli części letniej – miałem do wyboru widok na niebo, niebieskie w Szczecinie na wyjazd w niedzielę jak na zawołanie, odbicie wewnątrz lokalu lub odbicie tego co ujrzałem przez dobre półtorej godziny w tej witrynie, tym razem od środka.

Niektórzy powiadają, że nie oglądają lub starają się nie oglądać na cień minionych brzmień.

Nie wierzę w to.

Zawsze jest tak, że jesteśmy sumą minionych, niewypowiedzianych wrażeń i chwil.

Nie ważne jak bardzo nas łudzi głos wewnętrzny, nakazujący pomyśleć, że oto biała kartka, punkt od którego nic nie ma tylko nasze nowe istnienie.

Im więcej kadrów tego filmu przeleciało w tej witrynie tym bardziej byłem pewien, że spojrzenie, owa obłudna czystość jest tylko i wyłącznie wypadkową, coraz bardziej wybalansowaną, niż oczyszczeniem, niż blaknącymi kartkami.

Proces myślowy czy raczej transcendencji, spłatał mi o tyle figla, że zablokował na jakiś czas przeświadczenie-wniosek, sumę tego filmu w witrynie, że moja pamięć odzyskuje kolory.

To chyba nie ta planeta …

Troszeczkę muszę dojść do siebie oraz do tego jaka to planeta. Koniecznie.

On the highway …

Big wheel keep on turnin’

Proud Mary keep on burnin’

And we’re rollin’ … rollin’ … rollin’

Rollin’ on the river …

p.s. tak już dzisiaj mam

A on mi na to: szajseweta …

Przeciągam się na krześle i odsuwam coraz bardziej na bok stertę notatek z której nic nie rozumiem. Jednocześnie myślę o tym jak łatwo jest upatrywać przyczynę własnego lenistwa względem kreacji w warunkach pogodowych. Patrzę na notki z dołu strony i zadziwiam się coraz bardziej tym kalejdoskopem.

A plany weekendowe nabierają coraz większego rozmachu.

HH 12:37 …

Dźwięki trendibiti roznoszą się po biurze. Miasto śpi w środku dnia. To jest chyba inna planeta klimatycznie (nie mówię tylko o meteo) – chyba jednak wystarczy tego narzekania na odmienność tutaj.

Idę zrobić następny dzbanek kawy.

Zamykam dłoń …

Ciemność. Przyjemna za oknem. Rozluźnienie w ramionach. Kilka rzeczy na liście której nie ma wraz z dystansem zmalało. Znikają na mojej rozpostartej dłoni. Dziwne lecz ciekawe. Zamykam dłoń. Dobranoc.

Dlaczego?

Nie chcę, żeby kolejny projekt wgniatał mnie w oparcie fotela – jednak chyba tak zaczyna się dziać. Właśnie. Pomimo nader interesującego weekendu, nie mogę jakoś o tym zapomnieć. Dlaczego? Przecież za oknem tak ślicznie deszczowo. Nostalgia jesieni tego lata sprzyja wolnym dryfom myśli a nie (niby) przyciskaniu kartek dokumentacji do czoła.

Dlaczego?

Źródłosłów sobota …

Leniwość dnia wolnego od pracy spowodowała marazm powszechny lub to znowu jesień tego lata. Pasywnie konsumuję zarówno pół kilograma mięsa na grill jak i zasoby sieci międzyludzkiej. W tym tykaniu zegara zaczynam znajdywać pewien drobny prześwit. Sprawdzę to…

Odwiedziny …

W oczach drugiej osoby miejsca inaczej nieco wyglądają. Tak samo poprzez pryzmat. Punkt spojrzenia może się stać wypadkową poglądów. Może nawet być innym uchwyceniem rzeczywistości w sytuacji kiedy jest to chwilowy lek na samotność.

Ile z tego się zmieni lub też na jak długo? Chwilowe zastanowienie w przyjemnym czerpaniu przyjemności bez przemyśleń.

Wadą jest to, że przy zbytnio długim przyglądaniom się owym miejscom, po prostu bolą nogi.

Kabaret …

Tak. Projekt. Baza danych na zasadzie pobożnych życzeń. Dane stąd i stamtąd i popraw. Porządnie (po raz pierwszy) przygotowana dokumentacja w sposób który mógłby satysfakcjonować wróżkę lub inną osobę parającą się zawodowo surrealizmem stosowanym. W dodatku wszystko to po niemiecku.

Kabaret. Przepraszam, musiałem ponarzekać.

Editorial …

Zamiast notki jeden drobny link: editorial.

Ka? …

– ka też nie?

– „ka”?

– ka? że co?

– nienie…

Nie będzie osobie. Nie będzie zbytnich wynurzeń.

Autorytety nazywają to epoką informacji. Dlaczego? Z braku możliwości uwiarygodnienia i sprzedania wszechobecnego szumu informacyjnego tak zwanym szerokim kręgom odbiorców? Czy tak naprawdę z braku wyznacznika współczesności czymś naprawdę konstruktywnym? Tak, wiem, Sieć jest wspaniałym wynalazkiem – o zgrozo pędzącym jednak w nieoczekiwanym, niepożądanym kierunku.

Dobra wiadomość to taka, że istnieją osoby (mam nadzieję) które nie chcą się poddać. Zła, że jest ich tak niewiele. Wiem, że wylano już sporo łez nad blogszumem – co dla mnie osobiście nie oznacza, że mogę nad tym przejść spokojnie do porządku dziennego.

Jaki powinien być przekaz w dobie masowego internetu?

Jak zbudować trwałą społeczność opartą o komunikację sieciową?

Jak oddać Słowu utracone miejsce na piedestale?

 

Nie zreedytuję …

Nie zreedytuję. Nie mogę się zebrać do pisania na papierze.

Dwie z trzech …

Rekonwalescencja przez pracę. Tak to mniej więcej dzisiaj wyglądało. Tak, że nawet zdziwiłem się, że zadziałało. Dlatego przez ten niewygodny, kanciasty fotel w autobusie tak zaokrąglam końcówki zdań.

Dwie z trzech sfer mają się dobrze. Trzecia mniej. Czyli tak dzisiaj prozaicznie. Ot co. Najwyżej się potem zreedytuję.

Szczecin, fotel, 15.30 …

Czytam recenzje tej samej książki w magazynie na tak zwanym poziomie (nie żeby brukowiec) i opisujący w telegraficznym skrócie obślinia się do granic możliwości z zachwytu. Czytam recenzję w drugim magazynie – nie na tak zwanym poziomie, bez uznania, lecz z zacięciem i bliskim subiektywnej prawdy: półtora na pięć możliwych punktów z gustownym opluciem w tle… czym jest ocena – sztuką porównań?

Czerwona wstążeczka …

Czerwona wstążeczka, trochę pognieciona bo kiedyś była kokardką.

Wyschnięty prawie na wiór kasztan z parku pełnego wieloletnich kroków.

Okazuje się, że rzeczy mają czasami większą duszę niż sprawy, są trwalsze. Ich egzystencja bardziej wyraźna niż wojny, dramaty i miłości. To co w nich osiada, zmienia barwę i swoją wagę – ale nie blaknie. Wspomnienia natomiast giną w impulsach codzienności – ale nie można przecież żyć wiecznie poprzednią kartką naszej historii.

Z materii bierze się duch i odwrotnie ją napędza – z kształtu energia – stąd ów przeciwstawny wertykalizm i równowaga.

A miało być o pierdołach.

Ezzo …

Ściemnia się, głodne źrenice skradają resztki światła. Nadchodzi letnia burza. Taka pozytywna. W przestrzeni przeskakują iskry – nie tylko te atmosferyczne.

Na magicznym stole wyobraźni leżą karty. Dwadzieścia dwie. Którą podnieść i zobaczyć ścieżkę siódmego miesiąca? Zaklęcia które uleciały gdzieś poprzez nieuwagę, wróciły na swoje miejsce – tuż pośrodek zwierciadła duszy.

Ezoteria atmosferyczna jest początkami lata. Nieprawda?

Kawa i typo …

Wracam do starych zwyczajów (bo mam końcu takie możliwości – czytaj: czas).

Zatem do porannej kawy proponuję trochę typo (koncept na nawigację i przeglądanie też niezgorszy)

Spleszyk …

Przechodziłem pewną industrialną ulicą poprzez dzielnicę Bahrenfeld. Wychodziło właśnie słońce wyraźnie rysując sylwetkę modernistycznej fabryki zaadaptowanej na biura.

W takich to właśnie momentach otwiera się okno w murze percepcji by pozwolić na dotknięcie niepoznanego.

Zatem i oto lekko nowa szata w (mam nadzieję) mniej depresyjnym klimacie wwitrynachodbicia.

Podobasię?

Czy to tylko złudzenie?

Echo kroków na kamiennych …

Echo kroków na kamiennych schodkach wąskich przejść na Blankenese. Trochę świeżości, trochę energii we mnie wstąpiło. Nie wyparło to jednak jakiegoś strasznego lenistwa które mnie ostatnio ogrania. Dziwne to i przyjemne zarazem.

Czuję jakby to była jesień. Czuję się przysypany jesiennymi liśćmi gdzieś pod jakimś drzewem wiadomości złego i dobrego. Czy przyjdzie się samemu z nich otrząsnąć czy też raczej ktoś mnie odkopie z tej sterty?

Przeglądam strony narracji życia, owych witryn’odbić gdzie egzystencja nakazuje produkować przejaw istnienia. Dawno tego nie robiłem, prawda – dlatego jest to takie zadziwiające, przypuszczam, że straciłem kontakt z onym rozpędzonym wirtualnym obłędem.

Inny punkt spojrzenia: ów skos, tylko z drugiej strony – pewnych spraw i zależności nie da się zawrzeć w geometrii. Łapię się na tym, że nerwowo, mimowolnie kontroluję wskazania zegara, pomimo nawet dni wolnych od pracy.

Jedyne czym się zajmuję to odmierzanie czasu, przedsięwzięciami nie prowadzącymi donikąd. Tak już kiedyś, bardzo dawno o tym napisałem, niezmiennie to wraca…

Coś wypadałoby z tym wszystkim zrobić, czyż nie?

Czyli dobranoc …

Miałbyć nowy spleszyk zamiast notatki. Nawet jest. Tylko za późno przeczytałem ogłoszenie o bieżących awariach na tzw. stronie głównej.

Czyli dobranoc…