Kuskus

Temperatura dzisiaj bije rekordy, niebuszewo.pl wykazuje właśnie 15,5 stopnia: :)

Z odkryć wagi kolumbowej, wczoraj zaeksperymentowałem po raz pierwszy kuskus. A że jak eksperymentować to od razu na full to do onej kaszki na bulionie i czosnku, dorzuciłem śledzia w sosie musztardowym. Całość w charakterze przestudzonym, nie dość, że dało się zjeść to smakowało (i to nie tylko mi – Promyczek degustował z taką pewną lekką nutką nieśmiałości) a nawet nic mi dzisiaj nie jest (sic).

Przyczajam się okrutnie na Sacred i Divine Divinity, nie najświeższe toto ale odczuwam z promieniami wiosennego słońca silną potrzebę załupania w coś diablowatego (sistema na naszym sprzęcie zdecydowanie odwrotnie aż czuję, że dojrzałem do zainstalowania czegoś sprzecznego z moimi przekonaniami).

Tylko z czym ten kuskus dzisiaj chapnąć, hym, to jest dopiero dylemat moralny.

Ściągnij nową wersję Internetu

Pierwsze cieplejsze noce od dłuższego czasu.
W powietrzu brak symptomów napięcia przedponiedziałkowego.
Dziwię się czasami pewnym pseudo-eterycznym klimatom panującym zwłaszcza w blogsystemach.
Chociaż może nie powinienem się już niczemu dziwić w tej nowej wersji internetu.

Tupnij jeśli rozumiesz.

Różowe sznurówki

… i raczej nigdy bym nie przypuszczał, że Promyczek zakocha się w czymś takim jak A Pain That I’m Used To (Jacques Lu Cont Remix) – Depeche Mode, ze szczególnym naciskiem na _remix.
Bo to jest, zacytuję: taki house od serca.
Od tych beatów nawet szklanki w szafce tańczą.
A szef kuchni poleca z dań ekstremalnych: Pani w Obuwniczym – Pogodno (Electric Rudeboyz Remix).

Fraza

Nad browarkiem przy barze wyniknęła sprawa frazeologiczna: nie będę przytaczał anegdoty w całości ale czym się różni sformułowanie będę w mieście od będę na mieście?

Składak

Tygodnie skończyły swoją szaleńczą galopadę.
W środku rozbabranego piątku jestem.
Wieczorem to poskładam.

Mixed

Coś się psuje na wyjściu grafiki w Sacred (wygląda na całkiem niezłego klona Diablo bo obadaniu na innym komputerze) i generują się spleszyki w czasie rzeczywistym, heh. Nie mam już chyba na to siły dzisiaj.
Młoda twierdzi, że znowuż mam oczy jak z kreskówki (taki motyw czasami był kiedy to postać pod wpływem hipnozy była czy innego stanu odmiennej świadomości). Coś w tym pewnie musi być.
A w kwestii dbałości o równowagę saundu to chyba dałem radę wypracować jakiś kompromis na heblach i membramy pomrukują rozkosznie nawet przy nieznacznej dawce mocy w eter. Na dźwięki w tle w porze popołudniowej polecam (odgrzebany trochę) „Mixed UpKjurów. Promyczek trawi to nawet z pewną przyjemnością – zatem nie jest źle :)

Sound

Zmiana płyty głównej i co za tym idzie generatora dźwięku razem ze wzmacniaczem, zaowocowała prawie trzygodzinnym obłędem w oczach (jak stwierdziła przyszła małżonka). Nie wiem co na selektywność dźwięku nasi sąsiędzi. Objawów niezadowolenia na razie brak, swoją drogą … niech też coś od życia mają ;)

Mieszkalnictwo, część zapewne niepierwsza

Wyobraźnia urzędnicza nie zna granic.

Po 11 latach oczekiwania w magistracie na tzw. lokal komunalny do remontu, odpowiedni wydział proponuje mi ca. 16 metrów kwadratowych (tak: szesnaście) z operatem remontowym opiewającym na 26 kawałków obecnych złotych polskich. Co przy podstawowej umiejętności obsługi kalkulatora daje wynik 1625 złotych za metr (grzyb ścienny jest dodawany gratis). Co więcej, cena remontu tej psiej budy w przyziemiu – bo parterem tego nie sposób nazwać, jest jak najbardziej w oczach speców od surrealizmu uzasadnialna: stawka urzędowa za tzw. odtworzenie metra kwadratowego powierzchni komunalnych wynosi 2600 zł, więc w danym przypadku mam do czynienia ze złotym interesem.

Nie, nie wyjadę na Wyspy i nie dostanę ataku szału.

Dojrzałem już do tego, żeby dążyć do celu, swoimi własnymi sposobami.

Wojak podwójnie chmielony

Jest tak, że się dzieje. Sprawy, rzeczy i sprawunki.
Wydłużony weekend o dwa dni urlopu. Przymiarka już na grubo do kredytu mieszkaniowego. Remont komputera stacjonarnego i walka z ustawieniami firmowej płyty głównej. Tradycyjne już, myślę, że tak mogę powiedzieć, gotowanie w piątek. Dbałość o estetykę dźwięku powierzona firmie Onkyo za pośrednictwem zakupu na serwisie aukcyjnym. Pre-parapetówka friendowa. Spłata (w końcu, wreszcie) w Outcaffe.

Jak ja mam takie życie zmieścić w płynnej narracji?
Tego się nie da anegdotycznie.
Może i zabrzmi to zarozumiale – ale dziwię się tym którzy nudzą się życiem.
A do tego czuję grubą hossę lada moment.
A może po prostu to piwko mi tak dobrze wchodzi?
Narracja będzie innym razem ;)

Flejmy

Flejmy coraz dłuższe nawet tu w blogsystemie, wniosek zatem, że wiosna wybuchnie lada dzień.
Poniedziałek trzynastego tradycyjnie trzeba przetrzymać, na ulicach sygnały pojazdów uprzywilejowanych, papricanas wtopili trzy-zeiro, Świnoujście zapowietrzone.
Ciekawe czasy.
Żebym to ja jeszcze jakoś zmontował w słowa składne. To by było już naprawdę nieźle.

and goes pink ;)

Taka panierka do filetów drobiowych to dobra jest.
Notatnik ostatnio daje radę.
Something goes pink ;)
Co właściwie można w skrócie napisać? Wszytkiego to się nie da.
Tylko niech ktoś już wyłączy tę zimę, to nie jest normalne.

Pomijam

Czasami mam tak, że absolutnie nic nie chce się pisać. Nie ze względu na tak zwaną niepotoczystość tylko po prostu.
Pomijam, mam nadzieję, dobiegającą końca walkę z psującymi się przedmiotami mechanicznymi, elektrycznymi i elektronicznymi.
Pomijam też anomalie takie, że dobiega połowa marca a śnieg leży.
Pomijam.
Bo tak mi po prostu dobrze.
I nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić.

Slomo on

Weekend pod znakiem pomocy w przeprowadzce z Prawobrzeża do Śródmieścia.
Jednym z moich obowiązków przedmałżeńskich jest zaprojektowanie zaproszeń na ślub – czaję się do dobrego justunku.
Na słuchawkach Depeche Mode – I Just Can’t Get Enough (Tribal Remix White Label 2005).
Nie ma mowy, ten tydzień muszę spowolnić bo zwariuję.

Haiku (z wczoraj)

Lift brzoskwiniowo-jabłkowy się kończy.
Papierosy się kończą.
Wszystko co niedobre szybko się kończy.

Zadziwienie

Wplatam javascript w asp i się zadziwiam (dwa lata temu nie ruszyłbym asp a do niedawna javascript’a).
Na słuchawkach IRA – Bezsenni i tym się zadziwiam jeszcze bardziej.
:)

A za firewallem

Wgapiam się jeszcze z lekkim niedowierzaniem w tego rekurencyjnego do while’a i zastanawiam się jak bardzo trzeba na pewien problem algorytmiczny spojrzeć z innego kąta, żeby wreszcie osiągnąć zadowalające rezultaty.

A za firewallem czeka gąszcz pod postacią wniosków kredytowych, zdolności, rynku nieruchomości i notariuszy-krwiopijców. Jednym słowem idzie wiosna w mieszkaniówce.

Miłość w deklaracjach i rezygnacjach POZ. Szkaradny personel medyczny w pewnym NZOZie (litościwie nie powiem w którym) i wprost odwrotny, zajarany ślubem (‘o tu już zaraz napiszemy i żona będzie u nas razem z panem’) u pani lekarz rodzinnej.

Mam wielkie bordowe serce w portfelu :)

Za firewallem podobno +2,5 :)

pe’es

A tak już zupełnie bajdełej to czasami mam wrażenie jakbym obserwował jeden wielki festiwal wazeliny.
45 minut do końca trzynastego.

Spid

Tak to widzę, że odmierzam czas tygodniami. Tygodniami podzielonymi na dni robocze i weekendy. Tak. Tydzień podstawową jednostką miary jest.
Początek tego tygodnia wskazuje na to, że zaczyna się kolejne pięć dni na jeszcze większym spidzie niż poprzednie pięć dni.
Trochę patrzę w kalendarz a trochę w kalkulator. Co za różnica, oba na ka.
Jest dobrze i jest co robić – a to z kolei też dobrze.
Czyli bardzo dobrze.

Short

Chociaż odwilż chrupie pod butami ponownie przymrozkiem to w powietrzu czuć zbliżające się przedwiośnie.
A najbardziej to czuć w ludziach. Niemalże jak nigdy dotąd.

Termina

I wychodzi na to, że najlepsze są przedwsięzięcia mimowolne. Po butikowym rekonesansie dzisiaj popadliśmy w małą depresję tekstylną. Nie będzie chyba prosto wejść w posiadanie fatałaszków ślubnych.
Naturalnie natomiast i dosyć spontanicznie udało się nam zarezerwować już terminy w hotelu i wielce sympatycznym lokalu: Na Kuncu Korytarza.
Nie ma jak wu wei. Nawet nieświadome. A może zwłaszcza :)

Pump up the volume

Pamięć moja nieco zawodzi i nie mogę sobie zbytnio przypomnieć czy ostatni raz dłubałem coś w trackerze sześć czy dziesięć lat temu. Za to po raz pierwszy mam zrobić dźwięki komercyjne o charakterze, ekhem, ilustracyjnym.
Chwytliwych motywów a’la techno do wysamplowania pilnie poszukuję :)

Scrap

Przeglądam onlajnowe magazyny dizajnerskie w celu wybadania w jakim kierunku zmierzają trendy bo chyba już czas na jakiś współczesny projekt.
I nie jest to wcale takie proste jak się zdawało.
Gonię teraźniejszosć innymi słowy.

Skrót

Weekend upłynął pod znakiem odpoczynku i kiepskich filmów na deser.

Szczerze nas rozbawiło najbardziej offowe miejsce pod słońcem czyli Officyna – mieniące się być mekką sztuki niezależnej, tak bardzo niezależnej, że aż nieczynnej w dni wolne (najciekawsza z tego wszystkiego okazała się być lokalizacja w dawnym tartaku na Niebuszewie).

Po przysłowiowym pocałowaniu klamki mieliśmy na tyle dosyć offu (widocznie jesteśmy już zdegenerowanymi skomercjalizowanymi konsumentami popu bez zrozumienia, że prawdziwa sztuka to codzienność a nie dni wolne od pracy), że wybraliśmy się po prostu na spacer do parku we formie tradycyjnej połączonej z odwiedzeniem niemalże przaśnego przybytku o wdzięcznej nazwie Bar Platan.

Knajpka Teatru Małego o którym wspomniałem okazała się być kameralnym miejscem, z widocznymi zamierzeniami gospodarzy co do odbiorcy docelowego: repertuar zupełnie współczesny (tylko co w tym zestawieniu robi Fredro) plus wnętrze foyer-baru w stylu ekstremalna ikea. Generalnie rzecz biorąc: klasa biznesowa z aspiracjami intelektualnymi lub (co bardziej prawdopodobne) z potrzebą tzw. pokazania się ‘na sztuce‘. Nasze podsumowanie: może kiedyś damy się skusić, z naciskiem na może.

Zupełnie z innej strony wędrówek w poszukiwaniu strawy (tym razem nie duchowej) zaciekawia Tawerna Marynarzy Za Burtą. Jadłospis cenowo prezentuje się rewelacyjnie a oprawa lokalu i wrażenie ogólne pozwalają przypuszczać, że będzie smacznie. Niestety w niedzielę nieczynne.

Wbrew pozorom okazuje się, że nieduża nawet lasagna ze szpinakiem jest smakowicie sycąca. Duży plus za to dla Pizzerii Na Starym Mieście (taka jest nazwa tego lokalu ale www nie mogę jakoś wyguglać) na Końskim Kieracie. Drugi plus za bardzo przyjemną i przytulną atmosferę.

W kinie domowym tym razem z kiepścizny: Hooligans (marne w przesłaniu ale potrafi wciągnąć) oraz Podwójna Gra (nędza totalna a obraz trzyma się dzięki luzackiej roli Al Pacino) – czyli set wyjątkowo nieudany.

Zapomniałbym: weekend zaczęliśmy od Egzorcyzmów Emily Rose – ewidentnie dobry film nawet dla niefanów horrorów i innych historii krew w żyłach mrożących. W dodatku oparty na faktach – ciekawe, swoją drogą, na ile na niefaktach.

 

Tak patrzę po powyższych akapitach które miały być wyrywkowym, wręcz telegraficznym skrótem na temat spędzania ze sobą czasu a prezentują się conajmniej nieskrótowo – i tak uśmiecham się do własnych myśli…

… ponieważ dzisiaj złożymy w stosownym urzędzie wniosek o legalizację owej liczby mnogiej „my” – w celu spędzenia całej reszty czasu ze sobą :)

Leniwa baza danych

Mógłbym powiedzieć, że leniwy sobotni poranek gdybym nie wstał przymusowo przedwcześnie. Mógłbym też powiedzieć, że leniwa praca gdyby nie fakt, że to umęczona baza danych leniwie mieli cyferki.
Takie małe poranne marudzenie po prostu.
A inna sprawa, że ludzie na blogsystemie ostatnio zachowują się dość dziwnie ;)

Pomiędzy ciszą a krawędzią

W nosie pełno a w głowie pusto. Niestety.
Pomału zakańczam ten dzień rozważaniami na temat nagłości pewnych rozwiązań, na które czasami nie da rady wpaść ileś tam dni z rzędu a kiedy już przychodzą to okazują się być proste do zrealizowania.
No dobra, teraz będzie bez matolenia.

Wdech.
Nie przepadam za wzniosłymi frazesami – których i tak pełno wokoło (zastanawiam się czy nie dodać ‘ostatnimi czasy‘) – muszę jednak poniższe zapisać pełnym zdaniem:
Spotkam się dzisiaj wieczorem, po raz pierwszy od ładnych kilku lat, z człowiekiem, który uratował mi życie w pewnej dawnej górskiej sytuacji.

Mógłbym napisać, że dziwnie to wszystko przeplata się po latach ale to byłaby już pompa i zadęcie. Wierzę, że rzeczy i sprawy w życiu albo dzieją się po_prostu albo my je stwarzamy.
Czasami jest nawet tak, że się to łączy.

Siądziemy zapewne przy kuflu piwa bosmańskiego przy barze w lokalu na który wszyscy potocznie mówią Ajrisz – chociaż podobno nie tak się nazywa i nie stosuję tu też żadnej muzycznej metafory. Może pomarudzimy trochę jak dwa takie matuzalemy zmierzłe na dzisiejsze, panietentego. czasy a może po prostu podzielimy się ze sobą radością i szczęściem.

A będzie jeszcze lepiej, jeżeli nie przekroczę granicy symbolicznych kilku piw i po powrocie z knajpy moja przyszła małżonka orzeknie, że byłem grzeczny.

I w ten sposób się toczy ten świat – dziwak.

To taka moja spokojna radość na dzisiaj.

Gubałówka

Z racji nie tylko pracy czasami rozglądam się po domenach internetowych i właśnie rozbawiła mnie … Gubałówka, spójrzcie: gubalowka.pl (na dzien dzisiejszy brak) i gubalowka.com.pl – jak to mawiają w pewnych kręgach: „Szczecin od morza do morza” :)

Dawka

Pomimo tego, że dzisiaj wtorek to jakoś tak trochę spływam z krzesła.
Myślę raczej o tym, żeby coś wykoncypować na obiadokolację. Problem ten zawsze palący jest i onegdaj nawet regularnie doprowadzał do kłótni małżeńskich z reguły przy stercie kurczaków w Netto.
Nic to. Trzeba dawkę kolejną kofeiny przyjąć w organizm i stawić dzielnie czoła wymiarowi dziwnych znaków.
A tak na marginesie, to zwrot powyższy, wydaje mi się, że wymyślił Promyczek a nie autorzy blog.dokument. Chociaż mogę być jeszcze rankiem skołowaciały.

Per saldo

Obolałe gardło i lekkie niedospanie nie współgrają dobrze z ekspresowym tempem pracy (zwłaszcza w poniedziałek). Nie mogę jednak na nic narzekać ponieważ spędziłem wydłużony weekend intensywnie się relaksując. Milczeniem mogę tylko pominąć fakty, że trud niektórych zabiegów relaksacyjnych chyba zbyt mocno osłabił mój organizm w który wdała się chyba jakaś infekcja.

Również milczeniem potraktuję tzw. dzieło filmowe o podejrzanym (przyznam, że dopiero teraz dla mnie podejrzanym) tytule ‘Tylko mnie kochaj’, którego najjaśniejszym punktem jest dowód, że dziecięcy urok wygrywa ze sztabem aktorów zawodowych, scenarzystów, kameramanów etc. Szczytem rozkoszy są nachalne ujęcia na warszawski skyline z jakimśże parkiem na pierwszym planie które to zapewne mają budzić skojarzenia z pewnym rozległym zieleńcem na Manhattanie.

Czuję, że za diabła już dzisiaj się nie zabiorę za pewną obrzydliwą rekurencję – choć z pewnym poczuciem winy powininem dzisiaj bystro klepać w klawiaturę o przynajmniej trzydzieści minut więcej niż ustawowe godziny pracy – co chyba uczynię spryciarsko, tak żeby z biura pójść od razu na przystanek autobusowy poczekać na Młodą.
Należy zatem wyrzeźbić jakiś śliczny poniedziałkowy raport dzienny z pracy i zastanowić się jak zapewnić sobie przypływ geniuszu (najlepiej przez sen).

Muszę zatem przyznać, że wolne plus nieróbstwo plus impreza domowa, parapetowa plus (a niech tam) kino i nie tylko spowodowały, że per saldo to humor poniedziałkowy mam całkiem dobry a w dodatku w domu zjem z Promyczkiem resztę chili con carne (które to chyba już przegryzło się wybornie).
Taka terapia autosugestią na początek tygodnia.

Widok z pokoju na pl. Żołnierza

Z urlopem w piątek, zaległym jeszcze z zeszłego roku w dużej ilości, patrzę jak poprzez mgłę i smog, pierwsze promienie słońca w lekko cukierkowy sposób oświetlają wieże kościołów przy placu Zwycięstwa. (Znacie zapewne tę mgiełkę poranną w ruchu miejskim, kiedy w jaśniejszych fasadach i zdobieniach odbijają się promienie wschodzącego słońca.)

Św. Jakub wybija godzinę i wbrew temu co mówią nad szklanką piwa w przybytkach różnej maści, miastu temu nie wyrwano serca i nie wymazano pamięci.

Echo dzwonu odbija się na Zamku gdzie księżna Anna wypatruje swojego męża z dalekiej wyprawy do Jerozolimy. Głos wybijanej godziny dobiega do Rzeki na którą miasto dzisiejsze się obraziło lecz która płynie tak samo jak przed wiekami, gdzie rybitwy i woń nadrzeczna oznajmiają przybyszom z głębi lądu, że właśnie stąd wypływają statki na cały świat.

Löwe przechadza się po placu św. Jakuba i w krokach na kamiennym bruku wysłuchuje przyszłych nut swojej muzyki. Księżna Anhalt-Zerbst patrzy z okien pałacu na fontannę i rozmyśla o tym co przyniesie jej tron carski w Rosji.

Kupcy i rzemieślnicy w gwarze szynku w piwnicach Ratusza rozprawiają o brawurowych wyczynach imć Wyszaka, jego wyprawach i zdobyczach. Niewiele dalej uliczką pod górę bankier Loitz w swojej rezydencji rozmyśla o wypłacalności króla polskiego.

Dzisiaj wieczorem w półmroku Czarnego Kota Rudego pan Opatowicz oznajmi zgromadzonym gościom, że przyjemnie by było wesprzeć utrudzonych artystów kieliszkiem wina lub czegoś mocniejszego. Na ulicy księcia Bogusława, biesiadnicy przemierzający każde pięć metrów od lokalu do lokalu, narzekać będą na doskwierający mróz.

Promienie słońca zaczynają ogrzewać posąg Colleoniego, kondotiera z utrąconym mieczem.

To nowy dzień nad miastem, wyjątkowy jak każdy z miliona innych.

Homo fotoness

Jedną z niesamowicie wpływających na dobre samopoczucie rzeczy jest wydłużający się dzień. Przyjemnie jest powędrować do biura kiedy nie jest jeszcze ciemno oraz legnąć się w domu na oddech z kawą i papierosem kiedy nie ma jeszcze wieczornego zmroku.

Wnioskuję z tego, że człowiek jest istotą światłoczułą na podobieństwo materiałów fotograficznych (homo fotoness?), chyba raczej atawizm to nie jest – rozważać tego nie będę ponieważ moja wiedza z zakresu nauk przyrodniczych jest gorsza nawet od znajomości przedmiotów ścisłych. Czyli na szarym końcu jest.

Idę się naświetlić przed biuro i pochłonąć trochę substancji smolistych.
Hmm, a to już chyba jak u roślin – fotosynteza :)
Obiecuję, że nie będę sobie powtarzał ‘nie jestem rośliną, nie jestem rośliną’ – to po prostu kawa w biurze ma zaniżoną zawartość kofeiny.

Teatr Mały

Może artykuł i nienajświeższy ale za to termin się zbliża. Otwarcie nowej sceny w Szczecinie: Teatr Mały na Deptaku. Wróży to coraz lepiej i temu miejscu i miastu: może i nadejdzie czas kiedy w mieście będzie więcej teatrów niż hipermarketów.

Zaintrygowany możliwością, skonsultuję się z przyszłą małżonką :)

 

edit po dwóch „komentarzach”: to jest dobry pomysł na humor z rana: idiotyczne wpisy pod notką i dobra kawa :)

Scratch

Scratch jak w sformułowaniu ‘from a scratch‘. Ze sukcesem. Jak dzisiejszy wrapper asp do tzw, dynamicznego html’a. Do końca tygodnia osobny ‘from a scratch‘ z rekurencją w sql’owych zapytaniach. Czyli tradycyjnie drzewka danych.

Chyba trzeba dzisiaj iść wcześniej spać ;)

Bazgrolnik

Nie lubię nadmiaru wielokropków.
Nie cierpię fatalnej typografii.
Nienawidzę wojny płci –
– najczęściej uskutecznianej przez wykastrowanych samców i nieatrakcyjne samice.

Nie znoszę egzaltacji.
Nie rozumiem obłudy bocoludziepowiedzą.
Nie trawię błędów ortograficznych.
I dlaczego pół Usenet’u ma koty?

/taki mój bazgrolnik na dzisiaj/

Technologiae

Spędziłem kilka nocy (co widać po ostatnich notkach) nad dość rozległym projektem. Wprawiło mnie to w pewne nie do końca ujawnione przemyślenie.

Na przestrzeni kilku(nastu) ostatnich lat nastąpiła moim zdaniem drastyczna zmiana w podmiotowości programowania (tak to umownie nazwijmy). Czysty algorytm z pętlami i warunkami od punktu A do punktu B został zastąpiony przetwarzaniem rozproszonym. Zatem sposób myślenia o zagadnieniu czy też danym projekcie musiał się przesunąć ze ścisłego, analitycznego myślenia w kierunku lingwistyki. Ze względu na składnię czy też nieoznaczoną w stosunku do algorytmów, przestrzeń obiektów, zdarzeń, metod i właściwości, mam dzisiaj bardziej do czynienia z pisaniem wersów o charakterze białego wiersza niż z równymi akapitami literatury faktów.

Tutaj pojawiają się pytania na conajmniej kilka odcinków serialu o opisaniu świata dzisiejszego i zapewne przyszłego:
Na ile programiści dzisiaj stają się bardziej humanistami niż laborantami w białych fartuchach?
Na ile odwzorowania konstrukcji logicznych coraz bardziej będzie przypominać klasyczną retorykę, logikę czy inne kierunki humanistyczne?
Kiedy obowiązkowym i poważnie rozpatrywanym przedmiotem studiów programowania i projektowania będzie filozofia, socjologia i psychologia?
Jak bardzo specjaliści od reklamy wkroczą w sferę sztuczek psychologicznych w zakresie komunikacji wizualnej w oprogramowaniu (bo co do reklam oraz najpopularniejszych programów telewizyjnych to nie ma wątpliwości, że dawno wkroczyli)?
Co przyniesie spór pomiędzy zwolennikami open source czy Perl Artistic License a producentami i konsumentami ze świata tradycyjnych korporacji?

Sprawy technologii to jedna z najbardziej galopujących dziedzin. Dziedzin  naszego życia.
Ponieważ technologia coraz bardziej nas otacza i coraz bardziej nie możemy się bez niej obyć. Co przyniesie następny rok? Jaki będzie postęp technologiczny w następnym miesiącu? Jaka przyszłość czeka nas jutro?

A może przyszłość dzieje się już dzisiaj?

Koan?

Z każdym dniem uczę się coraz więcej.
Im więcej wiem tym więcej widzę, że jest przede mną.
Ewidentnie wykorzystuję czas do granic możliwości.
I budzi to we mnie wewnętrzną radość.

Plan

Wszystko idzie zgodnie z planem.
No może z drobnym poślizgiem.
Zmieniają się tylko godziny.
Autoironia mode on.

Fast

Szybki weekend z szybkim odpoczynkiem po szybkim tygodniu, heh.
Tydzień który się właśnie rozpoczyna będzie nie mniej szybki.
Dlaczego jeszcze właściwie nie śpię?

Się skracam

Dawno już blogsystem nie zeżarł żadnej notki. Widocznie już zgłodniał.
W sumie nie ma co się dziwić – minęło pierwsze dziesięć minut dnia trzynastego w piątek.
Zżera mnie ciekawość i skracam się zatem oraz steruję w stronę komory regeneracyjnej.

Wersja 2.0

Poprzez krople deszczu w wieczornej odwilży która naszła miasto wieczorem, staram się zrozumieć dokąd zmierzają pewne zachowania ludzkie. Z jednej strony w blogsystemie czytam, wydaje mi się, nieco ironiczny komentarz o niewygórowanych zarobkach, z drugiej strony, moje lekkie uniesienie brwi powoduje nieco egzaltowany wywód o: „w jaką pogoń za pieniądzem wdaje się społeczeństwo i jak to jest źle zaniedbywać wartości rodzinne oraz jak to polepszyć”.

Telewizor straszy mnie drugą (nomen omen) edycją makabreski w której różne uczestniczące panie za pomocą skalpela, prania mózgu i innych tym podobnych zabiegów (wliczając w to o zgrozo, ćwiczenia na siłowni z którymi to problem mają największy), stają się, że tak powiem, wersjami 2.0 po to żeby, cytuję „podnieść samoocenę” i to wszystko na czas, w przeciągu trzech miesięcy.

Wiem, że akceptacja siebie i najbliższego otoczenia (z czym osobiście jest mi bardzo dobrze) to wydarzeni mało medialne. Natomiast pewien postęp w kierunku tzw, udoskonaleń (aż ciśnie się na usta apgrejdów), który od jakiegoś czasu obserwuję, zaczyna mnie napawać sporym lękiem.

Może być tak, że popadam w pewien nazbyt optymistyczny samozachwyt co powoduje stagnację osobniczą – tak mógłby niejeden tzw. autorytet orzec.
Imaginuję sobie jednak, że dzieje się tak, ponieważ pojawiające się negatywne sygnały i sytuacje, równoważą się z moją stabilnością akceptacji i dlatego też nie odczuwam nagłej i silnej potrzeby wizyty u chirurga plastycznego lub trafienia szóstki w totka.

Na marginesie tylko jeszcze mnie zastanawia to: czy na dzisiejszej konferencji prasowej, nowa minister finansów była nie w humorze czy wręcz przeciwnie: wystąpiła w nieco polepszonej wersji.

No chyba, że zaczynam popadać w paranoję, staczam się do wersji sprzed 1.0 i kompletnie nie rozumiem wewnętrznej potrzeby apgrejdowania :)

Równoważniki

Wyczuwam spokój i siłę z każdym porankiem – a poranki ostatnio zaczynają być czasami słoneczne.
Dni stają się coraz dłuższe – kiedy wychodzę z pracy to jest jeszcze odrobinę jasno.
Wyczuwam siłę i spokój wraz z nocną ciszą – z radiowozami pomału patrolującymi główne ulice.
Chyba robi się coraz później – coraz więcej jest też mnie.

Spokój

Intensywny poniedziałek, chociaż z reguły wystrzegam się przemęczania w ten dzień jak tylko to jest możliwe.
Różne sprawy w kalejdoskopie biura które coraz bardziej odbieram z dystansem. Coraz bardziej – im bardziej stara się to wszystko przyspieszyć i wpłynąć tym bardziej jestem spokojny i uśmiechnięty.
Nie ostatni wieczór z przedłużonym dłubaniem w wymiarze dziwnych znaków (ale nie-biurowych).
Zdania piszę już nie takie płynne, już nie składają się tak łatwo.
Pora spać.
A za oknem pomykają autobusy nocne.

Satelita

Obserwuję satelitę który krąży wokół księżyca. Podpowiada mi, że pora iść spać.
Na liście „do zrobienia” jeszcze jeden element oraz zupełnie osobny projekt do zastartowania.
Trzeba zdeinstalować choinkę.
Przeglądam portfel na ten miesiąc.
Zaczynam coraz bardziej doceniać zalety nowej Sieci w naszym domu pośród nocnej ciszy (jeżeli nie wliczać policyjnych syren na ulicy od czasu do czasu i rozweselonych biesiadników przemierzających centrum).
Rozpoczyna się poniedziałek.
A na dworze -5 stopni.
Nowy tydzień.

Fjużyn

Siedzę na kanapie i wklepuję uparcie kolejne kilogramy linijek w asp a przede mną nie widać jakoś końca tych zadań pracowych na dzień dzisiejszy.

Inna sprawa, że natłok ten kompletnie mnie nie martwi ani nie psuje humoru.

Obok śpi zmęczony Promyczek który w weekendy musi odespać swoje mniej lub bardziej poranne wstawanie do pracy. Błękit nieba i słoneczna pogoda zachęca do wyrwania się na jakiś spacer fotograficzny, niestety dzisiaj jest to z wyżej wymienionych względów niemożliwe.

14:08 i żołądek trochę daje znaki, że pora najwyższa na trochę większe conieco a garnek kusi kapustom s párkami które może niedokładnie powstały na wzór tego przepisu (bo powstały na wskutek zaadaptowania parówek marki Frajda w zamrożonej, wigilijnej kapuście z grzybami od Teścia, za pomocą maggi oraz ziół wszelakich) ale też dobre są.

Tak mi się dzisiaj dobrze pisze te zaległe skrypty, że na razie nie ruszę do tego garnka, wena pryśnie i będzie zgrzytanie zębami. Ale tylko _na _razie się nie ruszę :)

A wieczorem Maleńczuk na deptaku w ramach Orkiestry. Taki nie do końca spoczynkowy dzień w stylu fjużyn :)

Wzmocnienie

Tak patrząc na naszą dwumetrową choinkę zastanowiłem się przez chwilę nad tzw. postanowieniami noworocznymi. I jakoś tak zapatrzony w światełka doszedłem do wniosku, że przyszły one do mnie same. Nie wiem czy to dobre słowo ale po prostu wyniknęły. Pomimo tych czy innych obaw czy drobnych lęków, przyszły i przyniosły wzmocnienie, którego już dawno, bardzo dawno, nie doświadczyłem.
Nie wiem czy to suma wrażeń lub przeżyć ostatnich lat, czy po prostu kwestia wieku ale mogę powiedzieć, że wszystko  w naturalny sposób zamyka się w spokoju, sile i równowadze, otwartej przestrzeni błękitnego nieba.

Delete

Obserwuję zachodzące zmiany w internecie od ładnych kilku lat lub więcej. I zawsze mnie jedna rzecz zdumiewa najbardziej: co kieruje takim osobnikiem dajmy na to mieszkającym na emigracji w Niemczech, załóżmy, że to jakieś 300-tysięczne miasto, możemy nawet założyć, że Karlsruhe…
Co kieruje takim osobnikiem, który o stałych porach ulubił sobie wypisywanie bzdurnych paszkwili w komentarzach?
Potrzeba odreagowania stresów dnia codziennego? Poczucie krzywdy i odosobnienia?
Napisz jak jest ciężko lub coś o sobie, napisz coś co się nie nadaje tylko i wyłącznie na śmietnik, coś czego nie będę musiał momentalnie kasować…

2k6

Myślę sobie o tym jak minął ten rok.
Nie robię podsumowania, nie zagłębiam się w refleksje, to dzieje się po prostu samo. I dziać się będzie w przyszłym roku też.
Ten rok najbardziej chyba nauczył mnie na własnej skórze (nie, nie boleśnie) zrozumienia spraw i rzeczy najważniejszych, takich jak dom, miłość, rodzina. Umiejętności spojrzenia na rzeczywistość z innego punktu widzenia.

Rok temu Młoda po raz pierwszy przyjechała do Szczecina, przed nami była perspektywa mnóstwa rzeczy do zrobienia: ja musiałem wyprowadzić się z Hamburga i przenieść do polskiej części firmy, przed Promyczkiem była perspektywa rozstania z waldorfskim i ze Śląskiem, mieliśmy wynająć mieszkanie w Szczecinie i ułożyć sobie po prostu wspólne życie.
I tak też się stało. Zrobiliśmy to, jakkolwiek to zabrzmi z pompą, po prostu siłą naszych rąk i serc. Rzeczywistość chciała nas sprawdzić i sprawiła nam kilka kryzysów mniejszych lub większych, różnego kalibru takich jak cieknąca lodówka, kłopoty finansowe czy parę kłótni, nieporozumień i napięć. Dzięki praktyce codzienności utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ludzie przede wszystkim powinni ze sobą rozmawiać. Nie przemilczać, nie chować się.
Zmieniliśmy się, nauczyliśmy od siebie pożytecznych rzeczy, podejścia do rzeczywistości, może odrobiny dystansu.

Nauczyłem się, że nie wszystko należy mierzyć swoją konserwatywną czy cyniczną miarą, że ludzie nie wszędzie patrzą na życie tak jak mieszkańcy miast północy, że spojrzenie z perspektywy z szybami kopalnianymi w krajobrazie jest inne niż te u ujścia rzek takich jak Odra czy Łaba.

Przed nami nowy rok. Wiemy już, że również pełen działań, pracy i radości. Nasi rodzice wkrótce mają się poznać, weźmiemy ślub, kupimy mieszkanie.
I dlatego z delikatnym uśmiechem cieszę się wewnątrz i myślę że w życiu zawsze najlepszy czas jest teraz.

Trochę dużo i niedużo

Trochę tego było dużo i niedużo.
Pierwsze Święta wyjazdowe w moim życiu przyniosły ze sobą transport pozytywnych wrażeń.
Wigilia okazała się być tak dalece przystępna, może nieco odmienna ale i naturalna jak to tylko możliwe – a nawet po 22.00 można znaleźć jakiś mały bar. Niekoniecznie zaciszny bo oderwanie się od stołu i mały spacer w stronę regeneracyjnego piwa jest dosyć popularną rozrywką, pubik osiedlowy dość prędko wypełnił się spragnionymi wędrowcami.
Wyszedłem z przyszłym teściem na tzw. poważny spacer, porozmawiać o planach zalegalizowania związku latem przyszłego roku. Generalnie (chyba) wprawiłem przyszłych teściów w umiarkowane zadowolenie z tego faktu.
PKP popsuło w powrotnej drodze lokomotywę i wymarzone osiem godzin powrotnych zamieniło się w ponad dziesięć. To prawda, nie wszystko można chcieć od razu.
Okazało się, że nasza choinka nie przewróciła się. Co więcej w mieszkaniu nie unosi się wszechobecna woń (nie wiem czy to dobre słowo) psiej kupy z pobliskiej zarośniętej piaskownicy, skąd podebrałem trochę materiału coby drzewko w wiaderku ustabilizować.
A i z różnych względów cieszę się, że Sieć w końcu trafiła pod naszą strzechę.

Feel Good Inc

Promocje magiaświąt z preferencyjnym kredytem zeroprocent wraz z towarzyszącymi temu depresjami, refleksjami i psychoanalitykami, merry shopping, „kartki kartki musimy kupić kartki”, „karp, karpia koniecznie, karpia”, co wybrać na prezenty? dlaczego to się podoba a tamto nie? czy tak będzie wypadało? a tak to nie wypada …

No dobra, a teraz będzie na poważnie.
Taką niewesołą i odrobinę zmierzłą refleksją przed Świętami chciałem się podzielić: że zżera konsumpcjonizm, wiadomo, że zżerają żądze też wiadomo.
Czytam, słucham i oglądam. I z każdej strony bije niechęć do tej paskudnej, obrzydliwej komercjalizacji. Wszyscy pragną ciepłych, rodzinnych, itp. itd. Pragną.
Nawet nie deklarują.
Pragną.
Słowa, słowa, słowa.
Ile z tych słów przerodzi się w czyny?
Dzisiaj wyjeżdżam z moją przyszłą żoną, pierwszy raz będę siedział przy stole wigilijnym na którym stoi krzyż i sam do końca nie wiem jak mi z tym jest – ale chcę się o tym przekonać.
Zmienianie świata najlepiej rozpocząć od siebie samego.
W głośnikach (nie, nie kolęda): Gorillaz – Feel Good Inc.

Kawa i pięć lat

Poranny uśmiech wywołuje lektura notki sprzed daaawien, daaawna: [link] – myślę sobie, że rozwój zjawiska przerósł prognozy o rząd wielkości :)

Społeczeństwo kaszle …

Obserwując tę nerwowość dookoła, zwaną też czasami „radosnym podnieceniem przedświątecznym” (ale dosyć tych uszczypliwości), zauważam dwie charakterystyczne rzeczy tego roku.

Po pierwsze: nie wiem czy to cecha ogólnie pojętego środowiska dwudziestoparolatków (circa) czy generalnie kondycja finansowa społeczeństwa – wszędzie gdzie tylko to możliwe w parze ze zbliżającymi się Świętami idzie troska, złość, niepokój (niepotrzebne skreślić lub dopisać) o budżet domowy. W moich ulubionych reklamach barometr marketingowy wskazuje na to, że na motywach „radości prezentów” da radę sprzedać na rynku pożyczkę, kredyt lub przynajmniej zaznaczyć obecność banku, oczywiście z choinką w tle.

Po drugie: czy naprawdę wszyscy mają ostatnio jakąś postać grypy, przeziębienia etc.? Tak tu sobie przejrzałem grudniowe materiały z blogów różnych i chyba przybrało to postać epidemii.

Dlaczego ja o tym?
Bo właśnie kaszląco sprawdzam stan konta…