Niezłomność
Dawno już tyle terminów i spraw nie zbiegło się tak bardzo w jednym czasie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pilność i pracowitość nakażą docenić tegoroczne, wydłużone, wolne w Święta.
Dlatego wczoraj, tak w okolicach północy (a może to było dzisiaj – trudno jednoznacznie ocenić taką porę) dotarło do mnie, że jakkolwiek się nie spieszymy, to zawsze powinniśmy znaleźć takie małe okienko w rzeczywistości, które pozwoli nam spojrzeć na kalejdoskop dni teraźniejszych z odrobiną wewnętrznego uśmiechu.
To chyba nazywa się fachowo: dążenie do niezłomności.
A tak między blogiem a prawdą to sam już nie wiem skąd mnie ostatnio taki chorobliwy optymizm naszedł. Hę, się pytam?
Na wszelki wypadek
Najgorszym możliwym odczuciem jest niemożność przypomnienia sobie kwestii która pojawiła się w zamęcie porannego umysłu tuż po obudzeniu a po której zostało tylko wspomnienie onej wielkości.
Miałem na wszelki wypadek przygotowaną tradycyjną litanię narzekań grudniowych, obejmującą: marketing przedświąteczny, terminy w bankach, dedlajny oraz pozostałe zło prywatnego świata.
Po krótkiej kalkulacji bez oszukactwa: zapasów pozytywnej energii po ostatnim weekendzie i krótkiego porównania z analogicznym czasem przedświątecznym sprzed dwunastu miesięcy, dochodzę do wniosku, że wypadałoby tegoroczny grudzień urządzić beznarzekaniowym.
Czego i Państwu życzę (z odrobiną dystansu do samych siebie i otaczającej rzeczywistości).
editspot
Nawet nie aż tak bardzo ciężki ten poniedziałek po intensywnym weekendzie w Poznaniu. Po złapaniu oddechu i przerefleksyjnieniu kilku wrażeń i odczuć, stwierdzam, że spotkanie editorialowe zdecydowanie ciekawsze niż dwa lata temu w tym samym miejscu. Może to kwestia smutków naotenczas osobistych i liczenia łapczywego chwil które wtedy mogłem spędzić z Promyczkiem? A może kwestia po prostu luźności ogólnej, niedefiniowalnej?
Na pewno znacznie lepiej to wypadło z wykwalifikowanym, miejscowym przewodnikiem (duże dzięksy dla Blogoli), niż jakieś włóczęgi na nosa po podejrzanych miejscach. Jednakże – jedyne co w lokalnej galaktyce niezmienne to ponadczasowość i uniwersalizm humanistyczny baru Jędruś.
Pomimo drobnego pecha ze spontanicznym wyciąganiem przedmiotów z kieszeni wraz z gubieniem ich to muszę powiedzieć, że obraz sobotniego setu Stacja/Stare Kino/Czytelnia ulega w mojej głowie bardzo szybkiej idealizacji.
Swoją drogą z żoną mamy szczęście ostatnio do jakiś starych domostw gdzie niekoniecznie wszystko w aurze tchnie radosnym ładunkiem.
Dużo fajnej mżawki i świateł a Rynek jakby ładniejszy niż dwa lata temu.
Przypomina mi się jak nucąc pod nosem ‘na placu obok dwóch krzyży‘ dziwię się, że Musierowicz wcale nie jest tak rozpoznawalną postacią jakby się to mogło wydawać.
Całkiem spora doza luzu z ładunkiem dla baterii na najbliższy czas.
Przecież w końcu o to czasami chodzi, prawda?
The Saints Are Coming
Charyzmatyczny wokal z wielce energetycznym zapleczem.
Dobre na słoneczny poranek. Dobre przed dzisiejszą podróżą.
U2 & Green Day – The Saints Are Coming (live), zapodajcie jeżeli macie gdzieś pod ręką
Dwa pozornie odległe skojarzenia
Ostatnio przyczepiło się do mnie hasło reklamowe, bodajże Komandora (chociaż nie jestem pewien – ale coś w tym stylu), świat rzeczy poukładanych. Doskonale chyba oddaje atmosferę tej długiej jesieni tego roku. Układamy wielką szafę naszych wszystkich spraw z osobna i wspólnie.
Swoją drogą nie przypuszczałem, że aż tak się zapatrzę w piątek nad Elbe na widok w stronę HTC, gdzie kiedyś znalazłem inspirację do pierwszej okładki bloga mojej przyszłej żony. Bardzo przyjemne wrażenie.
p.s. do negatywów natomiast mogę zaliczyć fakt, że zaczął mi smakować napój miętowo-jabłkowy; w życiu bym nie przypuszczał, że takie świństwo może być takie dobre, o tempora, o mores…
Dwa lata trzy miesiące
Dwa lata, trzy miesiące, ileśtam dni po poprzednim kadrze.
Mogę się założyć ze samym sobą, że styl mi się nieco zmienił
Z szuflady
Odrobinę inny state of mind na temat ujęcia z szuflady.
Czasoprzetwarzacz
Ostatnio mam czas zawalony wszelakim gromadzeniem i przetwarzaniem (w mniejszym lub większym stopniu) informacji różnych z najrozmaitszych dziedzin dotyczących pracy, otoczenia i całej reszty wszechświata. Taka chyba odrobinę znamienna pora, myślę. Rok temu w ramach eksperymentu zacząłem żyć z organizerem przy zegarku (tym komputerowym, nie naręcznym). Dzisiaj się oswajam z feedreaderem, który przejrzy blogi, wiadomości i sprawdzi cotampanie słychać w finansach.
Doświadczenie mnie odrobinę nauczyło i nie podchodzę już do tego z takim sceptycyzmem (a zainstaluję, zainstaluję, trochę pochodzi i wyrzucę).
Drugie zajęcie pochłaniające to przetwarzanie czasu. Kalkuluję możliwości poprzez oś czasu: spasowuję projekt w pracy, wydruk kwitów po godzinach, krótki wyjazd (ot tak sobie, potrzeba jest wysłania pracownika) do Hamburga, z powrotem wraz z czasem wolnym.
Uświadamiam sobie to na blogu.
To dobrze. To znaczy, że ten trend zabiegany tymczasowo ma się ku końcowi.
GreatNews
W końcu znalazłem coś co działa stabilnie i sprawnie nawet na modemie gprs a przy tym inteligentnie agreguje rss’y. Polecam: GreatNews (freeware).
:)
Wszystko wskazuje na to, że po drugiej turze wyborów prezydentem miasta zostanie Piotr Krzystek.
O!
Prawdę mówiąc to przydałaby się odrobina dłuższego wolnego. Nie tylko w zakładanym celu popracowania wałkiem malarskim w nowych wnętrzach. Po prostu, ogólnie.
Na horyzoncie wyciskanie rynku nieruchomości. To nie jest koniunktura; to jest psychoza pseudo-inwestycyjna.
O!
Kartka z pinezką
Generalnie rzecz biorąc, koniec listopada każdego roku jest przyczajony. Przyczajony – to chyba najlepsze określenie jakie przychodzi mi w tym momencie do głowy. W mgiełce miejskiego pejzażu czasami nie da rady odróżnić podobieństw od różnic.
Wraz z upływem czasu zmieniają się oczekiwania. Wzmaga się potrzeba komfortu. Zmniejsza się tolerancja na sytuacje kryzysowe. To powoduje jednak, że pojawia się coś na kształt zaplecza siły. Może to doświadczenie a może ludyczniej traktując, tylko zahartowanie.
To pewnie dlatego tramwaje o tej porze jeżdżą odrobinę głośniej niż rok temu.
Za miesiąc z chęcią przeczytam tę kartkę z bloga
Galleart
Fotorelacja z piątkowego wernisażu.
6 lat później
Tak jakoś naturalnie kojarzy mi się Kultu: ’6 lat później’.
//spokojnie
Okienko drobne w rzeczywistości. Wdech, wydech. Mam nadzieję, że to dobry zwiastun dzisiejszego dnia i punkt zwrotny trendu ostatnich dni z niemalże dwunastogodzinną szychtą.
Wszystko wskazuje na to, że w piątek o 18.00 w pubie Santorini przy ul. Tkackiej odbędzie się wernisaż pierwszej wystawy szczecińskich digartowiczów.
Temat poruszenia w nieruchomościach na razie staram się zręcznie ominąć.
Myślę, że te parę ścieżek należy uspokoić.
Przyjemnie…
Wszystko wskazuje na to, że moje dwie fotografie zakwalifikowały się na wystawę szczecińskiej sekcji digart.pl. Przyjemne to jest. Bardzo.
Tylko jak zrobić z 5 mpx odbitkę 30×40?
Nie ma kawy w biurze
Powraca natrętna teoria głosząca, że dzień powinien mieć 48 godzin. Rozpoczęcie pielgrzymek po bankach, agencjach nieruchomości i innych przybytkach obchodzących właśnie dionizje obfitości koniunkturalnej, wybrałem chyba w najmniej odpowiednim momencie czyli z rozpoczęciem miesiąca kiedy to na horyzoncie pojawia się dodatkowa kwitologia, ustalenia, telefony, prace oraz rozwalanie łazienki w której ilość tajemnic i zagadek jest wprost odwrotnie proporcjonalna do jej powierzchni (or sth like that).
Notabene dobre samopoczucie pośredników nieruchomości zaczyna wkraczać w obszary zarezerwowane jak dotąd dla państwowego handlu – tyle tylko, że z pewną dozą wyuczonej grzeczności. Przeczuwam jednak, że są to żniwa na ostatnich już liniach oporu na tym rynku.
Pomimo tego mój humor utrzymuje się, jakby to określić, w okolicach 78% skali satysfakcji, co wprowadza mnie w lekki stan płytkich refleksji.
Miarę powyższą mógłbym określić niemal na całkiem nieźle gdyby nie fakt, że od rana nie ma kawy w biurze, za co rzeczywistość dzisiaj dostaje ode mnie minus 20%.
Prawdziwe kolory
O najlepszej, podobno, porze do spisywania notatek, po takim podkręconym tempie dnia dzisiejszego, nie daję rady jednak związać myśli w dłuższy kontekst.
Poza porą roku na północnym niebie rysują się głębokie kolory.
Delikatny dźwięk grzmotu.
Klony
Śnieg na zielonych jeszcze liściach klonów Westendu robi niesamowite wrażenie.
Piszę Westend bo ani to jeszcze Śródmieście ani to już Łękno.
061101
Dzisiejsze święto poprzez odrobinę inny pryzmat. Ciekawa jest zwłaszcza wyszukiwarka.
Czysto użytkowo, bez żadnych podtekstów.
Woda jaka jest …
Obserwuję jak panowie chodzą pomiędzy piętrami. Puszczają wodę, skuwają to kawałeczek w jednym miejscu to odrobinę w drugim. Snują swoje przypuszczenia na temat domniemanych wędrówek wody pod kafelkami. W miarę łagodny sposób sugerują od czego należałoby zacząć demolkę żeby prawdę wydobyć na wierzch.
Wychodzi na to, że ilu fachowców tyle opinii a szczegółów można tylko dociec, drążąc pole eksploatacji dosłownie.
Najwyższa pora na większe przemyślenia natury egzystencjalno-metafizycznej.
Licha
Deprymujące nieco, przyznaję, są coraz to ciemniejsze poranki tygodnia roboczego. Po dzisiejszym wstawaniu mogę nawet stwierdzić, że zdecydowanie bardziej demotywująco to działa niż długie wieczory i wczesny zmierzch. Atawizm to jakiś czy inne licho?
Będac już przy lichach: dzięki takiej a nie innej kondycji instalacji pionu głównego i sąsiadce z dołu zaznajamiam się z pogotowiem spółdzielczym. Typowaliśmy werdykt odroczony jako, że wszystko wskazywało raczej na natręctwo starszej pani – jednakże upór rzeczonej okazuje się być nie do przejścia. Panowie specjaliści mają to obejrzeć dzisiaj, ehh…
Conieco
Nawiasem mówiąc to załapuję nawyki od żony o które nigdy bym się nie podejrzewał. Nigdy – znaczy oczywiście – do tej pory. Mija spokojnie północ i coraz natrętniej zaczynam marzyć o jakimś małym conieco
Po prostu żeby
Żeby tylko czasami było na wszystko trochę więcej czasu. To jest na pewno mój największy deficyt ostatnich dni. Co i zapewne po notkach tutaj widać.
Mlask
Przyznam, że trochę się zagrzebałem w dużym sklepie online. No może nie tyle dużym co mającym być elastycznym (dlaczego kojarzy mi się to ze ‘wszystko mającym’?). Zanurzyłem się w tych obiektach CGI i implementacji tegoż na ISAPI (czyż nie lepiej by brzmiało: ‘na plexa’, tudzież ‘plexi’?) która okazuje się niczego nie wymaga, zanurzyłem się na tyle, że zdaję się, że nie zauważam pewnych ciekawości dziejących się wokoło mnie.
Na digarcie mocna akcja pod nazwą lokalnej wystawy, trzymam kciuki, może coś ciekawego z tego wyjdzie. Jeżeli nie wyjdzie to i tak przyjemny jest fakt, że komuś coś się jeszcze chce o tej dekadenckiej porze roku (czy też tam wieku, whatever).
Telewizor niepubliczny lansuje postawy niezgodne z wytycznymi rządowymi, generalnie poważam to wielce, a zwracam uwagę na samą atrakcyjność rozmów z np. pierwszym policjantem nowych rzeczypospolitych przy którym cała późniejsza plejada blednie niczym ciuchy wyprane w środku chemicznym który nie jest reklamowany.
Zbliżają się wybory samorządowe i na rynkach inwestycyjnych niektórzy grzeją spektakularne finały a co niektóre elektoraty trzymają kciuki za efekt sprężyny, nawet bardzo. Ciekawa późna jesień tu i ówdzie się szykuje a i wiosna także.
Mlask. Tak nawiasem i na koniec; blogów czytam ostatnio mało ale swoją drogą zwyczaj umieszczania blogroll’a w innym blogu zwanym niejednokrotnie linkowiskiem (o, fuu) to zakrawa na jakieś zdziczenie obyczajów.
media&ctrl
Fotka z pewnej wieczornej sesji, niektórzy dopatrują się związków ze ‘Samotnością w Sieci’.
Papier jest cierpliwy
Po wczorajszych porządkach w papierzyskach, pomijając ilość rzeczywiście zbędnej makulatury niewiadomego pochodzenia, nie mogę wyjść z podziwu w jakim stopniu istnienie pojedyńczego osobnika, powoduje generowanie nie kończącej się lawiny dokumentów, popularnie zwanych kwitami.
Mając za główny cel: ład i porządek jaki powinien przyświecać zalegalizowanej komórce społecznej, wraziliśmy wszystko co nasze w jeden wielki segregator który stał się momentalnie dość pokaźnym tomiszczem.
Patrząc na te ilości papieru, zacząłem się poważnie zastanawiać jak regularnym śledzeniem przepisów w zakresie co, z jakiego gatunku i przez ile czasu należy przetrzymywać w domowym archiwum. Człowiek, jak wynika z krótkiego podsumowania musi mieć opieczętowany dowód na to, że się urodził, uregulował wpłaty, mieszka i na jakiej podstawie, zawarł związek małżeński, próbował się w życiu czegoś nauczyć, pracował w takich a nie innych miejscach i nawet przydatne jest posiadanie stwierdzenia, że czasami bywał chory a generalnie to jest zdrowy na ciele i umyśle.
Stany powyższe, niektóre permanentne, niektóre bardziej chwilowe, archiwizowane, mają to do siebie, że największym problemem przy okresowym segregowaniu okazuje się być gradacja czyli rozterka duchowa polegająca na tym którą koszulkę dać tak bardziej z przodu a którą spokojnie można zakopać na samym, szarym końcu.
Metr kwadratowy
Rzeczą która mnie ostatnio wprawia w największe zdumienie jest galopada cen nieruchomości które niemalże we wszystkich większych miastach zaczynają osiągać astronomiczne wysokości za metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej. Trudno to odnosić w rządowym kontekście poprawy kondycji polskiej gospodarki jeżeli pod uwagę weźmie się fakt, że od startu naszego kraju w Unii Europejskiej, szacuje się, że napływ gotówki od rodaków pracujących poza naszymi granicami sięgnął około 10 miliardów euro. Jasne się w tym momencie staje, że apetyty idą w parze z popytem i z coraz większą dostępnością kredytów hipotecznych a podaż krajowa za tym nie nadąża.
Coraz bardziej zaciekawiony wzrok zaczynamy kierować na budownictwo międzywojenne tudzież na urokliwość adaptacji poddaszy
Treściwość
Pomijając niezbyt ciekawy spadek ciśnienia i mocne wejście właściwej jesieni to z dzisiejszych przypowieści o życiu płynie dla mnie jeden morał: człowiek który jest bardzo najedzony to jest zdecydowanie bardziej spokojny. Leniwy także – ale to już zupełnie inna historia. Widocznie jestem znacznie bardziej prosty niż by to z odbicia w lustrze wynikało.
Kilolinie
Wśród niektórych programistów jest taka moda, żeby mierzyć skalę przedwsięzięcia w ilości linii kodu źródłowego czy też raczej w kiloliniach (od tysięcy). Przez jakiś czas wydawało mi się to również ciekawą zabawką, zwłaszcza, że odpowiednie narzędzie błyskawicznie samo przegląda foldery projektu i zlicza puste linie, komentarze oraz mięsko. Jednakże wraz ze zbliżaniem się do granicy 10 kilolinii na projekt jakoś coraz mniej mnie to ekscytuje.
Pewnym radosnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie w ulubionym edytorze widoku drzewka procedur działającego i dla ASP i dla Perl’a. Coś mi się wydaje, że zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczę na lenistwo w weekend, bo jakoś już tak jedną nogą w nim jestem
Wolne kolory
Słońce miękko maluje barwy wczesnej jesieni, nachodzi mnie ochota wyjść zza tych monitorów, złapać trochę kolorów i mgiełek porannych. Koniecznie.
Dziwię się, że o takiej porze roku tyle osób jakoś rozłazi się w szwach. Dziwne. Jesień, jakby to brzydko powiedzieć, semantycznie jest porą niby nieciekawą ale (subiektywnie) potrafi dostarczać siły i uroku. Dziwne to jest.
A kompletnie nawiasem: w telewizorze, w jakimś programie gadanym Masłowska objawiła się jako osoba nie potrafiąca sklecić w miarę składnego zdania; nie przekonuje mnie, że takie to prawo artystów, bujać w obłokach – bądź co bądź to literatura, podobno…
iksfajlsy
Wieczorem na plac podjeżdżają bezwykopowe remonty sieci (czy jakoś tak), Promyczek zauważa, że:
– popatrz, oni zawsze podjeżdżają w to samo miejsce;
– hmm…
– ja wiem, oni przyjeżdżają karmić białym serem tego potwora w kanałach!
…za duże stężenie iksfajlsów w otoczeniu napaduje moją żonę i ja też czuję, że mnie pomału bierze
p.s.: tak się przyglądam ukradkiem i oni pakują ten ser jakąś rurą do środka, znaczy temu potworu
Tak bardziej lokalnie
Poniedziałek przemyka w iście kalejdoskopowym tempie.
Odrobinę zza węgła obserwuję pierwsze poczynania lokalnych kandydatów na fotel prezydenta miasta Szczecina. Tutaj muszę przyznać, że o ile rejony polityki sejmowej i okolic dosyć mało mnie interesują (może prócz co ciekawszych kawałków ordynacji podatkowej) to w zakresie pojmowanym terminem samorząd, jestem zdecydowanie bliższy okresowym skokom ciśnienia.
Wygląda to dosyć nieciekawie i rozdrobniale zbytnio – jak dla mnie. Jest pan z tzw. lewicy, el commendante ubiegający się o reelekcję, pani bezpartyjna z blachą obecnie nam partii wiodącej oraz jedyny (jak dla mnie) sensowny kandydat, który jednak nawet na bilbordach nie wygląda charakterystycznie – czyli po prostu medialnie: słabo.
Najbardziej ciekaw jestem przy okazji całej tej imprezy, jaka będzie frekwencja wyborcza?
Przeluźnie
Kulam się z laptopem po wyrku rozkoszując się przeluźną niedzielą. Nie ma mowy żeby cokolwiek mnie zmusiło do pracy jakowejś dodatkowej bo po ostatnim tygodniu jedyne czego pragnę to właśnie tylko kulać się i nic więcej.
Zastanawiam się tylko czy Promyczek miałby szanse na pokojową nagrodę Nobla za koncepcję osobistych wunderbaumów przywieszanych w specyficznym miejscu w celu zminimalizowania nieakceptowalnych społecznie efektów trawienia.
Mogę tylko dodać, że mogę wybrać zapach: leśny albo morska bryza.
Naprawdę przeluźna niedziela, naprawdę…
Niekapek
Poranne mnie naszło zastanowienie, patrząc na zapełnienie się lodówki na wskutek wczorajszej tradycyjnej wycieczki hipermarketowej: nie będąc szczególnie od komercji uzależniony (bo mogę powiedzieć, że dłużej niż pół godziny bez bólu głowy wytrzymuję tylko w jednym jedynym sklepie), zawsze mnie cieszy po takiej rundce widok wypakowanych zapasów na najbliższy tydzień. Ogólnie i oględnie można powiedzieć, że powrót do domu i usypywanie stosu produktów jest pewnym sacrum w naszym domu.
Czy to jest pewien atawizm człowieka pierwotnego, dobre samopoczucie wynikające z faktu zapełnienia spiżarni?
Poszukując określeń na pewne stany, chciałbym napisać ‘ducha’, ukuliśmy z żoną wczoraj na poczekaniu krótką przyszłościową wizję radosnego tańca plemiennego razem z potomkiem wokół zapasów połączonego z euforyczną radością wynikającą np. z zakupu soku z zakrętką typu niekapek.
Tłumaczę sobie, że w prostocie i dobrym prymitywiźmie jest piękno oraz geniusz i wiem, że nakreślonymi poglądami wyrażam zdecydowanie niemodne w stosunku do aktualnych trendów, stanowisko.
Dużo skrótów
Mieszam w tyglu ODBC: SQLite z Accessem i MySQL’em, transportuje przez ISAPI Perl i ASP i od tego wszystkiego robię się wiecznie głodny.
Od sfiksowania kompletnego (bo jestem przy interfejsie lokalnym do tej zupy w Perl/Tk) ratuje mnie zbieranie kasztanów. Czuję, że to może stać się moim nowym hobby, przynajmniej sezonowym.
Dzisiaj czeka nas jeszcze w kolejce urząd miejski ale za to w sobotę będziemy mogli odprężyć się w hipermarkecie. Siakoś tak dzisiaj niepoważnie czuję się. Zapewne przez tę plątaninę skrótów i technik.
060927
Poza tym, że bardzo mocno dzisiaj zainspirowałem się SQLite’m to chyba żadnej, w miarę zwięzłej myśli nie jestem w stanie sformułować.
Ten tydzień jest na jakiś wybitnie wysokich obrotach – albo to taka pora na różne akcje się zbliża.
Cały czas mi się wydaje, że jest o jeden dzień wcześniej.
Notatki na okładce
Kiedy wyrzucam nadmiar słów ze swojego słownika to mam wrażenie, że zdania stają się dłuższe. Czasami, obojętnie czy to sprawy zawodowe, czy też obserwacja relacji między ludźmi, zastanawiam się jak bardzo musi być opakowany przekaz, żeby nosił znamiona powszechnie akceptowalnego.
Kiedy słyszę na ulicy dialog pomiędzy ojcem i synem którego transkrypcja na potrzeby telewizji publicznej przypomina nadawanie alfabetem Morse’a, zastanawiam się jaka przepaść dzieli język współczesnej reklamy korporacyjnej i coś co przypomina mittelklasse penner slang.
Coraz większy kontrast – wniosek mało rewelacyjny. Popijam sok pomarańczowy i myślę jak się zmieścić pomiędzy nadmiarem nic nie wnoszących słów, ciszą i treścią życia, nachalną komunikacją wizualną a słowem które samo się ciśnie na usta kiedy człowiek uderzy się w palec.
Notatki na marginesie
Staram się wynotowywać w pamięci sprawy aktualne ze wszystkich możliwych frontów działalności. Okazuje się to być wraz z upływem czasu coraz łatwiejsze. Zastanawiam się czy to ilość rzeczy ma taki korzystny wpływ czy też budowany spokój powoduje, że jest łatwiej.
Biorąc pod uwagę, że brak pośpiechu, praca nad stresem i praca nad podejściem do kwestii które po bliższym przyjrzeniu okazują się być warte mniej zachodu niż pierwotnie by się to wydawało, dochodzę do wniosku, że powodem napięć, częstokroć jest zawyżona waga problemu, złe jego sformułowanie lub po prostu błąd logiczny.
O ile w przypadku konstruowania projektu, powyższe wydaje się być truizmem – chociaż wcale nie tak bardzo rozpowszechnionym, jakby mogło się wydawać – to patrząc na statystykę relacji międzyludzkich w dzisiejszych czasach, wydaje mi się, że pewna elementarna analiza semantyczna, wpłynęłaby znacząco na poprawę kilku sfer życia.
p.s. i, pardąsik, wywód powyższy nie powstał po szoku jakiego doznałem patrząc na liczbę gejowskich blogów w kategorii ‘męski punkt widzenia’
Późne Lato
Spokojny sobotni poranek, inwentaryzacja lodówki, w głośnikach Wczesna Jesień (brzmi jak Jane’s Addiction ale staram się przekonać żonę, że nie zmierźlę, no bo niezłe jest, nawet jak na Hey’a), odrobinę nieadekwatnie do pory panującej za oknem, ale co tam.
Zmogłem się z przemyśleniami na temat projektu odziedziczonego w spadku po pewnym fanie rozwiązań open-source’owych który jest od pół roku niedostępny i nie może klientowi wykonać kilku poprawek. Patrząc na stopień zamotania jego dzieła, dochodzę do wniosku, że być może szybciej i łatwiej (a na pewno na przyszłość: lepiej), byłoby to napisać od początku.
Jak dobrze, że moim największym zmartwieniem na dzisiaj jest smaczny obiadek
Rozrzut?
Koszmar tworzenia dokumentacji do rozległego projektu tworzonego spontanicznie i częstokroć w pośpiechu każe mi się zapatrzeć w zieleń drzew dzielnicy zwanej kiedyś Westend.
Niechęć mnie nachodzi gdy patrzę na trywialność która ostatnio wyziera z różnych kątów. W podejściu osób do spraw zawodowych, w przepychankach jakie serwują media, w powierzchowności niektórych lansów (taak, wbrew pozorom do lansu trza balansu jak wyczytałem kiedyś na jakimś murze). W powierzchowności czasami codziennej.
Ciekawy jestem sobotniego szczecińskiego spotkania digartowego. Pojawiło się dużo świeżych osób w komjunity a i sam serwis zmienił się dość mocno. Ciekawy jestem niektórych sytuacji wynikających z różnic wieku.
Zaległości ponownie mało humanistyczne się okazują. Łypnąłem ciekawym okiem na MySQL Stored Procedure Programming. Po instalacji ActivePerl’a 5.8 build 819 i zbiorczej aktualizacji pakietów poprzez nowy ppm, system popadł w stany prawie agonalne.
I jeszcze trochę i mieszkanie trzeba będzie kupić.
Patrzę na to co powyżej i zastanawiam się czy czasami za dużego rozrzutu nie stosuję. Może to tylko skłonność do meteopatii skutkuje takim wybazgroleniem lużnego kalejdoskopu myśli.
Ekranizacja ‘Samotności w Sieci’
W leniwą niedzielę niespodziewanie spontanicznie wybraliśmy się na jedną z najbardziej gorących premier kinowych tego roku. Piszę, że niespodziewanie, ponieważ niejakim manewrem wyprzedzającym (-Skarbuś, które miejsca?) udało mi się odkryć u mojej żony wewnętrzne przekonanie, że jednak na ‘Samotność w Sieci’ iść bardzo chce.
Pierwsze wrażenie, pierwszy kwadrans: zaskakująco dobrze, energiczny montaż, główna para aktorów nie taka zła jakby się na pozór wydawało, motyw muzyczny przewijający się we wszystkich trailerach, wciągający dzięki oprawieniu w wielkomiejski breakbeat.
Dalej jest nieco gorzej: minuta dla Kukiza pokazuje jak dobrze można rolę zagrać czyli pożądana niedostępność głównego bohatera nie wychodzi Chyrze za dobrze (chociaż znawczyni powieści twierdzi, że tak – zatem zmierźlę). Odbiór erotyzmu Cieleckiej oceniam na wrażenia jakie na mnie wywierają kurczaki w chłodni. Motyw z breakbeatem zastępuje motyw tenże sam ale wyprany z podkładu rytmicznego raczej nuży niż tworzy klimat. Zdjęcia z Nowego Orleanu robią wrażenie kręconych w pośpiechu a kto nie przeczytał ten nie połapie się w niejasnych na ekranie dygresjach i retrospekcjach.
Na plus mogę napisać natomiast świetne niemieckie ujęcia miasta i biur. Obojętnie czy to szeroki kąt w plenerze z loftem głównego bohatera, odhumanizowana architektura instytutu naukowego czy brud niemieckich okolic okołokolejowych. Wszystko to jest świetne – tak jak i smaczki z autorem w roli epizodycznej acz ważnej (nie będą zdradzał więcej – bo to pod koniec tak bardziej jest).
Scenariusz, czy to w nowym wydaniu zakończenia, w moim odczuciu bardziej otwartego i mniej nachalnego, czy w pewnej, nieco odmiennej, kolejności chronologicznej, sprawia bardzo korzystne wrażenie. Zasługa to chyba Adamka, że wycisnął z Wiśniewskiego, nieco więcej szlifu, niż było tegoż w pierwotnej powieści.
Szedłem na ten film z nastawieniem, że zapewne rozczaruje mnie. Wrażenie końcowe jest takie, że nie zachwyca ale zaskakuje pozytywnie. Nawet zmierzlucha.
Podsumowywując: jeden z nielicznych versusów gdzie wychodzi na jeden-do-zera na rzecz filmu (werdykt nie ma zastosowania w przypadku fanów powieści)
Sławkowski Szczyt
Sławkowski Szczyt, 20.08.2006
Wstajemy na tyle wcześnie na ile jest to możliwe na pierwszym mocno górskim urlopie – o ile mnie pamięć nie myli to odrobinę przed siódmą. Po krótkiej podróży elektriczką do Starego Smokovca, z zapasami niezbędnymi na cały dzień (dieta złożona z kawy, wody mineralnej nieznanej bliżej marki, materiałów na kanapki oraz sznikersów) omijamy dolną stację brudnawej kolejki na Hrebienok i staramy się na pierwszych metrach nie utonąć we własnym pocie.
Mniej niż godzina drogi i wygrzebujemy się na rozdroże z Magistralką. Tabliczka oznajmia, że do celu naszej dzisiejszej wędrówki pozostały cztery godziny plus kwadrans.
Przyjemnym trawersem z coraz szerszymi widokami wychodzimy na balkonik zwanym Slavkovską Vyhliadką. Pierwsze pół kilometra w pionie za nami. Pozostał cały jeden i seria nudnych jak flaki zakosów w kosodrzewinie.
Przez Łomnicę przetaczają się chmury. Jest bardzo cicho, może nawet zbyt cicho. Z zakrętów nad Velką Studeną Doliną wyłaniają się coraz szersze panoramy. Monotonię kosówki przerywa nam wyjście na nietrudny ale mocno napowietrzny fragment graniówki.
Trawers pod turnią zwaną Nosem bądź też Królewskim Nosem, wyprowadza nas na niewyraźną przełączkę na 2300. Przed nami sypkie, ostatnie 150 metrów pionu, spokojne, zdecydowanie wolniejsze podejście i po 13.00 wychodzimy na niezbyt zatłoczony szczyt (2454 mnpm) Sławkowskiego.
Warunki są wręcz idealne, panuje cisza jak przed odległą burzą. Niższa temperatura daje się bardziej we znaki akumulatorom od aparatu które musimy trochę rozgrzać niż nam. Brak awanturniczych rodzin oraz ogólny klimat panujący w miejscach takich jak szczyt Sławkowskiego dodaje całości uroku.
Panorama zamknięta Łomnicą na wschodzie i Gerlachem na zachodzie jest obiektywnie jedną z najwspanialszych w całych Tatrach. Widok na południe, obejmujący cały Spisz, Niżne Tatry, Góry Lewockie, Słowacki Raj i dalsze, trudniejsze do zidentyfikowania plany – z racji specyficznego położenia w bezpośrednim sąsiedztwie (tyle, że dwa kilometry niżej) kotliny Popradu – unikatowy w tej części Europy.
Rozkładamy zaimprowizowany, a jakże, obrusik na skale. Żona przyrządza kanapki ze słowackim przysmakiem: nacierką czosnkową. Spędzamy ponad godzinę na szczycie. Dobrze potraktowane akumulatorki pozwalają na serię około czterdziestu zdjęć.
2454 mnpm: jakkolwiek daleki jestem od mierzenia gór centymetrem to na pewno jest coś co każdy pamięta przez całe życie, nawet wtedy gdy wysokości wraz z kolejnymi szczytami w innych, wyższych górach, cały czas rosną. Jest to pierwszy duży szczyt mojej żony a zarazem debiut w turniach. Może właśnie dlatego przychodzi nam do głowy myśl o magicznej granicy 3000 mnpm – w Alpach…
Z takich miejsc nie chce się po prostu schodzić – a przed nami pięć godzin zejścia z perspektywą zabójczych zakosów w kosodrzewinie z wielkimi głazami. (Nie tylko) kolana będą długo wspominać to zejście.
Czas i przepływ
Czasami się zastanawiam jak to jest, że rzeczy które wymagają organizacji myśli, zbadania sekwencyjności itepe nie jestem w stanie ułożyć za pomocą mediów digitalnych. Musi być papier i coś do pisania. Inaczej nie umiem.
Co dziwniejsze powyższa uwaga nie odnosi się do organizacji czasu, którego nie umiem zapisywać w kalendarzu, niezbędnym okazuje się być organizer w komputerze.
Przepływ informacji tradycyjny a czas zdigitalizowany?
O co w tym chodzi?
Pseudorefleksja nt. powieści kultowej
Po długim niewczasie przeczytałem. Wersję jak najbardziej papierową. Zgodnie ze wskazówkami żony: w łóżku
Opowieść jest o tym, że facet ma tzw. wszystko, po czym w Sieci napotyka kobietę i piszą do siebie popadając w zauroczenie. Następuje ciąg retrospekcji oraz innych anegdot i rzeczeni spotykają się na tle usilnie udramatyzowanych przez autora wydarzeń fabularnych. Następuje łzawiące zakończenie. Zdarza się.
Nie przeczę, że jest to powieść ważna. I osobiście dla nas i zapewne dla wielu czytelników. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to książka ważna w najnowszej historii literatury polskiej.
Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak niektóre zdania-perełki z przestrzenii beletrystycznej potrafią zadziwić i wpłynąć kojąco na czytelnika i uczynić ich autorów wartymi piedestału, nie bacząc na resztę ich twórczości – to niektóre konstrukcje w katowanym utworze powodują u mnie paroksyzm śmiechu. Nawet wtedy gdy podchodzę do lektury z nieudawanym i niewymuszonym namaszczeniem.
Mój problem polega na tym, że słabo percepuję opowieść która w zawiązaniu akcji odpowiada fragmentowi żony i mojego życia – a finał obliczony na dramat nie odpowiada. Nie odpowiada ani temu co z naszym życiem zrobiliśmy ani konkluzja płynąca z historii też nie odpowiada.
Myślę, że w blogosferze nie muszę podawać tytułu onego dzieła
W kwestii wyjaśnienia nagłego napadu pseudorefleksyjności: musiałem to przepchnąć przez te kilka zdań pisanych tutaj żeby po prostu umieć to nazwać. Znacznie więcej obrazów znajduję ostatnim czasem u siebie niż słów na opisanie relacji z otoczeniem.
I żeby nie dostać obiadu
spl51
Patrząc na bloga mojej żony doszedłem do wniosku, że jestem daleko do tyłu i postanowiłem skorzystać z ostatniego badania opinii publicznej i przerobić teatr ziemi na okładkę. Im dłużej na to patrzę tym większego smaka mam na odbitkę tego w naprawdę dużym formacie.
Teatr Ziemi
Powiadają, że jeden obraz czasami jest więcej warty niż tysiąc słów.
Sobota
Telewizor katuje jakąś artystowską kupą a ja się dzisiaj zastanawiałem w sklepie nad zakupem anteny pokojowej.
Obyczajem sobotnim szanującej się rodziny udaliśmy się do hipermarketu by wypełnić możliwie maksymalnie koszyk dobrami konsumpcyjnymi.
Przede wszystkim chyba, że się tak kolokwialnie wyrażę, chyba za bardzo offowo nam jedzie z facjat bo z pustym koszykiem nie chciała nas zaczepić żadna promocja, nawet taka z kulawą nogą. W miarę postępu zapełniania było coraz lepiej. Ergo: nie jesteśmy straceni dla świata konsumpcji.
Co do rzeczonego wymiaru rewelacyjnych cen to nieźle nam się wydłużyły miny przy cenach kawy: te z półek nijak się miały do wskazań czytnika kodów kreskowych. Raczej szczerze wątpię żeby było to spowodowane stricte burdelem na półkach.
Dzisiejszej notce przygrywa The Clash – Lost In Supermarket, jak zresztą każdej wyprawie do sklepów wielkopowierzchniowych. Tak, mam takie marzenie: dorwać się do radiowęzła w takim miejscu i puścić to żądnym towarów konsumentom
Ćwiczenia z kultury weekendu
Weekend w Międzyzdrojach to maksymalny wymiar czasu jaki można spędzić w takim miejscu. Z pozoru niby już jest po sezonie ale jednak dwa dni w miejscowości większej niż wioska rybacka to wystarczający odpoczynek. Inna sprawa, że to była bardzo ciekawa opcja z zaprzyjaźnioną ekipą na spędzenie trzydziestych urodzin.
Dni robocze tego tygodnia są nieco wydłużone. Spraw coraz więcej: szykuje się i dzieje się pracowity wrzesień. To jakiś dziwny przykład perpetuum ale im więcej zadań tym więcej mam energii.
Zupełnie z innej beczki: konstatuję sarkatycznie, że wkrótce przyjdzie taki czas kiedy każdy polityk, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej będzie posiadał bloga lub coś na jego kształt i podobieństwo.
W mediach batalia o mundurki w szkołach. Nagłówki newsów generalnie nie zmieniają się już chyba od dłuższego czasu. Zresztą nie wyobrażam sobie dalszej ewolucji w dziedzinie pogonii za sensacją. Po prostu wybieram twarożek mojej żony – jeżeli tą odległą metaforą mogę ten szum podsumować.
p.s. twarożek – rewelacja