Alterglobalizm z gatunku jest instant
Rozwalanie tak zwanego systemu, czasami coraz bardziej przybiera formy sporego dylematu: z czego się śmiać. Oto bowiem na pobliskim kolejowym przejściu granicznym policja wyłuskała z pociągu grupkę tzw. alterglobalistów, przy okazji rekwirując u jednej z osób słoik, który wedle organów ścigania mógł posłużyć za niebezpieczne narzędzie (jako np. pojemnik na koktajl Mołotowa), wg zatrzymanej natomiast, zamierzała w niej podczas wycieczki przygotować tzw. zupkę chińską.
No już pal licho daleko posunięta ostrożność organów ścigania wraz z dość mętnym tłumaczeniem oponentki. Tylko dlaczego, do cholery, alterglobaliści wspierają międzynarodowe konsorcja produkujące zupy instant (a zwłaszcza chińskie)? Które zapewne w dodatku wyzyskiwaczami są i nie tylko?
Przekąsy z placu Rodła
W powrotnym busiku z Berlina, pomiędzy monotonią (wydaje mi się, że) A6 a chyba świeżym zainspirowaniem pochodnym od dobrej kawy, Warsteinera i raczej wschodnich części niemieckiej stolicy, złożył mi się w głowie pomysł atrakcji turystycznej pod postacią Muzem Zmierzłości Szczecina (w Szczecinie, lub coś w tym guście, może ulec zmianie).
Instalacje i eksponaty tam zgromadzone miałyby za zadanie ukazywać siłę i rozległości szczecińskiej zmierzłości – do kolekcji mianowicie na pewno należałoby pozyskać:
Zimny kebab – zaczynamy od spraw elementarno-egzystencjalnych a więc fast soul food uliczny: mięso ziębnie na wskutek niedogrzania mrożonego naleśnika do rollo. Trzymane pod kloszem w muzeum, zarówno w celu utrzymania równowagi termicznej jak i nawiązania do wzorów z Sevres.
Mechaniczne moherki kładące szpatułkę oddzielającą w Netto – instalacja industrialna obrazująca tak zwaną walkę o taśmę przy kasach. Obawiam się, że nieprzetłumaczalne w słowie pisanym.
Autobus podjeżdżający na przystanek co 20 minut (może być makietka) – zawsze jest tak, że wszystkie inne linie kursują częściej niż Twoja. Zapomnij o tym, że tam gdzie chcesz podjedziesz autobusem alternatywnym.
Parada jednostek na Dni Morza – jeżeli już jesteśmy przy makietkach. Podczas corocznego oczekiwania na zawsze spóźnione sztuczne ognie które miały być o północy ma miejsce żelazny punkt programu wywołujący u zgromadzonych zbiorowy jęk zawodu. Źródła miarodajne podają, że daje się to obejrzeć tylko raz w życiu. Dodatkowa zaleta eksponatu to fakt, że można to zorganizować przy niskich nakładach: miska, kilka łódeczek plus Wyspa Grodzka wykonana z zielonej gąbki (uderzające podobieństwo) i stateczki popierniczające dookoła.
Srające gołębie – w innych miastach element tzw. nieodłącznego klimatu rynków staromiejskich. Z racji braku rynku, sam gołąb jawi się raczej jako bezrobotny lub nawet niebieski ptak który niepotrzebnie zasyfia ciasne podwórka w Centrum. Można łączyć z próbami wybudowania Starego Miasta od połowy lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Jakakolwiek opasła księga, gdzie na końcu każdego akapitu wyryte jest złotymi głoskami „a poza tym uważam, że Galaxy należy zburzyć” – mantra powtarzana na wszystkich forach miejskich i niekoniecznie. Patrz: „a poza tym uważam, że Kartaginę należy zburzyć”.
Jako zalążek wspaniałej kolekcji nadaje się wyśmienicie. Przedłużał tego nie będę, ponieważ nadmiar w takim szczytnym celu jest dalece niewskazany i nawet daleko posunięta autoironia może nie sięgnąć celu – jak głosi szablon grafitti z Dworca Głównego: „Sztuka trafi do odbiorcy pod warunkiem, że jest on jej adresatem”. Nawiasem mówiąc, na długo przed Włoszczową, peron czwarty tego przybytku już był czymś w rodzaju symbolu potęgi lokalnej PKP.
Dobranoc Państwu.
Koktajl (?) kulturowy
Jest wprost niemożliwością żeby to był czwartek ale jak powiada bodajże wujek Heniek w jednej reklamie, imienia dokładnie w tym momencie nie pomnę, a jednak.
Udało mi się zmontować matrix niespodziankowy niczego nie podejrzewającej żonie, czego rezultatem będzie sobotnia wycieczka za prawie miedzę do dość dużego miasta, tak odrobinę.
Energia nasza życiowa dzisiaj, podsumowała plan dosyć krótkim stwierdzeniem, że najbardziej znanym niemieckim daniem jest turecki kebab – no oprócz może niszowego znaczenia hamburgera i frankfurtera. Wystarczy.
A czasami jednak mam niejasne przeczucie, że w przeważającej mierze składamy się z gastronomii…
W eter
Dźwięki wypuszczam w eter dla mojego Promyczka…
Well you can terraplane
in the fallin rain
I drive a Rolls Royce
cause it`s good for my voice
But you won`t fool the children of the revolution
No you won`t fool the children of the revolution
strip czyli pasek
się niepiszesię tak to mniej więcej
z ukrycia fotożona robi sokratesa myślącego (kheeee)
oja, późno…
Z wielką przyjemnością
W sumie dobrych wrażeń i mijanych przeciwstawności dotarło do mnie w jednym wieczornym momencie wrażenie, że dopiero około wieku lat trzydziestu można mieć cortazarowską głębię percepcji w dupie i nic sobie z tego nie robić. Z wielką przyjemnością…
Komiksu pvek (chyba) już dawno nie ma, jednakże hasło rewolucji na teraz nadal pozostaje aktualne. I mocno mi to poprawia i tak całkiem dobry humor.
so… stay tuned
Wraz z porą ciepłą a wręcz upalną rozpoczęło się w mieście odliczanie do sierpniowych regat Tall Ships’ Races 2007 z finałem w Szczecinie. Niektórzy twierdzą, że przyjdzie się nam najeść wstydu i skompromitować – myślę, że jednak będzie dobrze.
Jeżeli nie macie jeszcze planów wakacyjnych lub są one niepełne to może warto wziąść pod uwagę wizytę na zachodnim wybrzeżu (west coast hehe)?
Temperatura, klimat i tak zwana aura ogólna sprzyjająca pozwalają mi sądzić, że sezon letni 2007 pod wieloma względami będzie udany. Zapewne duży w tym udział ma zmiana miejsca pracy, i to nie tylko ze względu na widoki z jedenastego piętra biurowca (chyba jest w sam raz – na początku myślałem, że odrobinę wyżej by było lepiej ale po przyjrzeniu się rękawom ewakuacyjnym, stwierdzam, że jest idealnie). Nie do przecenienia jest również rychła perspektywa wyjaśnienia spraw które jeszcze zalegają w śląskiej krainie.
So… stay tuned
Universal Lamb
Chociaż daleko naszym świętom było od tradycji obżarstwa i hipokryzji to przynajmniej kilka spraw zastanowiło mnie bardziej niż nieco.
Mniej niż powszechna lecz wyraźnie obecna konsumpcja mięsa w piątek, wskazująca na więcej niż deklarowane 4% osób badanych i deklarujących takie a nie inne wyznanie (w domyśle: wraz z obowiązującymi doktrynami, chyba).
W kontekście powyższego, osobliwie pojmowana idea postu, która może i zakazuje konsumpcji mięsa ale i owszem nie zakazuje konsumpcji alkoholu wysokoprocentowego. Może to jakaś wyewoluowana forma interpretacji „o wodzie i chlebie”.
Nuda powszechna dnia, tak zwanego, drugiego, objawiająca się np. spacerem do parku (logiczne w sumie po obżarstwie) i konsumpcją kiełbasek z grilla wraz z obowiązkowym browarkiem; co i może w kontekście największego parku miejskiego jakoś uzasadnialne jest – za to nijak się ma do odpoczynku po trudach śniadanka, zwłaszcza w kontekście przedobiadowo-bigosowym.
Nie podnoszę kolejny raz sprawy hipokryzji w naszym społeczeństwie bo na ten temat wylano litry atramentu i tony megabajtów ale po prostu cieszy mnie fakt, że w statystycznie wyznaniowej zbiorowości coraz więcej jest przejawów dążenia do szeroko pojętej normalności, nawet jeżeli ma być ona nazwana konsumpcją i czystym relaksem. Bo do spraw głębszych kto ma dotrzeć ten dotrze. Nawet bez pomocy tub różnej maści.
Posypka
Droga do pożądanej ekspresji w formie wizualnej as-is jest trudna. Ziarenka kawy dostają trochę kakaowej posypki i odrobinę intensywniejsze, łatwiejsze dla komentarzy, tło. Wszystko oczywiście w ramach korzystania z wolnej chwili.
Enjoy it
Double Moon
Najprzyjemniejszą sprawą w momencie zaistnienia punktu zero jest sam fakt, iż on się stał. Laziness is a blessing.
Poważniej; radość płynie z uświadomionej liczby nowych zarysowujących się możliwości. Zamknięty w układzie dotychczasowej sytuacji na pewno nie widziałem szerszej perspektywy. Myślę, że nie można zbyt długo trwać w tym samym, zwłaszcza jeżeli ma się jeszcze jakieś, mniej lub bardziej, ambitne plany w życiu. To już chyba kiedyś było: czasami trzeba potrząsnąć światem nawet jeżeli komuś miałoby się to nie spodobać.
Inna sprawa, że jak głosi stara prawda życiowa: najlepiej jest wyczekać do ostatniej chwili, pocisnąć po heblach i pier… wykręcić zawrotkę o 180 stopni.
Niebo czyste nade mną a prawo moralne we mnie – tylko dlaczego ten księżyć tak mocno daje po oczach?
Profesjonalizm
Z pogranicza zawodowego (nie zdzierżę i zanotuję): informatyk z pewnego urzędu, którego nazwy ze wzgląd na tzw. dobro publiczne, nie ujawnię, zasugerował na kłopoty z otrzymaniem podejrzanego załącznika drogą pocztową (dużo cyferek i rozszerzenie exe – czego ani jeden ani drugi dobrze zabezpieczony serwer komercyjny znieść nie potrafił), remedium w postaci założenia darmowego konta pocztowego w którymś z portali (ale onetu nie wymienił).
Ot, profesjonalizm.
Jako wola i wyobrażenie
Badania eksperymentalne na własnym organiźmie dowiodły dzisiaj, że jedną z najtrudniejszych form ekspresji optymizmu i życiowego entuzjazmu jest poranne wstawanie z uśmiechem na gębie.
Postanowiłem spróbować od najtrudniejszego momentu czyli rozpoczęcia tygodnia roboczego. Zapał wielki, duch wprawdzie ochotny, bo udało mi się wydusić na żonine ‘wstawaj’ paszczowe przyrzeczenie, że i owszem wstanę; odmalować blady zarys banana na twarzy ale nic ponadto: odwłok wraz z kończynami nie miał najmniejszej ochoty poddać się umysłowi oświeconemu.
Przyznam szczerze, że ze szczyptą optymizmu zdecydowanie lepiej następuje rozruch tygodniowy i nie mam na myśli tylko pracy. Zastanawia mnie jednak jak przymusić własną antymaterię ciała porannego do współpracy z centrum sterowania świadomością?
Świadomość jako wola i wyobrażenie… coś koło tego, jakoś tak.
0700
Dnia pierwszego miesiąca trzeciego czasomierze różnej maści stwierdziły, że upłynęły trzy lata jak nic. W przerwie pomiędzy wymiarem, wyjątkowo bełkotliwych znaków a nieporozumieniem pojęć, dotarło do mnie, że nie muszę ćwiczyć pamięci przypominaniem sobie jak to przed upływem tego czasu było. Realizm magiczny to nie jest dziwka na telefon i wskazówki z literackiego okna w murze świadomości nie muszą spływać na każde nasze zawołanie. Doświadczeniem i wartością niezbywalną jest stan kiedy bez tej pomocy możemy w dowolnym momencie odnaleźć kierunek i drogę poprzez wyboje prozaicznej głupoty tak zwanej racji większości.
Zaczynam pomału to kapować.
Otagowany czyli berek
Jak to można nazwać? Zablogtagowany? Pomysł na zabawę przedni a i w powietrzu czuć wiosnę
reguły są proste: klepnięty przez poprzednika opowiadam o pięciu mało znanych sprawkach osobistych i podaję dalej pięciu osobom.
Zablogtagowany przez CoSTę zeznaję:
- W okresie nastoletnim byłem pióraczem. W swoim mniemaniu byłem podobny do James’a Hetfield’a (Metallica). Żona patrząc na zdjęcia twierdzi, że raczej do Dieter’a Bohlen’a z najbardziej topowego okresu w twórczości Modern Talking.
- Nie mogę oglądać horrorów. Nawet takich tandetnych. Boję się i muszę się schować pod kołdrę a w Diablo muszę grać z wyłączonym dźwiękiem.
- Kiedy doprawiam coś maggi to muszę przedtem za każdym razem odrobinę jej łyknąć – inaczej zawsze przesadzę.
- Będąc sześciolatkiem zacząłem rysować plany miast. Nie wiem dlaczego. Potem zacząłem kolekcjonować mapy i tak mi zostało do dzisiaj.
- Przed wyjściem z domu jeżeli muszę o czymś pamiętać to w ściśle określonej kolejności, np. komórka, klucze, pieniądze. Inna metoda sortowania powoduje drażniące uczucie chaosu. Podobno nie jestem pedantem.
To tyle
– a zaklepanie dalej otrzymują:
Widok z Rödingsmarkt
Okazuję się teraz, po tzw. czasie, że odkrywam sporą przyjemność w spojrzeniu z Rödingsmarkt na widok z pierwszej graficzki którą podarowałem żonie. Niezwykle harmonijne uczucie.
A z boku St Michel.
Wyładniało to miasto albo mi się tylko tak tego lutego wydaje
Jednostki miary?
Dziwna prawidłowość w takich skupiskach biur w centrach miast: im większa zbiorowość firm zorganizowana na dużej powierzchni tym pojedyńcza jednostka egzystencji mniejsza.
Inna sprawa, że gdy tak teraz się rozglądam po ograniczonej panoramie Hamburga za oknem to widzę, że ze wszystkiego da się zrobić biuro lub np. dobudować dwa pięterka.
Na wnioski dzisiaj to ja jednak za mało spałem w podróży tradycyjnym środkiem lokomocji w relacji Szczecin-Hamburg.
Kotek Bełkotek wskoczył
Pani z dedlajnem na karku:
– To ja za chwilę oddzwonię jak tylko dowiem się w tamtej firmie numer majlu…
A tak po 14-stym lutym
Na odcinku dom-praca zawsze mijam miejsce bardzo charakterystyczne czyli mały targ kwiaciarek z placu Sprzymierzonych. Wczoraj przemierzając miasto w poszukiwaniu zgrabnej i odpowiedniej maskoty, siłą rzeczy musiałem się przepchać przez tłumek panów o preferencjach goździkowych. O ile rano w moim zaspanym odrobinę umyśle, widok ceny 8 złoty sztuka-róża u delikwenta przy bramie który zapewne florystą nie był, wzbudził jedynie drobny odruch moralnego sprzeciwu, to okolicznościowa promocja w godzinach popołudniowych u kwiaciarek, w granicach 250% cen powszednich, trochę więcej niż zastanowiła.
Otóż Panowie: zdecydowanie bardziej opłaca się kochać kobiety swego życia na codzień niż od święta.
Ja to potrzebuję
Właśnie dochodzę do wniosku, że najbardziej wkurzającym komunikatem telefonicznym jaki może obwieścić osoba na niwie zawodowej jest: ja to potrzebuję na dzisiaj (jutro). Chciałoby się w takich momentach odpowiedzieć: a co mnie to obchodzi? Chciałoby się ale nie mogłoby się (ale do czasu).
Brak daty
Nie pamiętam dokładnie daty, przyjmuję, że to było około lub jakoś-tak. Trzy lata temu wyjechałem do Hamburga odpracowywać swoje błędy oraz również długi.
Nie oceniam czy to względnie długo czy nie. Na pewno wiele rzeczy nauczył mnie ten czas i nie był on stracony. Tak naprawdę to żaden okres w moim życiu nie był do skreślenia bo ze wszystkiego można wyciągnąć wnioski, jeśli tylko się tego chce.
O wiele bardziej
Dobrze się składa, że ten miesiąc jest tak drastycznie krótki bo jakoś zdaje się on być ni w pic ni w oko. Zima tradycyjnie zaskoczyła drogowców oraz ogrzewanie w biurze też nie-za-bardzo.
Lista sprawunków krótkoterminowych odkreślona. Lubię to uczucie kiedy wyrobiony jestem na krótkim dystansie. Pora zacząć tak kontrolować sytuację żeby zawsze odrobinę być do przodu.
A na pewno będzie to łatwiejsze od przyszłego miesiąca. O wiele bardziej.
Coś a’la ważne pytanie w sosie cudzym
Wyparowało ze mnie ciśnienie związane ze sprawami rodzinnymi. Uczucie ulgi to może jest zbyt wiele powiedziane ale na pewno nie targa to mną tak jak na początku. Czasami mamy problem kiedy przed nami pojawia się kwestia wyboru drogi. Tutaj rzecz się dokonała sama i nie zamierzam wnikać w jej przyczyny i skutki. Zabezpieczyć na tyle na ile mogę ewentualną przyszłość – to mogę zrobić, nic więcej, bo to nie ma sensu.
Historie zaniedbań mają zawsze to do siebie, że w pewnym momencie trzeba sobie z pewnych rzeczy zdać sprawę i cytując jedną z najlepszych współczesnych nam komedii polskich: odpowiedzieć na zajebiście ważne pytanie (…) i zacząć to robić. Kiedy nie ma cienia takiej woli to dalsze dyskusje na temat nie mają sensu. Kompletnie.
Paradoksalnie, całe to zamieszanie uświadomiło mi jak wolnym jestem człowiekiem i jak wiele mogę zrobić: tkwienie w ciasnym horyzoncie myśli i poglądów okazuje się być zbrodnią. Wyrządzaną przede wszystkim samemu sobie.
Na marginesie wyszło na jaw, że zaściankowość nie jest wcale takim przeterminowanym pojęciem jakby liberalnie mogło się wydawać.
Ziarnka kawy
W związku z nadciągającą wiosną i ogólnym ociepleniem oraz pozytywnymi wibracjami (do dopracowania jeszcze) wersja kawowa, enjoy
Wieczorową porą
Wieczorową porą dzisiejszego dnia wychodzi na to, że wyszło lepiej niż rok temu.
Dziękuję wszystkim czytelnikom którzy głosowali w konkursie, dziękuję również tym którzy nie głosowali oraz tym którzy głosowali ale nigdy nie czytali. Bez odbiorców zapewne nie byłoby blogów – i na odwrót jakoś-tak też.
Wypoczynek w życiu domowym
Jazda meteorologiczna nie sprzyja codziennej prozaicznej egzystencji. Myślę, że wkrótce zaczniemy gromadzić siły na wiosnę, żeby załatwić sprawy mniej lub bardziej epokowe; jedną z nich będzie zakup prawie własnego mieszkania – coraz częściej w naszych dyskusjach przewijają się pomysły co do szczegółów wnętrz – także myślę, że wraz z pierwszymi zapachami wiosny będzie to można w końcu wprowadzić w czyn.
Ostatnim tematem wirtualnego projektowania wnętrz była rola tzw. wypoczynku w życiu domowym i dizajnerce amatorskiej. Wspólnymi siłami doszliśmy do wniosku, że niemal niezależnie od powierzchni i charakteru wnętrza, najlepszy rozwiązaniem jest rezygnacja z tegoś tradycyjnego elementu na rzecz bardziej rekonfigurowalnych układów złożonych ze stołów, stolików, krzeseł i foteli. Wizja bujna ale ideałem byłby stół jadalny dzielący otwarty salon na kuchnię – a do tego w charakterze czilautu jakiś rattan i fotele do zalegania.
A wyciągnąłbym się w czymś takim, z wielką chęcią, już teraz.
Do wiosny
Ciężko się dopchać do komputera, oj ciężko. Żonę zaatakowała z prawdziwą mocą pasja dizajnerska, czego rezultatem jest bardzo udane i kompletne przemeblowanie bloga. Pomału we mnie również zaczyna dojrzewać silna potrzeba odmiany wizualnej na tonację kawowo-spokojną.
Weekend przyjemnie spędzony niemalże na nic-nierobieniu. Mam nadzieję, że ta spokojność emanować będzie na (nie tylko) najbliższe dni.
Krytyka systemu
Na fali krytyki systemu i mi się trochę udzieliło – rzecz z pogranicza bardziej zawodowego, więc pozwolę sobie tutaj tylko wspomnieć a umieścić tutaj.
Zasada Pareta
Po długotrwałym główkowaniu nad drobiazgiem technologicznym który nie dawał mi spokoju (przeniesienie danych pomiędzy tą samą bazą danych dwóch różnych systemów – szczegółów oszczędzę, może będą dobrą karmą do techbloga) doszedłem do wniosku, że zasada Pareta jest jednak genialna w swojej prostocie.
Głosi ona mniej więcej, że 80% zysku (rezultatu) jest generowane przez 20% nakładu. Prawda rzeczona jest potraktowana statystycznie – z punktu widzenia domowej psychologii wydaje się być oczywiste, że pracując nad pewnym problemem, przeciążamy organizm i na rozwiązanie możemy wpaść po krótszym lub dłuższym odpoczynku; rozwikłanie zagadki okaże się wtedy być genialne w swej prostocie a my będziemy odrobinę toczyć pianę na myśl, ile poświęciliśmy temu czasu bezowocnie.
Rzecz mnie jednak w tym jedna zasępia: mianowicie, jak się ma do tego wrodzone lenistwo?
Spisek urlopowy
Czasami odrobinę się zastanawiam jak to jest, że nie będąc szczególnym demonem pracowitości i skrupulatności, zawsze jakoś tak wychodzi, że zbiera mi się na koncie gigantyczny urlop? A kiedy, po prostu chciałbym uszczknąć z tego jakiś dzień lub dwa to okazuje się, że nie czas na to i nie ma mowy. Czy to jest może jakiś globalny spisek?
Zaczynam zauwazać, że poniedziałek chyba nie jest dobrym dniem na blogowe notatki.
Dlatego też między innymi, wypadałoby zmienić przyzwyczajenia podporządkowane rytmowi tygodnia.
Magiel
Okoliczności przyrody udowadniają, że cywilizacja stworzona przez człowieka to czasami kolos na glinianych nogach (chociaż można by powiedzieć – jeżeli chodzi o meritum – że na elektrycznych). Ciekawym czasami ile osób w takich okolicznościach wysnuwa głębsze wnioski z istnienia – głębsze ponad wykonanie telefonu do agenta ubezpieczeniowego oraz na potrzeby motywu przewodniego w maglu i na fajce w pracy.
Nie wiem skąd mi się to bierze ale często w obliczu żywiołów, ze szczególnym naciskiem na śnieżycę w mieście i paraliż komunikacyjny, odczuwam niemałą radochę na podobieństwo dziecięcią w zabawkowym. Chociaż z ręką na sercu to wichury, takie ot ponadmiar to już trochę takie bardziej straszne są. Hm. Może dlatego, że piętnaście centymetrów śniegu jest zdecydowanie mniej niebezpieczne i/lub tworzy czasami groteskowe obrazki? (taki latający garaż na ten przykład brzmi również groteskowo ale wygląda – jakby to powiedzieć – wprost przeciwnie)
Zupełnie swoją drogą to czasami mam wrażenie, że blog to też swoisty rodzaj magla…
Kopalnia
Kopalnia. Lub też raczej zalążek. Potencjalne świeże źródło karmy alternatywnej, polane sosem web-dwa-zero w ilości dość strawnej (acz zbytnio przypomina wykop.pl). Do zanotowania
Tryb wstecznej zgodności
Naprzeciw trudności życia prozaicznego cieszą mnie postępy w pracy – starannie ostatnimi czasy inwigilowane poprzez, mogę tak z lekkim rozbawieniem powiedzieć, niedoskonały aparat nadzoru. Nic to jednak, marność. Satysfakcja płynie z samej siebie a statystyki samozadowolenia rosną.
Sytuacja i status tych zapisków niejako wymusza odrobinę podejścia retrospektywnego (damn, jak to się pisze?). Nawet pobieżna analiza notatek na wyrywki, uświadamia mi, że im większy komfort pracy tym mniej wpisów narzekaniowych (no dosyć to oczywiste) a starając się być człowiekiem o dosyć poważnym zapatrywaniu na publikację nigdy nie afirmowałem obłoczków za oknem (no chyba, że ważne powody kierowały inaczej).
Dlatego w tym całym bałaganie zastanawia mnie, przy takim okresie pisania, jak bardzo konsekwencja stylistyczna wpływa na odbiór tudzież wyobrażenia czytających (i nie mam tu na myśli nagłego zwrotu w stronę narracji w trzeciej osobie)? Mechanizm ten od strony technicznej stron www po przetłumaczeniu na nasze zwie się trybem wstecznej zgodności.
Rozglądając się dalej niźli poza własnym okienkiem i tak można dojść do wniosku, że żelazna konsekwencja nie jest największym błędem genetycznym współczesności.
Cóż na to można począć – zastanowiłbym się pewnie w liceum.
A tak to mogę nieco ironicznie podsumować: przecież i tak wszyscy jesteśmy agentami.
Blog roku 2006 onet.pl aka selfpromo
Dzisiaj będzie bez przydługich wstępów bo nie lubię zbędnej kokieterii.
Czytelniku, jeżeli trafiłeś tu przypadkowo – przekop się przez archiwum bloga na tyle na ile będziesz miał siły i poznaj kilka moich historii.
Jeżeli zaciekawią Cię one oraz gdy nieprzypadkowo, celowo lub od dłuższego czasu odwiedzasz wszystkie wersje bloga to zapraszam do głosowania w kategorii ‘męski punkt widzenia’ na niniejszą zawartość i z góry dziękuję.
Segregator
Dzielę i segreguję sprawy na krótkoterminowe, takie bardziej średnio- oraz długoterminowe. Podejrzewam, że bez tej klasyfikacji, pogubiłbym się w tym roku w przeciągu dni piętnastu.
Z fusów wychodzi tak a nie inaczej a konkluzje spraw rodzinnych pozostają w rubrykach do zapisania. Dziwnie się toczy czasami ten świat-dziwak. Coraz więcej rzeczy zachwyca mnie swoim pięknem i inspiruje. Za wcześnie chyba jednak na to, żeby zamknąć to w słowa.
Narzekania poniedziałkowe
Kończenie pewnych projektów długoterminowych które z pozoru miały być lekkie, łatwe i przyjemne przypomina momentami próbę wczepienia się pazurami w taflę szkła. Najgorzej jest wtedy, gdy partner do rozmowy potrafi nas zaskakiwać niesamowitymi stwierdzeniami typu: to zmienimy i wszystko będzie ok a dla nas oznacza to kilka(naście) godzin dodatkowej pracy, co gorsza koncepcyjnej.
Dlaczego ‘co gorsza’? Czasami, gdy patrzę na niektóre wymysły projektowe to wolę się zaszyć w bluzę kaptura i nie podejmować jakiejkolwiek polemiki z ludźmi którzy mają sprecyzowaną wizję wyglądu i działania projektu, która jednak nijak się ma do rzeczywistości (mógłbym posunąć się do stwierdzenia, że starają się stworzyć w swojej wyobraźni pewną abstrakcyjną formę anty-rzeczywistości).
Realizatorowi takich ‘dziejowych’ zamierzeń pozostaje tylko i wyłącznie, bezdyskusyjne przemyślenie jak taki obcy wymiar stworzyć.
F5
Tak jakoś mi się właśnie technologicznie skojarzyło, że moje działania ostatnio upływają pod znakiem F5: jak odśwież pocztę, stronę lub jak kopiuj w Commanderze. Inna sprawa, że rzeczony zamęt techniczny pożera wręcz mnie.
Efekt posylwestrowy
W przerwie pomiędzy galopującymi projektami (tak, tak, Nowy Rok jest i wszyscy energicznie zabrali się do popędzania wyrobników dnia powszedniego) mignęły mi statystyki ruchu kilku serwerów powszechnie uważanych za dosyć obciążone. Umysł mój, nastawiony na kojarzenie odległych od siebie faktów, wyraźnie piknął i dał znać, że pora zapisać charakterystyczne spostrzeżenie.
Pomijając wysyp wszelakiej maści podsumowań: branżowych, osobistych, rankingów, prognoz itepe, najbardziej charakterystyczną cechą ostatnich dni w rzeczywistości oraz sieci jest zastój. Niemal gdzie się nie obejrzę to wszelakie słupki statystyczne: oglądalności, ruchu, efektywności, skurczyły się niczym dziecię w kącie po ostrej połajance.
Osobiście, ze względu na brak czasu, nie za bardzo mam jak empatycznie do tego podejść, zatem poprzestaję na sporadycznej obserwacji i pakuję to do szufladki z napisem efekt posylwestrowy.
Panie kochany co oni robią z tymi ludźmi
Wczoraj spotkałem się z mistrzostwem świata w niefrasobliwości. Minął nam świeżo stary rok więc mogę śmiało powiedzieć, że tytuł za 2006 przyznaję bez dłuższego zastanowienia.
Rzecz się tyczy pewnej dokumentacji z zakresu służby zdrowia, gdzie najbardziej istotnym elementem tejże było dostarczenie oprócz tony papieru, odpowiedniej wersji na czymś co potocznie nazywamy nośnikiem danych. Jak łatwo można się domyślić, pewne grupy zawodowe zdają się nie dostrzegać faktu, że czy tego chcemy czy też nie, żyjemy w epoce informacji zdigitalizowanej. Przyzwyczajenie to jest tak bardzo mocno zakorzenione w świadomości zbiorowej, że niejako samo z siebie jest idealnym usprawiedliwieniem w momencie kiedy rzeczony element dokumentacji zostaje zapomniany. Słowo to chyba najlepiej obrazuje, jeżeli tak to mogę wyrazić, stan tego niepozornego przedmiotu ze zdecydowanie bardziej niż pozornymi, informacjami: zapomniany i zagubiony.
Nie mam ochoty na barwny opis pobocznych wątków fabuły, ponieważ sytuacja sama w sobie powoduje takie zdziwienie, że mówiąc kolokwialnie, wszystkiego się odechciewa.
W świetle powyższego, muszę jednoznacznie stwierdzić, że nie ulituję się przez czas dłuższy nad niedolą pielęgniarską, lekarską oraz pokrewnie uciśnionymi, ponieważ ingnorancja jest dla mnie jednym z podstawowych grzechów głównych.
Zastanawiam się tylko czy w przypadku pewnych grup społecznych, skupionych wokół pewnych, nazwijmy to umownie mentalności, to jest jakaś klątwa z gatunku mistycznych czy raczej determinizm dziejowy?
Ironicznie na koniec mogę tylko dodać, że inicjały bohaterów które w tekście nie występują, zostały zmienione ze względu na utrzymujący się stan kryzysu i publikacja ich nie poprawiłaby i tak trudnej sytuacji. Mądrość ludyczna i tak wie swoje i stwierdza: paczpan, panie kochany, co oni robią z tymi ludźmi…
Techblog
Po odrobinę dłużej trwających bojach ze złośliwością rzeczy technicznych, jeżeli tak mogę powiedzieć, uruchomiłem noworoczne postanowienie: techblog w celu wyeliminowania technologicznej węgierszczyzny z niniejszego bloga (ponieważ mam coraz częstszą ochotę skrobnąć coś w nieludzkim języku)
z Nowym Rokiem
Kanonada nad miastem odrobinę już cichła, my razem z nią byliśmy skłonni rozpocząć negocjacje z łóżkiem a jakoś zapatrzyliśmy się w niemały jeszcze ruch uliczny.
W kałuży na ulicy stała postać – z takiej odległości nierozpoznawalna. Po dłuższej obserwacji dosyć dziwnych zachowań (maniakalnego wręcz brodzenia w kałuży, to w jedną, to w drugą stronę) postanowiliśmy się tym zainteresować, ze względu chyba na nagły skok pozytywnego wzmocnienia, z reguły towarzyszący takim okolicznościom jak Nowy Rok.
Zeszliśmy na Plac, postać okazała się być przemoczonym dwudziestolatkiem, odrobinę upartym ale nie wykazującym żadnych znaczących cech negatywnych.
Przyprowadziliśmy go do klatki schodowej naszego bloku, daliśmy herbatę i coś suchego do przebrania.
Czy możemy 2007 nazwać ciekawie zapowiadającym się rokiem?
2k7
Okazuje się, że puenta nie występuje pod koniec każdego odcinka życiowej fabuły. Nauka którą wysnułem okrągły rok temu w pewnej mierze okazała się być przygotowaniem do swoistej wolty godnej mistrzów suspensu.
Ciekawym doświadczeniem jest spróbować spojrzeć z innego punktu widzenia, poprzez perspektywę odmiennego rytmu życia. Niezwykłość tegoż, okazuje się być jeszcze bardziej nurtująca kiedy z tamtej strony się wraca, kiedy okazuje się, że postawę szlachetnie obiektywną, można sobie włożyć głęboko gdzieś.
Rozważam to i rezultat jaki wysupłuję mogę zawrzeć w metaforze: droga – czyli coś: tam, oraz: z powrotem.
Nie chcę przeforsowywać truizmu, że nie da rady obiektywnie patrzeć na świat – wbrew pozorom które spisałem rok temu, dotarłem do punktu gdzie mogę jasno stwierdzić, że należy wartościować punkt widzenia. To chyba nie jest poczucie, że pewne rzeczy mam we krwi: mogłem spojrzeć na świat i życie z perspektywy Śląska. Zrobiłem to. Z ciekawości i dla chęci rozwoju.
Wzięliśmy z Promyczkiem ślub. Atmosfera i szczególność pewnych zdarzeń na które tu, w osobistym rocznym bilansie nie znajdę miejsca, pokazały nam jakie są różnice w tym co z reguły oklejamy etykietkami: styl i sposób na życie. Pod warunkiem, że w ogóle są.
Odrobinę dystansu wymieniłem na pewność i utylitarny konserwatyzm w charakterze oręża w życiu, dzięki czemu chcę zrealizować plany w taki a nie inny sposób: trudności są po to, żeby docenić wartość odpoczynku i dni powszednich.
Patrzeć na życie przez swoją własną perspektywę bo część historii tego roku pokazało, że po prostu już wystarczy. Natomiast druga część jest żywym dowodem na istnienie takich wartości uniwersalnych jak przyjaźń, szczerość, lojalność.
Na ekranach niebiesko-czerwona flaga.
2k7.
061229:0131
Tak patrząc na zegarek to dochodzę do wniosku, że chyba nie dociera do mnie, że to koniec roku i pora na odrobinę zwolnienia i refleksyjnej zadumy. Kurde.
Wszystko 2.0
Pierwsza z rzeczy która rzuciła mi się w oczy po zainstalowaniu Firefox’a 2.0 to domyślnie włączony moduł sprawdzania pisowni w elementach <textarea> we formularzach. Ciekawy jestem wielce jaki to (jeżeli będzie) miało wpływ na dzieci neostrady i inne pokrewne gatunki z podejrzeniem o symulowanie dysortografii (o ile w tej grupie jest jakiś znaczący odsetek użytkowników FF)?
Nawiasem mówiąc, szkoda, że onetowy, wysiwygowy edytor nie załapuje się do tej reguły.
Web 2.0 – Firefox 2.0 – Społeczeństwo 2.0?
Case
Zdenerwowanie poprzedniego tygodnia zamienia się błyskawicznie w ciekawość. Kwity zostały wysłane a prawnicy orzekli, że sprawa jest rozwojowa – kiedy od takich ludzi słyszę, że szanse na wygranie sprawy są większe niż 80% to jest to dla mnie prawie jak polisa ubezpieczeniowa i maść na stłuczenia w jednym. Case jest podobno interesujący a nad przyszłymi stosunkami rodzinnymi nie mam siły na razie się zastanawiać.
Swoją drogą to nie chce mi się pomieścić w głowie w ilu miejscach jeszcze drzemie duch peerelu (tu miejsce na bardzo specjalne ukłony w stronę pewnej pani po drugiej stronie słuchawki telefonicznej).
Dygresja na relaks jest taka: jak to dobrze jest mieć żonę która gra w Diablo – można fajnie pogadać o itemach
Misterium wódki
W mijającym świątecznym czasie moją uwagę zwraca polska liturgia wódki. Zwyczaj ten jest na tyle silny, że osoby które (nie mogę wspomnieć kiedy i gdzie) ze względów religijnych odmawiają dzielenia się opłatkiem, nie chcą odmówić i sobie i zapraszającym, przełamania się kieliszkiem. Przemożna jest siła niektórych obyczajów a polskiej hipokryzji to już chyba największa.
Przeglądam skrót wiadomości; w świąteczny weekend to do tej pory zatrzymano 1600 pijanych kierowców, 82 osoby zginęły a 582 są ranne. Te smutne statystyki rosną z roku na rok i już nie wiem naprawdę jak się mają do tego hasła solidarności i odnowy moralnej.
Zadziwiające misterium, zastanawiam się nad tym i jedyne co sensowne przychodzi mi do głowy, to, że za dużo w telewizji kina familijno-świątecznego i że pod wpływem tego, wzięło mnie na spisywanie moralitetów, wniosek nasuwa się jednakże taki: trzeba pójść własną ścieżką pośród tego kurzu bitewnego.
Rewolucja teraz!
Dość już tych szpitalnych kolorów!
(przypatruję się nawyprawianym zmianom z każdego możliwego kąta – czy aby nie za bardzo po oczach dające…)
AD 2006
Przede wszystkim życzę Wam wszystkim spokoju i ciepła – bo kiedy te dwie sprawy mają się dobrze to z resztą zawsze można coś począć. Życzę Wam też, żeby świat nie zjadał Was na codzień, ponieważ pewne rzeczy są zbyt małe by mogły naprawdę zaszkodzić – a są na tyle upierdliwe, że nam dokuczają – zatem zdrowego dystansu również życzę.
A sobie życzę dobrego pomysłu na nowe kolory na blogu oraz tradycyjnie już okrągłej bańki w używanych banknotach, może być nawet złotych
Czasopodwajacz
Zauważam, chociaż to może trochę za słabo powiedziane, że wszyscy na dniach dzielą czas spraw i sprawunków na przed Świętami oraz po Świętach. Głównym motywem działania większości osób jest zapewne troska o zapewnienie sobie świętego spokoju podczas minimum czterech dni potencjalnie wolnego czasu. Charakterystyczne jest również to, że im dane źródło (tak pozwolę sobie to określić) obowiązków więcej stara się wrzucić do mojego koszyka, tym dany termin staje się bardziej napięty, jest odsuwany na tuż tuż, czyli de facto na piątek przed wydłużonym weekendem oraz obiecana nagroda dla tejże persony zwiększa się o nicmnienicnieobchodzi rozciągające się również do dnia kaca po Nowym Roku.
Zaczynam chyba pomału rozumieć ukryte pobudki które kierowały osobami odpowiedzialnymi za kampanię reklamową z czasopodwajaczem w roli głównej. Z pewnym drobnym uśmiechem odnotowuję, że to chyba jest jakiś element globalnego spisku.
Smak życia
Isaac Asimov poprzez słowa bohatera największej ze swoich powieści, twierdził, że każda skuteczna ewolucja to proces napotykania na swojej drodze kryzysów, przy których wydaje się, że są one nie do rozwiązania, dopóki nie zobaczy się jedynej możliwej drogi wyjścia która w swej prostocie jest genialna.
To działa na mnie zawsze jakoś niebywale wzmacniająco.
Rzecz kultowa
Chociaż producentów jest sporo, to tak naprawdę tylko produkty Vifon i Yum Yum zostawiają w ustach charakterystyczny, długo utrzymujący się posmak.
Jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy nowej rzeczywistości ostatnich nastu lat jest danie błyskawiczne znane pod potoczną nazwą zupki chińskiej.
Pamiętam jak mając po piętnaście lat z kumplem zajadaliśmy się pierwszymi dostępnymi Kuksu które wydawały się nam wtedy egzotycznymi, atrakcyjnymi potrawami.
Moim skromnym zdaniem, modele najbardziej charakterystyczne to te podpisane krewetkowa curry – ostra oraz kurczak czyli opcja łagodna (tutaj zapewne należałoby się głębiej zastanowić nad wpływem autosugestii przy degustacji potraw tej klasy).
Moje osobiste doświadczenia nauczyły mnie, że nieważne czy prowadzisz własną firmę czy nie, czy to ze względów smakowych czy finansowych, mieszkasz w Szczecinie czy Hamburgu, to zawsze może być czas i miejsce na miseczkę makaronu nienajwyższych lotów zalanego po prostu wrzątkiem z dodatkiem proszków z torebek, z których na smak najbardziej ma wpływ ta podpisana częstokroć dosyć tajemniczo: soup base.
Swoją drogą jestem ciekawy czy powstanie kiedyś zbiór przepisów i tricków różnorakich, przydatnych przy sporządzaniu tego pokarmu kultowego, takich jak np. nie dodawanie zawartości torebki ‘warzywa‘ w celu uniknięcia zbytniego wrażenia konsumpcji mydlin (spotykane w niektórych wersjach) lub też stosowanie serka topionego jako polepszacza gęstości.
Podsumowując – upatruję w tej małej paczce z kostką makaronową pewnej metafory naszych szybkich czasów, szybkich i pełnych produktów z Dalekiego Wschodu – co nie zawsze musi oznaczać najwyższą jakość ale prawie zawsze kojarzone jest z niską ceną.
Dlatego też z pewnym lekkim rozbawieniem stwierdzam, że obok takich dziejowych wynalazków epoki informacyjnej, jak internet czy telefonia komórkowa, w panteonie sławy powinno się znaleźć też miejsce dla zupki chińskiej – rzeczy kultowej.