6:34
Cegiełki spraw układają się spokojnie w ładną, spójną budowlę. Telefon, notatnik, email. Wszystko jest na swoich miejscach – dawno już tak nie było. Nic tylko zagrać na zwyżkę tej jesieni.
Czy ktoś wie jak można załatwić na weekend odrobinę słońca i wyższej temperatury? Zapowiada się nam krótki, ogólnie ciekawy wyjazd – ale choć trochę lata na plaży też by się przydało.
Na marginesie, pragnąłbym zauważyć, że nienormalnym jest żebyśmy się otwierali oczy na pół godziny przed budzikiem. To jest skandal, że można być tak ekstremalnie wypoczętym!
Coś na kształt afterki
Outlook uporządkowany, część zamieciona na szybko – ale nie pod dywan, część porozkładana już w organizerze. Obawiałem się nieco większego wstrząsu pourlopowego. A może się po prostu uodporniłem na pewne rzeczy?
Coraz bardziej nie rozumiem i nagłówków newsów i postaci w nich występujących. Może to i dobrze. Nie mam ciśnienia na zapamiętywanie ksywek rzekomych i prawdziwych, tajnych współpracowników byłych służb, byłego systemu. Z drugiej jednak strony zaczynam mieć małą chrapkę na kablówkę z jakimś podstawowym zestawem kanałów, tak około dziesięciu. Jeden jedyny w naszym odbiorniku chyba pomału mnie zaczyna nudzić. Czy to jakiś symptom małżeński?
Lepiej będzie jak potraktuję to jako bodziec motywacyjny w jesiennej walce o nasze własne, jak największe, mieszkanie
Z rzeczy bardziej rewolucyjnych: przeczytałem ostatnio (a nawet wczoraj) papierową książkę. Rzeźnia numer 5. Zdarza się.
Zatytułowałbym tę notkę obrzydliwie, coś jak ‘po urlopie’ ale postanowiłem w sposób postępujący nie radykalizować swoich poglądów.
Czego w nadchodzącym nowym roku szkolnym i Państwu życzę
Skrajne Solisko
18.08.2006
Nad Szczyrbskim Plesem jemy na ławce śniadanie złożone z różnorakich wypieków z miejscowych potravin – co okazuje się wkrótce być błędem kalorycznym.
Podążamy magistralką na zachód w kierunku Krywania, około pół godziny do wylotu doliny Furkotnej. Podążamy to dosyć dobre określenie: żona nadaje tempo – bo inaczej się męczy, ja się wlekę bo też się męczę.
Sytuacja pogarsza się kiedy skręcamy w dolinę, podejście staje się mozolne, zaczynam poważnie odstawać od małżonki i zalewać się potem. Wkrótce okazuje się, że te czterysta metrów w pionie do trawersu do rozdroża z trawersem na Chatę pod Soliskiem, pokonaliśmy w trzy czwarte czasu standardowego. Sznikersy oraz przemarsz kilkudziesięcioosobowej grupy Niemców w wieku charakterystycznym przywracają nam ochotę do dalszej wędrówki.
Po łatwym dosyć kwadransie na trawersie (gdzie mijamy paniusię-wariatkę z dzieckiem, co nas przyprawia o delikatne migotanie przedsionków) docieramy do miejsca które, gdyby nie sceneria, mogłoby uchodzić za deptak w Międzyzdrojach. O półtorej minuty drogi od chaty znajduje się bowiem górna stacja kanapowej kolejki z Szczyrbskiego. Podziwianie różnorodnego obuwia i odzieży mocno odbiegającej od – nawet elastycznych standardów górskich – chyba już zawsze będzie dla nas przednią rozrywką.
Chmury schodzą w tempie niepokojącym w kierunku 2k metrów, zatem kończymy ťmave oraz bylinny čaj i ruszamy w rzednącym towarzystwie w stronę szybko pomykających burzowych obłoczków.
Po kilku trawersach ścieżka wyprowadza na niewybitną granióweczkę (ale za to pierwszą w życiu Promyczka) którą gonieni brakiem pogody docieramy na Skrajne (Prednĕ) Solisko 2093 mnpm – pierwszy żoniny szczyt 2k.
Spędzamy tyle czasu na ile pozwalają: wiatr oraz nasze sztormiaczki i dajemy dołu w tempie przyspieszonym: najpierw do Chaty, potem prawie po prostej w linii nartostrady do Szczyrbskiego.
Spacer lekkopółśredni, 6 godzin w sumie, przy takiej pogodzie lekko dobijający: następny dzień przeznaczamy na jaskinię za biletami
Burrito pollo
Po krótkim odpoczynku pourlopowym, jasnym się stało, że należy wrócić do domowych tradycji żywieniowych. Żona zaatakowała mocno za pomocą karminadli i przepysznego sosu pieczarkowego. Nie pozostało mi nic innego jak przejść do zdecydowanego kontrataku.
Kroimy pierś z kurczaka w kostkę rozmiarów wedle uznania. Smażymy przyprawione majerankiem na oleju na wolnym ogniu z cebulą aż mięso będzie dobre. Możemy dodać odrobinę mieszanki meksykańskiej lub ostrej papryki, kropimy maggi (to zamiast soli, której nie używamy jeżeli koniecznie nie musimy). Do gotowego kurczaka na patelni dorzucamy z puszek krojone pomidory oraz czerwoną fasolę. Podsmażamy do momentu aż sos dobrze się zwiąże i zgęstnieje. Doprawiamy całość chili i pieprzem (można dokropić maggi). Trzymamy wolno bulgoczące na małym ogniu.
Na drugiej patelni rumienimy siekaną cebulę z czosnkiem granulowanym. Do tego wrzucamy surowy ryż i prażymy go na średnim ogniu około kwadransa. Zalewamy gorąca wodą, tak by go przykryć na około dwa centymetry. Dodajemy kostkę bulionową i trzymamy na ogniu do momentu kiedy woda odparuje całkowicie.
Do dania w charakterze przystawek podajemy tarty żółty ser, zielone oliwki oraz gęstą śmietanę z bazylią.
Smacznego
Nova Lesna, sierpień 2006
Kawałek po kawałku, coraz wyżej i śmielej. Nie napiszę, że dzień po dniu bo ludzie, ekhem, w naszym wieku, nie wytrzymują niemal dwóch tygodni stale do góry day-by-day.
Na balkonie z widokiem na Gerlach, Sławkowski i Łomnicę patrzymy na teatr pogody jaki rozpościera się nad Tatrami. Najpierw trawers na zachód i pierwsze lekko podgórę, potem trawers na wschód i chatka króla tatrzańskich tragarzy.
Zaczynamy się przyzwyczajać do tego, że dzień zaczyna się wcześniej a wieczór na niebie i ten od godzin otwarcia zaskakuje nas zaraz po zejściu.
Pierwsza stromizna i pierwsze dwa’ka Promyczka: okazuje się, że droga w dół nie jest taka straszna jak zdawała się być pod górę a to coś spomiędzy turni wzywa i każe wstawać rano o porze uznawanej przez średnią statystyczną urlopową, za łagodnie mówiąc, nienormalną.
Wyżej i coraz więcej powietrza dookoła. Szaleństwo atmosferyczne robi wyjątek i na najżmudniejszy ze szczytów idziemy w upał i skwar – jakkolwiek daleki jestem od werterycznych natchnień to tego dnia, chmury po prostu rozstępują się przed nami.
Po takich setach najzwyczajniej w świecie się obijamy.
Promyczek śmieje się, że na ‘kamieniach ostrych jak brzytwy’, zdała ostatni, post factum, egzamin na żonę.
Myślę, że następny sezon to będzie nasze wspólne pierwsze trzy’ka
A tak zupełnie na marginesie: jak anegdoty przestaną się bić w mojej głowie to postaram się co lżejsze kawałki spisać. Od tego przecież jest blog, nie?
Jo sem po svadbe
Tutaj czas jakoś inaczej płynie. Inaczej dzień się zaczyna i inaczej kończy.
Wychodzimy coraz to wyżej z żoną, która w sposób zadziwiający oswaja się – a raczej odkrywa w sobie, zamiłowanie do stromizny – chyba, że to tylko taka słabość chwilowa
Tak naprawdę nie mógłbym piękniej sobie tego wymarzyć. Niby zdaje się to być logiczną kontynuacją: jaki ślub – taka poślubna
Miałem się nie przyznawać ale czasami to chyba ja jestem bardziej zmęczony od małżonki
Ze Starego Smokovca spod samiućkik słowackich Wysokich Tatr, with love – jacca
myszkidwie
Powielam – ale trudno
Instalacja myszkidwie by Blogola
Niezbyt mogę się skupić na napisaniu czegokolwiek dłuższego. Umówmy się zatem, że będziemy do tego wracać we wspomnieniach.
Obiecuję zatem, że napiszemy z wyprawy.
To chyba tyle w przysłowiowym biegu – czyli bez zmian
Bez słów
Z jakiejkolwiek strony nie próbuję się nad tym wszystkim zastanowić to po prostu uśmiech mnie nie opuszcza a żadna, bardziej konstruktywna myśl, nie chce się wymyśleć.
Dziękujemy wszystkim którzy byli z nami i ciałem i duchem tego szczególnego dnia.
Podziękowania osobnego sortu składamy na ręce ekipy technicznej w niezrównanym górniczo-hutniczym (papparappa) składzie.
Bez Was ta impreza nie wyrobiłaby się ani logistycznie ani kondycyjnie.
No i na koniec, ale nie na końcu – dziękujęmy naszym Rodzicom, za to, że dzielnie wytrzymali naszą wizję imprezy
Wielkie Uśmiech się dla Was wszystkich.
Bez przesady z tym odliczaniem
Całość operacji skurczyła się do rozmiarów jednej kartki notatnikowej. Odliczać chyba już nie ma sensu bo czas pędzi według swojego rytmu i nie jest to cokolwiek poniżej 180 bpm.
Prawdę mówiąc to chyba spodziewałem się większej nerwowości przed – no chyba, że zasmakuję tego od piątkowego poranka
[4]
Mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że już od bardzo długiego czasu nie przepracowałem tak uczciwie i w takim tempie żadnego poniedziałku. Mój sprytny plan żeby wyrobić cztery dni do przodu przed urlopem (no powiedzmy, ze trzy, tak realnie zakładając) zaczyna mieć szanse powodzenia.
Dziwnie mi odrobinkę jak tak się głębiej zastanowię nad upływającymi godzinami wielkiego odliczania. Czas zaprawdę subiektywny jest
Na środę zapowiadany jest zjazd szefostwa. Podkręcenie tempa tego tygodnia ze wszech miar i na wszystkich frontach zaczyna być interesujące.
[6]
Po obejrzeniu ’8 Mili’ z niejakim Eminemem w roli głównej stwierdzam stanowczo, że kulturowo muzyka czarnych lemingów (tak mnie naszło: się bujają wszyscy w jednym monotonnym rytmie jak lemingi) nie przemawia do mnie.
Tym bardziej się dziwię polskiemu naśladownictwu w klimatach okołoblokowych.
Pada, to marudzę, nie?
Na patefonie (jak nie ma żony w domu): Motörhead – 1916, (cała płyta). Na Ace of Spades chyba już jestem za stary
[7]
Piątek zapowiadał się ogólnie leniwie, luzacko i bardzo przedweekendowo. Stan ten w biurze trwał do około godziny 10.00. Nagły telefon szefostwa w sprawie przygotowania (a raczej wykonania od zera) przesyłki ‘na wczoraj’ i wyekspediowania jej jeszcze dzisiaj, podkręcił tempo czasu dosyć mocno.
Kilka różnych spraw komunikacyjno-logistycznych spowodowało, że godziny bryknęły w zawrotnym tempie. Patrząc na odliczanie ślubne w tytułach notatek, śmiem nawet twierdzić, że to nie godziny a dni przyspieszyły znienacka i z partyzanta.
Tak więc ten odcinek sponsoruje cyferka siedem jak ‘szczęśliwa liczba’ a raczej jak ‘tydzień’ oraz jak ‘koniec tygodnia’.
Na koniec pytanie, pozornie kompletnie od czapy, która z sieci handlowych (hipermarketów etc.) ma swojej ofercie najtańszą, znośnie-smacznie pijalną wódkę?
[9]
Sesja z CSSem z gatunku mocniejszych. Generalnie nie przepadam za sprawami stricte rachunkowymi – a już na pewno nie za konstruowaniem wydruku takiego jak faktura ze strony www.
Nie jestem zbytnio sprawny jeżeli chodzi o tematy związane zwłaszcza z uszczelkami ale to co – a raczej jak – panowie tu kiedyś pod zlewem kuchennym pomontowali. Dziwne, że aż tyle czasu to się tak trzymało jak się trzymało.
A webcam wycelowany w Štrbské Pleso o 19:00 wykazywał 17 stopni
ps.: zbieżność symboliki liczby dziewięć oraz godziny publikacji tej notki jest absolutnie niezamierzona i można nawet przypuszczać, że przypadkowa;
[10]
Niepokojąco normalnie zaczynam wyrabiać normę w pracy o dobre pół dnia do przodu. Chwilami nawet nachodzi mnie szaleńcza myśl, żeby wyrobić tak o tydzień do przodu a potem wyluzować; to chyba jednak od warunków meteo takie szaleńcze koncepcje mi się po mózgownicy plączą. (Niewątpliwie. Zalałem dzisiaj kawę maślanką).
Omijam szerokim łukiem napięcia.
Może uda się całkowicie wyminąć stres.
[11]
Mój wzrok prześlizguje się po plakatach, tytułach artykułów, nagłówkach notatek blogowych.
Od sporów politycznych poprzez pokoleniowe, do wojny płci.
Subiektywnie konstatuję, że tak mało ludzi żyje w harmonii.
I wtedy zbieram kawałki wyciszenia.
p.s. nie, nie odbiło mi
bo tylko na pustym niebie jasny jest lot sokoła
[12a]
Nie zawsze kurs wędruje w górę. Nie zawsze jest hossa. Taki lekki oklep dostałem przez ten weekend. Bo czasami drobiazgi z otaczającej rzeczywistości kopią.
Przez ten upał ludzie chyba trochę już świrują. A może nie tylko przez to.
Rzecz tylko w tym, żeby mieć dobre, trwałe papiery długoterminowe nie tylko na czas bessy. Zwyżka, mniejsza lub większa, przyjdzie po pewnym czasie sama.
[12]
Pomału zaczynam coraz częściej myśleć o urlopie i wypoczynku w górach. Ciekaw jestem proporcji: ile z tego przeznaczymy na klasyczne leżenie bykiem a ile czasu spędzimy na męczeniu się z mniejszymi lub większymi wierchami. Młoda napomyka coś o całkiem dużych a ja coraz częściej zastanawiam się jak wprowadzić przyszłą żonę w świat stromizny.
Wniosek: hanejmun (strasznie mnie to słowo bawi ostatnimi czasy) zapowiada się bardzo interesująco
[15]
Podwórko bloku z epoki radosnej, jedynie słusznej, twórczości architektonicznej. Przestrzeń klaustrofobicznie pomniejszona o postmodernistyczne wypełnienie tkanki miejskiej i rekonstrukcje dawnej zabudowy.
Beton, parking, biura, dużo mieszkań.
Dwie przecznice dalej, a ściślej mówiąc ‘jedne światła i jedne pasy’, znajduje się sympatyczny park z placem zabaw.
Niezależnie od wieku oraz ilości spożywanego alkoholu, jeden z betonowych podestów wiecznie jest okupowany przez mamy z dziećmi. Odświętnie, nawet przez ojców z symbolicznym piwkiem. Dzieci natomiast rozkładają na betonie kocyk i idylla rodzinna trwa.
Gdybym powiedział, że nie rozumiem kompletnie tych ludzi to byłoby to najbardziej delikatne określenie na jakie mnie stać. Kiedy tak patrzę na to codziennie to coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pewien gatunek ludzki należałoby leczyć metodami wstrząsowymi.
Zaczynam obserwować u siebie przejawy instynktu ojcowskiego
[16]
Rozmyślam nad jakimś systemem snu popołudniowo-wieczornego na kształt spóźnionej siesty ponieważ jakiekolwiek próby rozrywki intelektualnej bądź nie w naszym nagrzanym grajdołku ograniczają się do przemierzania w stylu oczadziałej muchy szlaków w trójkącie kuchnia-łazienka-łóżko. Jedynie pora pozmroczna pozwala na jakąś spontaniczną aktywność umysłową (koncepty w pracy wykluczam bo to nawykowe).
Banalnie może – a może ignorancko to zabrzmi: czy my mamy na planecie jakieś poważne problemy z klimatyzacją? Wiem, że ekolodzy już dawno temu ostrzegali ale problem z nimi polegał zawsze na tym, że krzyczą na zapas a po pewnym czasie (prawie) nikt nie zwraca na to uwagi.
Nie to żebym wierzył w przebiegunowanie w 2012 roku ale tak statystykę średnich temperatur zima/lato za ostatnie tysiąclecie to bym chętnie przewertował.
Gorąco pozdrawiam, naprawdę gorąco
[17]
Strona, ta najczęściej używana w kajeciku, w większości poodkreślana.
Najważniejsze ślubne sprawy wyglądają na załatwione. Pora chyba – jak przystało na blogową parę z onlajnu – zrobić sobie ślubną okładeczkę na bloga
Chyba mam ciśnienie, tak zwane przedokolicznościowe.
A ono dziwnie koegzystuje ze spokojem.
A zgapię sobie od żony odliczanie
[060718]
Oprócz tego, że rzeczy najprostsze są najbardziej genialne to dowodzę dzisiaj, że zacietrzewienie w pracy nie przynosi nic dobrego. Klnę pod nosem usiłując wyciągnąć dwa ostatnie elementy (MSSQL) i kombinuję począwszy od:
SELECT Last(coś) FROM tablica
czasami lepiej jest jednak podłubać w nosie i pogapić się w sufit:
SELECT TOP 2 coś FROM tablica ORDER BY coś DESC
na termometrze 28.1 and raising i to raczej pora na fajkę jest :]
ps.:
SELECT coś FROM (SELECT TOP 2 coś FROM uzytkownicy ORDER BY coś DESC) ORDER BY coś – ale to już dla purystów
Stella Polaris
Nie jest łatwo zrobić spektakl uliczny. Nie udało to się w sobotę ulubieńcom szczecińskiej publiczności: Stella Polaris w „Ramayanie” w formie wędrownego widowiska. Nie wiem co w tym jest, a raczej czego nie ma. Ubiegłoroczny „Fool’s Ship” Norwegów na zamkowym dziedzińcu porwał publiczność i pozostawił wrażenie przeżycia czegoś niesamowitego.
Norweska trupa na pewno jest zjawiskiem niebywałym, są bardziej czcicielami, wyznawcami teatru niż grupą aktorską. To na pewno bije od nich na każdym kroku a widowisko balansuje na granicy religijnego uniesienia: grają (chociaż to niedobre słowo) dosłownie do upadłego.
Może tegoroczny Festiwal Artystów Ulicy paradoksalnie zbytnio postawił na widowiska wędrowne, może za mało było (jednak) w tym skupienia i koncentracji. Może ekipy takie właśnie jak Stella Polaris wyrosły już z ulicznego kuglarstwa i ich żywiołem jest po prostu plenerowy teatr totalny?
Albo to słabszy rok Festiwalu.
38 / 41
Dyżurna szklaneczka na barze od dyżurnych rzeczy zapełnia się paragonami i kwitkami transakcji dokonywanych za pomocą karty płatniczej.
Jest coraz spokojniej.
Nie chodzą mi ostatnio po głowie żadne metafory – jednakże stwierdzenie takie jak „zrzucam skórę” możnaby nadinterpretować; alternatywne wobec tego: „sypię się” – także.
Przewijamy z żoną piętnaście lat z historii radiowej Trójki: bo to już chyba czas, żeby się zastanowić nad kilkoma konkretniejszymi secikami na weselne instead-party.
– I napisz koniecznie, że bardzo kochasz żonę, bo czytelnicy już zaczynają się niepokoić
Bardzo kocham żonę
Auć
W życiu się chyba tak nie zjarałem na plaży. Dziwnów, przyjemna atmosfera, fajny piasek i rezultaty takie, że jak siedzę teraz to się pocę. Głowa mi leci sama w dół do snu. A muszę wytrwać do tej 16.00 a potem czym prędzej w domu przyjmę pozycję horyzontalną.
Tak to się kończy jak się nonstop zakochiwuje
zwlaszcza w miejscach bardzo nasłonecznionych.
Konfekcyjnie
Zdecydowanie ktoś za bardzo podkręcił temperaturę w naszej strefie klimatycznej. Oczyma wyobraźni widzę jak w sierpniu, w podobnych warunkach klimatycznych, po prostu spływam potokiem pod pancerzem garnituru, kamizelki i wrażenia chwili.
Nie no, dobra, wiem, wiem. Wszystko będzie git: słoneczko, idealne 22 stopnie i tak dalej. Tak tylko chciałem powiedzieć, że chyba pora już odcinać centymetr po kawałku
bo zostało 28 dni.
Idę coś przymierzyć. I niestety nie będą to liście palmy a’la szorty znakomicie pasujące do sandałów.
digart
Trochę już czasu minęło od kiedy pierwszy raz wrzuciłem coś na digart.pl – a mierząc czasem Sieci to nawet trochę więcej niż trochę.
Dlatego wczorajszy nius stamtąd – a dokładniej mówiąc relacja filmowa z gali na którym gwoździem programu była prezentacja wersji piątej tego serwisu – wprawił mnie w rzadki ostatnimi czasy, stan melancholijnego zamyślenia.
Współpraca z onet.pl – gruba sprawa, można rzec pokrótce. Strona która przeszła ewolucję od szybko skleconej galerii na potrzeby komjunity do potężnego serwisu gdzie w ciągu doby przewija się 2500 użytkowników i staje się niejako częścią onet’u: zapewne pojawią się głosy, że komercja, że sprzedane ideały itp. Jednakże przy takim ruchu jaki obecnie tam panuje, jestem pewny, że _bliska kooperacja, na lepszych lub gorszych zasadach z kimś z potentatów polskiej Sieci była tylko kwestią czasu.
Kwestia rozwoju: serwis który od 2002 roku jest jedną z największych polskich społeczności sieciowych (a już na pewno, jeżeli takiego słowa można użyc, najbardziej skonsolidowaną) potrzebował zawsze jak powietrza rozwoju technologii. Dzisiaj, kiedy czytam na różnych blogach eksperckich (lub zwanych eksperckimi), o szansach i możliwościach Web 2.0 to wzbudza to u mnie jedynie kwaśny uśmiech. Dlaczego? Zjawiskiem społecznym w Sieci dla mnie było pojawienie się blog.pl czy też właśnie rozwój digartu a nie mieszanką technologii z którą nie wiadomo co do końca zrobić, podlaną trendowym marketingiem, vide: swoi, osobie, o kondycji wykopu nie wspominając.
Dlatego też, choć ogólnie nie przepadam za zjawiskami webdwazerowym, głównie „dzięki” takim konceptom jak przed chwilą opisywane, myślę, że Digart w nowym sosie Web 2.0 ma szansę stać się prawdziwym myspace nowego internetu.
Ciekawe czasy nastały, mili Państwo.
Elf
Nie pamiętam dokładnie jak dawno to było. Może ze dwanaście lat temu?
Płyta z kilkoma naprawdę hitowymi numerami. Po uważnym wielokrotnym przesłuchaniu wydała mi się być odrobinę przeprodukowana. Pomimo tego niektóre utwory zapadły mi mocno w pamięć.
Kilka lat później, na sporadycznych odsłuchach – bo w końcu przecie to niemęska muza, parę tekstów trąciło mi zbytnio naiwną infantylnością.
Dzisiaj przestrzeń wypełniają te dźwięki i nabierają trochę innego wymiaru niż do tej pory.
W głośnikach Elf a ja mam dziwne wrażenie, że po coś tego kiedyś słuchałem.
p.s.
Eee, to chyba tylko chwilowa słabość, power chórków w singlach z poprzedniej płyty, to jest to
Okrągły rok
Poniedziałkowa wydajność mierzona w sprawach które spadają z terminarza po prostu mnie zadziwia. Normalnie jakieś +10 do sprawności zawodowej. Wygląda na to, że chyba za dużo warzyw albo jakichś innych witamin konsumuję, bo już dawno tak nie miałem, żeby pędzić w poniedziałki na oślep pomiędzy linijkami kodu w takim tempie.
Zupełnie odruchowo kieruję wzrok na kalendarz i archiwum notatek sprzed roku. Dzisiaj mija właśnie okrągły rok jak zamieszkaliśmy razem. Tak się gapię i momentami trudno w to uwierzyć, że tak szybko ten czas przeleciał. Subiektywnie zapewne dzieje się tak, ponieważ prawie rok poprzedni odmierzany krótkimi spotkaniami i tęsknotą, ciągnął się niemożliwie długo.
Teraz to mnie trochę melancholijny uśmiech naszedł.
W krótkich i prostych słowach?
Fajne to wszystko, odrobinę zadziwiające i wielce radosne.
Radosne radością spokojną.
Rytuały zakupowe
Ufff… najtrudniejsze chyba już za mną, teraz to już z górki. Jako rzecze i Młoda, suknia ślubna została nabyta po odbyciu obowiązkowej rundy po miejscach większych i mniejszych, po przepisowych rytuałach oględzinowo-zakupowych i całej tej, rzecz oczywista, kobiecej kobieterii.
Moi mili Panowie, nie jest to wbrew pozorom, rzecz taka prosta jakby się z pozoru zdawało: przejść się z przyszłą małżonką w celu dokonania zakupu ostatecznego, życiowego i nieodwracalnego.
Odrobinę poważniej rzecz traktując, to nie było źle. Były obowiązkowe elementy, że tak jeszcze raz je nazwę, rytualne – lecz bez tego zapewne nie poczułby wagi tych zakupów. Mogło być naprawdę gorzej, gorzej.
Teraz to mi tylko potrzeba dużej ilości spokoju i piwa
Saturday morning
Jakby nie spojrzeć to szykuje się pracowita sobota.
Wczoraj niejakim rozpędem poczułem, że mógłbym tydzień roboczy pociągnąć jeszcze przez dwa dni. I proszę. Nie minęło pół godziny jak zadzwonił telefon w trybie pilne. Mam nadzieję wyrobić się we dwie godziny bo muszę się jeszcze psychicznie nastawić na dłuższy set sklepowy. Tak, dzisiaj ma nastąpić ostateczne rozwiązanie kwestii sukienki ślubnej.
Nawet nie patrząc za okno, ciekawy dzień się zapowiada.
Kombajn
Nigdy nie miałem serca do Flash’a.
Dzisiaj szukając czegoś na CPANie natknąłem się na … SWF::Builder (nie jest to może pierwsza świeżość, ver 0.14 jesień 2005).
omg, próbuję sobie wyobrazić to w kombajnie on-line z Image::Magick i DBI::whatever
o ile to działa w ogóle; chyba się skuszę w weekend popróbować
Obrączki
Obrączki leżą sobie w pudełeczku w szufladzie. Poprzymierzaliśmy. Faktycznie mi jakoś tak ciężko schodzi. Może tak u faceta powinno już być?
Ciekaw jestem (zapewne w ruch gugle jakieś pójdą) skąd ten symbol dwóch krążków pochodzi? Czy chodzi „tylko” o publiczny komunikat społeczny, że „zajęte”? Chyba nie – ale ciężko mi tak w ciemno obstawiać.
Chwilami się zastanawiam jakie nakłady operacyjne sił i środków trzeba ponieść kiedy ktoś ma (lub musi mieć) apetyt na wesele z setką pociotków i tym podobnymi klimatami w tzw. stylu polskim powszechnie obowiązującym.
Chyba nie wyobrażam sobie takiego scenariusza.
060829 ale bez papryczek
Z lekkim takim rozkojarzeniem stwierdzam, że mi się pory dnia przesuwają odrobinę. Po późnym obiedzie ścina mnie drzemka obowiązkowa. Wieczorem za to, około północy, wcale mnie jeszcze do komory regeneracyjnej nie ciągnie. Problemem za to okazuje się być pobudka. To, zawsze było problemem.
Dedlajny wyrobione i (odpukać) nad głową nie wiszą.
W notatniku już coraz więcej poodkreślane.
I
Czasami patrzę w notki sprzed jakiegoś czasu. Najchętniej sprzed roku, lub dwóch, tak żeby się zbytnio nie przemęczać zastanawianiem się nad tym co bym z szuflady chciał przeczytać.
Zmienia się czasami punkt widzenia, czasami jest to tzw. życie, szeroko pojęte. Za rok przeczytam o pierwszych sandałach kupionych z własnej woli (jak to kurde brzmi, heh) przeze mnie i przez żonę. O pierwszej skonsumowanej ze smakiem rybie. Chociaż podobno, jak mówi moja mama – filet to nie ryba
Na ślubie znajomego spotkałem osoby których bardzo dawno nie widziałem. Chwilowe ale nie było to przyjemne wrażenie. Pozostało mi chyba jeszcze trochę zamyślenie o sprawach tak dawnych, że zapomniałem, że kiedykolwiek istniały.
Północ pyknęła na zegarze a ja lubię poczytać o ostatnich dniach czerwca zeszłego roku.
Na dzisiejsze dobranoc jeszcze podzielę się banałem do poduszki: czasami jest lepiej, czasami jest gorzej ale zawsze kiedyś zdarzają się chwile żeby podjąć właściwy wybór.
Trzy akapity o meteo
Mam takie dziwne wrażenie, że jak jest tak ciepło to dźwięki silników (zwłaszcza chopperów) o tej porze są znacznie głośniejsze. Drugie odczucie, towarzyszące przez osiem godzin w pracy to wrażenie, że mój mózg za chwilę się zleje w jedną całość z nagrzanym powietrzem, które wypełnia wnętrza willi z początków zeszłego wieku. Trzydzieści stopni w cieniu na zewnątrz zdaje się być wtedy orzeźwieniem.
Kiedy dzisiaj wychodziłem na chwilę popołudniem późnym, lunął deszcz a wręcz ściana wody z północnym porywistym wiatrem. Na dziesięć minut autentycznie mnie zmroziło.
Czasami myślę, że o tej porze roku, pod tą szerokością geograficzną tylko w ten sposób równowaga jest się w stanie utrzymać.
Ryba
Nie wiem dlaczego obudziłem się o tak poronionej, jak na niedzielę, godzinie 6:00. Wczesny spacer po bułeczki (i mozarellę z pomidorami i śledzikiem). W powietrzu północny wiatr i nagła chęć, żeby pocisnąć nad morze. O tyle to akurat dziwne bo ja i morze to raczej dwie wykluczające się, przynajmniej do tej pory, sprawy.
Lubię jednak spontaniczne pomysły i razem z Promyczkiem, około południa, wspólnie zafascynowani klimatem, ochrzciliśmy Międzyzdroje dalekim przedmieściem Szczecina.
Koncentracja na metr kwadratowy gastronomii nadmorskiej wywarła na mnie takie wrażenie, że skusiłem się, po raz pierwszy w życiu, na tzw. obowiązkową rybkę w smażalni o wdzięcznej (i dźwięcznej) nazwie: Bar Koncertowa. Normalnie, w każdej innej sytuacji, szedłbym w zaparte – jednak tym razem muszę przyznać bez ogródek, jakkolwiek to może wydawać się infantylne, że danie takie jest po prostu pyszne.
Na marginesie, choć margines ten czasami szerszy, czasami węższy i bardzo piaszczysty, smażą się i przechadzają ciała. Żona jednak, mogę powiedzieć, kontenta jest, bowiem nie za bardzo było czym się, tak szczerzej, zafascynować (jeżeli czytają to jakieś feministki to czytaj: uślinić). Uderza, nawet w wieku powszechnie uważanym za atrakcyjny, jakaś globalna niezgrabność – a co do tego nawet to z Promyczkiem jesteśmy zgodni, że jest to jakieś dziwne.
Fascynujący jest dla mnie (i obcy) ten świat smażalni, salonów z automatami do gry z napierającym techno niemal na maxa, tłumów leżących plackiem na tym kawałku piasku w tajemniczym dla mnie celu, rodzin konsumujących rurki z kremem zagryzanych kiełbasą z rusztu (i dlaczego ktoś zastawia swój telefon na potrzeby znanej gry w trzy kubki???), niemieckich wycieczek i staruszków wymieniających doświadczenia na temat dyskopatii.
Czuję się jak zrelaksowany ufoludek po wizycie na innej planecie
Zapach smażonej ryby, olejków do opalania i skwaru zapadł mi pozytywnie w pamięci.
iso-8859-5 i utf-8
Kodowania wschodnich sąsiadów to koszmar.
Na szybko (z wczoraj) przejście z ISO-8859-5 (czy coś podobnego) na UTF-8 w ASP na lekko (podawać schłodzone):
function ConvertCharset(txtISO)
aInput=”°±˛ł´µˇ¤¶·¸¦§ąş»Ą˝ľżŔÁÂĂ®ÄĹĆÇČÉĘËĚÍÎĎĐŃŇÓÔŐńô” _
& „Ö×Řö÷ŮÚŰÜÝŢßŕáâăţäĺćçčéęëěíîď”
aOutput=”АБВГДЕЁЄЖЗИІЇЙКЛМНОПРСТУЎФХЦЧШЩЪЫЬЭЮЯа” _
& „бвгдеёєжзиіїйклмнопрстуўфхцчшщъыьэюя”
for ii=1 to len(aInput)
txtISO=replace(txtISO, mid(aInput,ii,1), mid(aOutput,ii,1))
next
ConvertCharset=txtISO
end function
Myk-myk
O tej porze to tylko mogę napisać, że duże kółko z nanizanymi kółeczkami różnych, ponumerowanych rozmiarów, powoduje u mnie stłumione konwulsje śmiechowe. Tak. Przymiarka obrączek odfajkowana a ekipa za ladą wyglądała na wyjątkowo zmierzłą.
Do tego ustaliliśmy menu obiadowe. Ale nie u jubilera. W knajpie która dobrze rokuje na atmosferę.
A papierki z portfela: myk-myk
Co się tu na tym blogu wypisuje, ja pierdykam
[060619]
Na szybko i w jednym przebiegu: mam tabelę z naklikanymi przez użytkowników akcjami typu A i typu B (różnie rozliczanymi) w różnym czasie.
Zadanie: migiem wyciągnąć zbiorczo niewypłacone sumy – przy czym jeden user może zajmować tylko jeden rekord…
SELECT id_uzytkownika, Last(data_klikniecia) AS data, Sum(naleznosc) AS naleznosci
FROM (
SELECT id_uzytkownika, data_klikniecia,
Count(data_klikniecia)*3 AS naleznosc
FROM uzytkownicy INNER JOIN wyplaty
ON uzytkownicy.id=wyplaty.id_uzytkownika
WHERE typ=’akcja_typu_A’
GROUP BY id_uzytkownika, data_klikniecia
HAVING data_wyplaty IS Null
UNION
SELECT id_uzytkownika, data_klikniecia,
Count(data_klikniecia)*0.5 AS naleznosc
FROM uzytkownicy INNER JOIN payout
ON uzytkownicy.id=wyplaty.id_uzytkownika
WHERE typ=’akcja_typu_B’
GROUP BY id_uzytkownika, data_klikniecia
HAVING data_wyplaty IS Null
)
GROUP BY id_uzytkownika
…chyba uchwyciłem fragment poniedziałkowej atmosfery
Obcinka z weekendu
Tak jakby ktoś popatrzył z boku to czasu nam to zajmuje generalnie niewiele. Może dlatego, że wszystko mamy, jak się okazuje, w zasięgu rzutu beretem, ewentualnie mokrym beretem. Fotograf, jubiler, hotel, restauracja itp. Do tego jeszcze po drodze dajemy radę zająć stanowiska snajperskie na Zamku, żeby zrobić obcinkę jak wygląda wyjście ze statystycznego ślubu cywilnego. Zresztą… omg, wyglądało jak sen napranego wiejskiego specjalisty od usług video filmuję śluby retuszuję.
Na marginesie we Flerynce są świetne kapuśniaczki (ciasto francuskie na ciepło) i przysmaki bawarskie (toż samo na ciepło). Odpoczynek od kebabów i takich tam. Czasam mam wrażenie, że moje życie składa się li i jedynie z picia, jedzenia i wydawania pieniędzy.
Tak jak Promyczek rzecze: hotel opłacony, zaproszenia na 99% odfajkowane, przymiarki na palec obrączek za nami, mmmm, fotografowie jacyś – a i tak mam wrażenie spokoju oraz ładu całości.
Tak niewiele zatem – a tak dużo, po prostu.
Zaległe mniam
Po małym remanencie na blogu z żalem stwierdzam, że nie umieściłem do tej pory, naszego najlepszego jak dotąd, wspólnego z Młodą przepisu.
Nadrabiam – zatem: „Najszybszy schab na świecie z papryką i w chłodniku”:
Dwa pęczki rzodkiewek kroimy w miarę najdrobniej jak umiemy. Dwa dość duże ogórki szklarniowe kroimy w kostkę (po pokrojeniu osolić lekko i odstawić, tak by puściły wodę i nie rozwodniły nam maślanki). Po odlaniu wody z ogórków dodajemy rzodkiewkę, zalewamy wszystko maślanką i siekamy do tego szczypiorek. Sól, pieprz, bazylia z umiarem – musimy uzyskać smak ziołowy lecz „jasny”, orzeźwiający.
Dwa średniej grubości kotlety schabowe cienko rozbijamy. Paprykę czerwoną, sztuk jedna, kroimy w drobną kostkę. Topimy smalec na patelni tak by się mocno rozgrzał. Pokrojoną paprykę wrzucamy na duży ogień i podsmażamy chwilę, by puściła pierwsze soki. Teraz kładziemy kotlety, dodajemy przyprawę do potraw greckich, pieprz, zmieloną czerwoną paprykę, skrapiamy oczywiście tradycyjnie maggi. Smażymy nie dłużej niż pięć minut z obu stron, zdejmując czasami patelnię z ognia. Schab będzie idealnie soczysty.
Porcja dla dwóch osób. Podawać polane chłodnikiem, z białym pieczywem. Duże ilości napojów w zasięgu ręki mogą okazać się niezbędne.
Ufff
Ufff… i nie tylko od gorąca.
Dni Morza najlepsze chyba w całej swojej dotychczasowej karierze. Impreza w końcu rozłożona na tak duży obszar, że i skutecznie ruch tłumów był rozładowany i pozwiedzać można było niedostępne zazwyczaj tereny Łasztowni. Nie obyło się bez drobnych potknięć, takich jak bitwa morska w kompletnych ciemnościach, a i koncert finałowy, robiony „pod” TVP prezentował poziom, delikatnie mówiąc kiepski. Na szczęście scen było sześć, także było w czym wybierać.
Promyczek dodaje, że żałuje, że nie mamy kamerki, żeby co ciekawsze fragmenty atmosfery skręcić – naprawdę warto było.
Najfajniejsze w środowym meczu było to, że nie widziałem (lub nie pamiętam, hehe) tej bramki w którejś tam ostatniej minucie. To tak mogę uznać jakby jej nie było
a wieczorek skądinąd sympatyczny.
28,8
Ta pokusa jest silniejsza ode mnie
28,8 na termometrze i nawet nie wiem czy w cieniu czy nie – a tu mi takie coś: sprawdzić abonament za dany miesiąc, czy wpłynął terminowo (czyli do końca miesiąca w którym był naliczony) i czy została wystawiona za to prowizja. W jednym przebiegu bo operacji multum a o wydajności tego serwera się nie dyskutuje.
Dwie tabele: należności i wypłaty, ponieważ ilość wypłat przypadających na wpłatę jest różna i zależna zupełnie od tzw. czynników zewnętrznych.
Poszedłem sprintem w JOINy i utknąłem, przyznam na długo. A sprawa finalnie ma się tak:
SELECT *
FROM naleznosci
WHERE
id_klienta=[klient]
AND paid=True
AND Month(data_rachunku)=Month(data_wplywu)
AND
id_klienta NOT IN
(SELECT id_klienta
FROM wyplaty
WHERE
id_handlowca=[komu]
AND id_klienta=[klient]
AND Month(data_wyplaty)=Month(data_rachunku)
AND Year(data_wyplaty)=Year(data_rachunku))
o! prostota i wdzięk! … i długi weekend
Niedziela
Widok z Łasztowni na epicentrum zamieszania, niedziela, 16:00.
Życie jest ciężkie
Normalnie jest tak, że od jakiegoś czasu ciśnienie w pracy. Nawet wszystko w miarę na czas wychodzi ale ciśnienie jest i jest zmęczenie. Tydzień za tygodniem pędzi szybko ale z drugiej strony ciężko się jakoś zawsze do piątku doczołgać. Ot, paradoks.
Z drugiej strony jest ten weekend i się odpoczywa, tak się odpoczywa, że zarywamy nosem w poduszkę, niekoniecznie na wskutek intensywnego joggingu po zdrowie. Ot i kolejny paradoks.
Na tę refleksję mnie naszło po symbolicznych pięciu piweczkach które wprowadziłem tradycyjnie w Outcaffe ze względu na słaby wygląd – jak to żona stwierdziła wczoraj.
Ze względu na filozoficzny nastrój, w domu musiałem poprawić symbolicznym, jeszcze jednym z lodóweczki.
A dzisiaj mecze jakieś, Wały, Dni Morza.
Że tak pozwolę sobie zacytować bez autoryzacji szwagierkę: życie jest ciężkie…Off
Jedyne co mi się w głowie telepie przez ten tydzień to jakieś kawałki SQL’a. Z naciskiem na recursive joiny. Mam wrażenie, że to ostatnio zdominowało moje wszystkie poczynania mentalne…
Będzie weekend. Będą Dni Morza
[060605]
Wczorajsze.
Najbardziej na świecie uwielbiam podmieniać z pozoru niewinnie wyglądające pole w tabeli trzymającej drzewo zależności (czyli potocznie: tabela trzymająca władzę). Za cholery od dłuższego czasu nie umiem wpaść na (zapewne prosty) pomysł jak we wszystkich skryptach, bibliotekach i innych cholerstwach, szybko wyedytować zależności.
Było, powiedzmy:
SELECT item
FROM items INNER JOIN tree
ON items.id=tree.item_id
WHERE tree.parent_id=parametr_id_z_items
ma być drzewko z powtórzeniami, czyli:
…
WHERE tree.parent_id=parametr_id_z_tree
I do tego oczywiście wszystkie formularze, edycja, dopisywanie…
Zacznę chyba wszystko a priori traktować jako z powtórzeniami.
Poranek o 18.00
Generalnie jestem mniej lotny dnia następnego w mowie oraz piśmie. W skrócie mogę powiedzieć tyle, że żona skuła mnie wczoraj niemiłosiernie
po prostu.
Mniam na szybko
A teraz coś kompletnie z innej beczki czyli kiełbaski a’la gyros z warzywami:
Potrzebujemy:
– jeden długi kawałek kiełbaski, najlepsza będzie Podwawelska wieprzowa (lub coś podobnego co lubimy a jest dość tłuste i znakomicie nadaje się do intensywnego zesmażenia)
– dwie cebule
– mrożonka Hortex o nazwie Leczo
– przyprawa grecka (dobre mixy są autorstwa Appetity)
– pieprz czarny mielony, papryka oraz maggi
Kiełbas kroimy w krótkie, cienkie paseczki, jeżeli ktoś ma cierpliwość to nawet na osiem. Wrzucamy na rozgrzaną patelnię (dosyć dużo smalcu), ogień odkręcamy na 80% mocy. Do tego dwie cebule wkrajamy niechlujnie, przy czym należy pamiętać przy obieraniu, że odrzucamy całą pierwszą, teoretycznie jadalną łupinę. Dajemy paprykę ostrą mieloną wedle uznania oraz kropimy maggi tak żeby uzyskać piorunujący efekt zadymienia całej kuchni. Mieszamy całość cały czas drewnianą łopatką bo inaczej pożegnamy się z patelnią.
Kiedy kawałki kiełbasy zwiną się już w boleściach lekko przypieczone, wrzucamy zawartość mrożonki wprost z opakowania. Zaprawiamy po roztopieniu się przyprawą grecką oraz czarnym pieprzem i smażymy na ostrym ogniu do momentu aż co słabsze warzywa wymiękną do postaci papki a reszta pozostanie w miarę twarda (czasami trzeba zdjąć patelnię z ognia).
Cała operacja zajmuje około 30 minut. Konsumować z bułką oraz maślanką (przydaje się gdy nam ręka z ostrymi przyprawami drgnie). Ilość na dwie osoby na lekką kolację.
Aha, nie używamy soli.
Smacznego